Sztuki wizualne

Pawlenski: Nie mam żadnego biznesplanu

Wywiad przeprowadzony w areszcie śledczym.

Witalij Kotow, Artiom Langeburg: Wśród pańskich oponentów króluje opinia, że nie jest pan artystą. Z ich ust często padają takie zarzuty. Proszę nam opowiedzieć, czego nauczył się pan na wydziale malarstwa monumentalnego Akademii Artystyczno-Przemysłowej im. Stieglitza i w instytucie „Pro arte”.

Piotr Pawlenski: Przede wszystkim muszę powiedzieć, że takie komentarze bardzo mi schlebiają, gdyż są niepodważalnym dowodem na to, że sztuka polityczna pomaga kwestionować, a wręcz obalać narzucony nam przez władzę model postrzegania świata. Innymi słowy, niszczy ona wszelkie ideologiczne ramy, w które zostaliśmy wpisani. To znaczy, że sztuka polityczna jest symbolem nowego początku, świadczy bowiem o powstaniu czegoś, co wcześniej nie zostało nawet nazwane ani określone, choć przez cały ten czas było bardzo blisko. Mówiąc krótko, skoro sztuka polityczna radzi sobie z przyjętymi przez ogół schematami pojmowania świata, jest to dowód na to, że znajduje się poza nimi. Dlatego jest odbierana jako coś nowego i obcego, podobnie zresztą jak język, który stara się ją w jakiś sposób określić.

Uważam, że prawdziwym wyrokiem, a może nawet obelgą dla każdego środka wyrazu artystycznego mogą być powtarzane przez chór głosów słowa: „Cóż za wspaniałe kubistyczne, impresjonistyczne, konceptualistyczne czy jeszcze jakieś tam dzieło”. Można poczuć się jeszcze gorzej, jeżeli dodadzą: „Jego autorem jest wspaniały artysta, absolwent najlepszych uczelni, zarówno krajowych, jak i zagranicznych. To zasłużony działacz. Jego doskonałe CV i zmysł estetyczny…”. Szczerze powiedziawszy, staram się trzymać od takiej atmosfery żałoby i agonii jak najdalej.

Wracając do pytania: ze studiów wyniosłem przede wszystkim świadomość, że uczelnie potrafią w ciągu roku zniszczyć tysiące potencjalnych artystów i sprawić, że staną się oni zwykłym personelem, obsługującym innych ludzi. Konkretniej: stają się ludźmi realizujących ideologię wprowadzoną przez władze. Można ich porównać do bezwolnej służby, której celem jest usatysfakcjonowanie zleceniodawcy. Im bogatszy zleceniodawca, tym bardziej chce się go zadowolić. Nie mogę tego znieść, według mnie to zwykła prostytucja.

Wszystkie pana akcje są nie tylko zaangażowane politycznie i szokujące, ale także imponują wartością artystyczną. Wykazuje się pan pełnym zrozumieniem klasycznych wartości artystycznych, można w pana dziełach dostrzec głębię, piękno zewnętrzne, które dobrze znamy ze sztuki starożytnych Greków czy dzieł Caravaggia. Nie sposób nie wspomnieć też o wiedeńskich akcjonistach, Marinie Abramowić czy Olegu Kuliku i Alexandrze Brenerze. Czy mógłby pan wymienić artystów, którzy mieli na pana największy wpływ?

To wspomniany już wcześniej Caravaggio, ale także Kazimierz Malewicz czy Lucian Freud.

Osoba niezwiązana ze sztuką mogłaby dojść do wniosku, że w 2012 roku wyskoczył pan ze swoją akcją Szew niczym Filip z konopi. Pracował pan też wtedy ze swoją żoną Oksaną nad projektem „Politpropaganda”, a także nawiązał pan współpracę z Muzeum Historii Politycznej Rosji. Proszę nam opowiedzieć, czym zajmował się pan zaraz po ukończeniu uniwersytetu, jeszcze przed znalezieniem się w tym epicentrum uwagi. Jaką funkcję pełni gazeta „Politpropaganda”?

Nie ukończyłem żadnych studiów. Nie jestem absolwentem żadnego uniwersytetu. Nawet świadectwo dojrzałości uzyskałem w dość nietypowych okolicznościach, wywołując przy tym aferę w jednej ze szkół wieczorowych. Akcję Szew przeprowadziłem, kiedy byłem jeszcze na liście studentów uniwersytetu i instytutu „Pro arte”.

Żadnej z tych uczelni nie ukończyłem. Nie mogłem. Gdybym to zrobił, dałbym wyraz swojej zgody na wszystko, co uczelnie robią z potencjalnymi twórcami.

Żadnej z tych uczelni nie ukończyłem. Nie mogłem. Gdybym to zrobił, dałbym wyraz swojej zgody na wszystko, co uczelnie robią z potencjalnymi twórcami. To byłaby cena, którą musiałbym zapłacić za dyplom. Właściwie każdy dyplom to zwykły certyfikat. Można go porównać do specyfikacji technicznej i certyfikatu jakości odkurzacza, pralki czy jakiegokolwiek urządzenia lub towaru dostępnego w sklepie.

Jeśli chodzi o gazetę „Politpropaganda”, to jej głównym zadaniem jest walka z imperialnym szowinizmem wprowadzanym przez państwo i cały ten aparat ideologiczny.

Wnikliwie analizuje pan i komentuje wszystkie swoje akcje, wyjaśniając społeczeństwu ich cel, sens i znaczenie. Patrząc na to z perspektywy czasu i poddając pańskie działania dokładnej analizie, odnosi się wrażenie, że każde z nich jest tylko elementem tej samej układanki. Czy mógłby pan powiedzieć więcej o swoich działaniach jako całości.

Wystarczy potraktować każde z tych wydarzeń indywidualnie. Na początku trzeba się nad nimi zastanowić. Dopiero później można je połączyć, ale bez nazw i konkretnych tekstów. Wtedy wszystko powinno stać się dość jasne i zrozumiałe. Jednoosobowa pikieta mężczyzny z zaszytymi ustami, jego ciało owinięte drutem kolczastym, człowiek z jądrami przybitymi do placu Czerwonego w jedno z największych świąt roku, trzyosobowy Majdan w świętowanym przez cały kraj Dniu Obrońcy Ojczyzny, człowiek pozbawiony kawałka ucha przy ścianie Centrum Psychiatrii, płonący oddział służby bezpieczeństwa – wszystko to jest po prostu wizualizacją sytuacji w dzisiejszej Rosji.

Polityczne tendencje, reżim, ideologia, to niezwykle złożone struktury. Jako artysta mam obowiązek przedstawić tę wieloaspektowość poprzez stworzenie adekwatnego do rzeczywistości znaku i symbolu.

Mówiąc konkretniej, chodzi o to, by otworzyć ludziom oczy na to, co dzieje się wokół nas i co bezpośrednio nas dotyczy. I to by było na tyle. Nie mam innego celu.

Nie mam żadnego biznesplanu. Zresztą, czy może być coś bardziej idiotycznego od wybiegania myślami daleko w przyszłość, skoro w listopadzie wprowadzałem w życie Fiksację, a już w grudniu byłem na Ukrainie na Majdanie, który tworzyły tysiące zaangażowanych ludzi?

Czy można więc uznać, że ciało jest dla pana artystycznym narzędziem walki?

Tak jak ciało każdego człowieka. Wszystkie ciała to instrumenty, wykorzystywane do osiągnięcia swoich lub cudzych celów. Myślę, że tylko sparaliżowane lub martwe ciała nie mogą już pełnić tej funkcji.

Czy ostatnie miesiące także są częścią pańskiego planu? Śledztwo w sądzie i ekspertyza psychiatryczna? Czy to właśnie symbole osiągnięcia wyznaczonego wcześniej przez artystę celu? Artystę, którego widzimy z kanistrem na tle płonącej Łubianki? Czy w tym sensie pańskie żądania, by zmienić status popełnionego przez pana przestępstwa i rozpatrywać je jako akt terrorystyczny, mogłyby pomóc w osiągnięciu tego celu? A może wszystko to jest po prostu jakimś usprawiedliwionym i zupełnie zrozumiałym ryzykiem?

Nie, to nie jest część żadnego planu. Nigdy nie wiem, jak będzie się rozwijać dana sprawa. Przecież mnie zatrzymują i odwożą na oddział psychiatryczny po każdej akcji! Okoliczności rozpoczęcia postępowania karnego nie są możliwe do zrozumienia, ponieważ przekraczają granice wszelkiej logiki. Co najdziwniejsze, przekraczają nawet ramy wyznaczone przez system prawny. Właśnie z tego powodu żądam, by zmienić status mojej sprawy i zakwalifikować ją jako „akt terrorystyczny”.

Wyjaśnię to dokładniej: żądanie to jest skierowane przede wszystkim przeciwko hipokryzji sędziów, śledczych i pozostałych funkcjonariuszy aparatu biurokratycznego. Problem w tym, że społeczeństwo zdążyło już przywyknąć do zadowalania się półśrodkami. Dlatego braki w systemowej logice łatwo ukryć pod przykrywką działań w obronie obywatela.

System penitencjarny to w rzeczywistości fabryka przestępców. Skoro mamy polegać na tchórzach, którzy zamiast bronić naszych praw chowają się za zasłoną „człowieczeństwa”, to może niech ta zasłona stanie się symbolem ich słabości. To dzięki nim ja jestem zwycięzcą, ponieważ mogę teraz żądać od nich więcej, niż zdołają mi dać. Sztuka polityczna oddziałuje na sposób postrzegania świata i, co za tym idzie, na społeczeństwo.

Większość akcji przeprowadzał pan sam, ale w przygotowaniach do Wolności w 2014 roku brało udział kilkanaście osób. Dlaczego w tym przypadku zmienił pan własne zasady?

Akcję przygotowałem sam, a biorących w niej udział uczestnicy przyłączyli się do niej spontanicznie. Moim zadaniem było umożliwienie im tego poprzez stworzenie odpowiednich warunków. Z jakiegoś powodu władze nie zatrzymują w takich sytuacjach wszystkich uczestników, ale dokonują dziwnej selekcji i niektórych łapią od razu, a o innych nawet się nie upominają. W tym przypadku było podobnie. Podczas akcji dołączyła do nas grupa strażaków, ale ostatecznie żaden z nich nie zyskał statusu podejrzanego, w przeciwieństwie do pozostałych uczestników.

Patrząc na pana kolejne akcje, odnosi się wrażenie, że społeczeństwo dzieli się na dwie frakcje: pierwsza gorąco pana wspiera i dopinguje, druga zdecydowanie odrzuca i krytykuje. Czy zależy panu, by wpływać na społeczeństwo? Czy chciałby pan, żeby pod wpływem pańskich działań coraz więcej osób zrozumiało i poparło pański punkt widzenia? A może w pełni świadomie pragnie pan pozostać jedyną jednostką zwracającą się do władz, prowadzącą z nią własny dialog?

Moim zadaniem jest wyznaczenie granic i nadanie sposobowi postrzegania świata przez społeczeństwo formy sztuki politycznej. Jednak działalność artystyczna nie może mieć nic wspólnego z troską o to, by być zrozumianym przez jakąś fantomową większość. Gdybym poszedł w tym kierunku, moje działania stałyby się banalnym populizmem. Proces wyznaczania granic i form sztuki politycznej ma przewagę nad agitacją polityczną i reklamą, ponieważ czas działa na korzyść sztuki. Jestem pewien, że to on właściwie osądzi nas i całą tę fantomową większość.

Mieliśmy okazję wysłuchać prawdziwie biblijnej opowieści o młodym śledczym, który pod wpływem rozmowy z panem zdecydował się odejść z dotychczasowej pracy i został adwokatem. To oczywiste, że taka historia bardzo silnie wpływa na wyobraźnię ludzi, którzy widzą w panu bohatera. Jak to się stało?

Zupełnie zwyczajnie. Ten człowiek był już bardzo zmęczony swoją pracą i nie chciał być częścią bezprawnego systemu, którym władze raczą autorów sztuki politycznej. W każdym człowieku możemy znaleźć coś ludzkiego, nawet jeśli z reguły jest posłuszny reżimowi lub gdy system pozbawił go ludzkich odruchów. Ludzie nie mogą być całkowicie zdławieni przez reżim, gdyż nie mogliby funkcjonować w społeczeństwie, nie byliby zdolni o czymkolwiek decydować. Człowiek częściowo poddany reżimowi jest rozerwany między tym, co użyteczne, a tym, co ludzkie. Z czasem zaczyna czuć pustkę, i to ona jest ostatnią szansą, by wewnętrznie się odbudować i zwyciężyć. Dzięki niej dawny śledczy, a teraz adwokat Pawieł Jasman, zdołał się odrodzić.

Ma pan za sobą kilkanaście ekspertyz psychiatrycznych, a także dłuższy pobyt i badania w specjalistycznej klinice. Opierając się na własnym doświadczeniu, co może pan powiedzieć o wykorzystywaniu psychiatrii w celu „uspokojenia” niepokornych? Czy ten proceder wygląda tak samo jak w czasach radzieckich? Czy coś się zmieniło, czy może znamy już dokładnie cały ten proces z opowiadań dawnych opozycjonistów?

Uważam, że proces ten bardzo różni się od tego, co działo się w czasach radzieckich. Instytut Psychiatrii nie jest – przynajmniej strukturalnie – powiązany z Ministerstwem Spraw Wewnętrznych. Jeśli chodzi o traktowanie opozycjonistów, mogę powiedzieć tylko tyle, że starano się całkowicie odizolować mnie od pozostałych pacjentów. Na szczęście dzięki wsparciu innych aresztowanych udało mi się w dużej mierze uniknąć odizolowania. Nie podawano mi leków. Owszem, zdarzały się konflikty z pracownikami, raz nawet musiałem zabarykadować się w izolatce. Jeśli chodzi o patologizację wszelkich zachowań niewpisujących się w ramy ideologiczne, wszystko wyjaśni się dopiero wtedy, gdy w życie zostaną wprowadzone pewne zmiany. Tylko dzięki nim będzie możliwe zbadanie stanu psychiatrii w Rosji.

Prowadzi pan życie ascety. Jeżeli zasłyszane przeze mnie opowieści o panu są prawdziwe, to zrezygnował pan nawet z podstawowych wygód. Wciela pan w życie tradycje wpisane w ideę rosyjskiego rewolucjonizmu, znane wszystkim z literatury klasycznej. Jak można wyjaśnić taką decyzję? Żyje pan zgodnie ze swoimi przekonaniami i to wzbudza ogromny szacunek, ale co chce pan przez to przekazać? W jaki sposób może pan wyjaśnić swoją niechęć do sformalizowania związku z Oksaną?

To nieprawda. Nie jestem ascetą, nigdy nim nie byłem i nie będę. Nie należy mylić tego pojęcia ze zwykłym wyzbyciem się wszelkich niepotrzebnych rzeczy, które przeszkadzały mi w życiu. Uważam, że skoro mamy tylko jedno życie, w dodatku krótkie, nie możemy sobie pozwolić, by żyć jak objuczone muły.

Co do mojej relacji z Oksaną, to należy podkreślić, że oboje gardzimy instytucją małżeństwa, ideą rodziny i wierności małżeńskiej. Według nas jest to najgorsza z możliwych i najbardziej skażona ideologicznie forma więzi, jaka może się nawiązać między kobietą i mężczyzną.

Ma pan żonę i dwoje dzieci. Czy potrafi pan określić, o ile ważniejsza jest dla pana sztuka od możliwości prowadzenia życia typowego domatora? Co o pana akcjach wiedzą pańskie córki? W jaki sposób na wszystkie te rewelacje reagują przyjaciele i rodzina? Co myślą o pańskiej działalności?

Mam bliską przyjaciółkę i dwójkę dzieci, które wspólnie wychowujemy. Dzieci są częścią naszego kręgu i tak samo, jak dorośli, wiedzą wszystko o moich akcjach. Na razie może nie wszystko, bo jeszcze nie wszystko rozumieją, ale niczego przed nimi nie ukrywamy. Wszyscy znajomi, a przynajmniej ci, z którymi wciąż mam kontakt, bardzo mnie wspierają.

Kiedy grupa Wojna zorganizowała akcję Chuj więźniem FSB, wśród wielu osób zapanowała prawdziwa euforia. Uważano, że lada moment wybuchnie rewolucja. Ten entuzjazm szybko jednak przerodził się w rozczarowanie i apatię. Należy jeszcze dodać, że część składu Wojny przebywa teraz za granicą.

Jekatierina Diogot przyznała, że jest zafascynowana siłą artystycznego wyrazu akcji Fiksacja, ale zauważyła też, że nie ma większej nadziei na jakiekolwiek zmiany i że bardzo ją to przeraża. Jak pan myśli, co będzie dalej? Co nas czeka? Czego możemy się spodziewać z pańskiej strony?

Nie mam pojęcia, co będzie dalej. Wszystko zależy od tego, co spróbujemy z tym zrobić. Nie mogę też powiedzieć, czego można oczekiwać z mojej strony. Nie mam planów na odległą przyszłość. Uważam, że tworzenie ich jest pozbawione sensu. Nie wiem, co wydarzy się za miesiąc.

Wywiad ukazał się pierwotnie na stronie Colta.ru, 25 kwietnia 2016. Wydawca dziękuje autorom za zgodę na wykorzystanie tekstu.

Zapraszamy na spotkania autorskie z Piotrem Pawlenskim w Warszawie (6 grudnia, wtorek, godz. 19.00, Krytyka Polityczna, ul. Foksal 16, II p.) i we Wrocławiu (7 grudnia, środa, odz. 18.00, BWA Wrocław, ul. Wita Stwosza 32).

 

**Dziennik Opinii nr 340/2016 (1540)

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Zamknij

Zapisz się na newsletter Krytyki Politycznej
i bądź na bieżąco