Muzyka

Słoweńska scena niezależna walczy o własny klub

Własny klub to parafraza tytułu słynnego eseju „Własny pokój”, w którym Virginia Woolf opisała potrzebę kobiet do posiadania własnej, zamykanej na klucz przestrzeni. Postulat ten, choć może wydawać się przedawniony, jest popularny wśród twórczyń z niezależnej sceny muzycznej Lublany. Ich słynna przestrzeń – AKC Metelkova – traci swoją autonomię.

Scena muzyczna w Lublanie jest fenomenem, bo tworzą ją głównie kobiety, które pod koniec lat 80. angażowały się w nowy, nieustrukturyzowany ruch społeczny zorientowany na budowanie nowoczesnej kultury politycznej i społeczeństwa obywatelskiego. Szczególną uwagę zwracano w nim na prawa kobiet i mniejszości seksualnych. Lublana z perspektywy osoby zajmującej się muzyką robi wrażenie stolicy różnorodności – od trzech dekad pełna jest oddolnych, niezależnych działań grup mniejszościowych.

Feminizm.si

czytaj także

Feminizm.si

Aleksandra Wojtaszek

Od początku lat 80. w Lublanie działał otwarcie gejowski i lesbijski klub – jedyny nie tylko w całej Jugosławii, ale we wszystkich krajach komunistycznych. Do K4 zjeżdżano zewsząd. Na playlistach królował Bronski Beat, Sylwester, Dead or Alive. Druga połowa tej dekady to dla sceny w Lublanie czas dynamicznych przemian obyczajowych. Ogromną popularność zdobył homoerotyczny zespół Borghesia, a jego członkowie Dario Seraval i Aldo Ivančić afiszowali się z makijażem, printami i skórzanymi stylizacjami w stylu Tom of Finland. Ruszył Roza Club – legendarny dziś sobotni cykl imprez dla lesbijek. Roza Club w pierwszych tygodniach działania gromadził w porywach do dwustu kobiet.

Sercem i duszą tych działań była siedziba studenckiego klubu ŠKUC przy ul. Kersnikovej 4 w Lublanie (w piwnicy działał K4). Ta przestrzeń skrzyżowała szlaki m.in. Suzany Tratnik, głównej przedstawicielki lesbijskiej literatury słoweńskiej, Natašy Sukič, pierwszej lesbijki w słoweńskim parlamencie, a także wieloletniej aktywistki działającej na rzecz praw lesbijek, pisarki i pierwszej słoweńskiej DJ-ki, czy Niny Dragičević, pisarki, socjolożki i artystki dźwiękowej.

Kersnikova 4 jest jednym z najważniejszych miejsc, w którym narodziła się bogata słoweńska feministyczna, lesbijska i gejowska scena artystyczna. ŠKUC-Magnus, gejowskie skrzydło założone przez Aldo Ivančicia z zespołu Borghesia, w połowie lat 80. rozpoczęło wydawanie gejowskich zinów i VIKS-ów (magazynów gejowskich) poruszających problematykę kulturowego oraz społecznego postrzegania homoseksualizmu. W 1984 roku zorganizowali oni pierwszy festiwal filmowy Magnus, w którego repertuarze można było znaleźć Nagiego urzędnika Jacka Golda, Chórzystów Williama Friedkina czy Gorzkie łzy Petry von Kant R.W. Fassbindera.

Lilit, wyodrębniona ze ŠKUC grupa kobiet, oraz ŠKUC-LL, jego lesbijska część, w 1988 założyły „Lesbozine”, później przekształcony w „Lesbo Magazine”, publikujący teoretyczne teksty Suzany Tratnik, Natašy Sukič, Tatjany Greif czy Zali Hriberšek. Nieco później zaczął ukazywać się „ŠKUC-Vizibilija” – magazyn, który zapoczątkował literacką lesbijską falę, a także ŠKUC Lambda, wydawnictwo publikujące literaturę LGBTQ+.

Okładka „Lesbozine”

Działalność wydawnicza skupiła w jednym miejscu całe środowisko artystek wizualnych, performerek i muzyczek, które później zainaugurowały festiwal Lezbična četrt (słow. ‘lesbijski kwartet’), festiwal stymulujący rozwój zaangażowanej ekspresji artystycznej i podnoszący kwestię obecności kobiet i grup marginalizowanych w głównym nurcie.

Jedną z kluczowych przedstawicielek dzisiejszej sceny w Lublanie jest Nina Dragičević. W swojej pracy artystka dźwiękowa szczególną uwagę poświęca dźwiękom wypartym, niesłyszanym i niepostrzeganym jako muzyka. Jej częstą praktyką jest pozostawianie mikrofonów na całe dnie w oknie albo w różnych częściach miasta, by wyłapać te dźwięki, które ludzkie ucho postrzega jako szum czy miejski zgiełk. Później sprawia, że ledwo dostrzegalne odgłosy, skrawki wypowiedzi czy kłótni znajdują się na pierwszym planie jej kompozycji. Tak jest w najnowszym wydawnictwie Ma’am, there is no such thing in reality, ale też starszym Parallellax.

W Lublanie środowisko artystyczne rozwijało się przede wszystkim w niezależnych przestrzeniach, które poprzez wewnętrzne zasady działania – autonomię od wszelkich struktur władzy, niehierarchiczność, samoorganizację, antykapitalizm, heterogeniczność – wychodziły poza dominujące struktury społeczne. Od lat 90. centrum aktywności artystycznej stanowiła AKC Metelkova, wyrwana miastu przestrzeń dla wolnej twórczości. Zajęcie przez aktywistów opuszczonych jugosłowiańskich koszar okazało się przejawem sprawczości ruchów oddolnych, ale też dowodem na istnienie nadzwyczajnego momentu, który nadchodził wielkimi krokami od lat 80.

Metelkova stała się materialną przestrzenią publiczną, która umożliwiła codzienną, niezinstytucjonalizowaną wolność wyrażania własnych potrzeb, a także urzeczywistniła istniejący w rozproszeniu, abstrakcyjny feminizm. Przenosi też dyskurs feministyczny na inne gałęzie społecznego zaangażowania. Ciekawym tego przykładem jest Uniwersytet Feministyczno-Lesbijski (Lezbično-feministična univerza) założony dziesięć lat temu w Metelkovej, który bezkompromisowo łączy feminizm z antykapitalizmem i antyfaszyzmem. Tam swoją siedzibę ma teraz ŠKUC-LL, lesbijski klub Monokel oraz gejowski klub Tiffany, a także np. Yhd društvo, stowarzyszenie zajmujące się prawami osób niepełnosprawnych.

Lokalne zaangażowanie kobiet sprawiło, że odegrały one aktywną rolę w projektowaniu mechanizmów rządzących tamtejszą kulturą alternatywną. Fajnie więc słucha się słów Niny Hudej, że muzyka w Słowenii jest zdominowana przez kobiety. Hudej i Nina Belle, tworzące duet Warrego Valles, który dziś napędza elektroniczną scenę Lublany, przyczyniają się do tego, aby #feministart nie był postrzegany ani jako blokada, ani hasztag bez konstruktywnego pokrycia. Są kuratorkami niszowych wydarzeń elektronicznych, które stoją na straży bezpiecznych, wolnych od mizoginii i heteroseksizmu enklaw klubowych. Jak na przykład Ustanova (słow. ‘instytucja’), cykl imprez, którego regulamin należy zaakceptować przed wejściem, przez co jego społeczność współtworzą ludzie afirmujący różnorodności.

Członkinie Warrego Valles organizują również wydarzenia w lesbijskim klubie Monokel, a także zaprzyjaźnionym kluboteatrze Pritličje. Same od ponad dekady tworzą muzykę wymykającą się gatunkowym podziałom, będącą manifestem niebinarności. Stosowane przez nie częste modulacje wokalne hołdują nowemu futuryzmowi zrywającemu również z dualizmem płci.

Słowenia: Woda jest prawem człowieka

czytaj także

Kariera polityczna Natašy Sukič, która w 2018 została pierwszą otwarcie homoseksualną kobietą w słoweńskim parlamencie, pokazuje, że sposoby działania ruchów oddolnych i ich idee zaczynają przenikać do najwyższych szczebli państwowych. Sukič zakładała w latach 80. ŠKUC-LL, współorganizowała Roza Club, przez dwanaście lat była w nim DJ-ką. Wciąż często występuje w Monokel i Pritličje. Jej projektem na XXI wiek jest wspomniana Lezbična četrt, która ma zwiększać widoczność lesbijek wewnątrz społeczności LGBTQ+ i w sferze publicznej. Podejmuje nowe wyzwania aktywistek w kontekście gentryfikacji i prywatyzacji kulturalnych przestrzeni, a także brunatnienia Europy: jest w trakcie przygotowań do otwarcia nowej przestrzeni poza Metelkovą, która będzie wspierała nie tylko działania kobiet i społeczności LGBTQ+, ale też migrantów, osób ubiegających się o azyl czy obrońców praw zwierząt.

Nataša Sukič i Nina Dragičević przyznają, że trzy dekady działalności i ogrom inicjatyw, które zostały w tym okresie podjęte, są i tak niewystarczające w obliczu spustoszenia, jakie niesie ze sobą neoliberalizm i kapitalizm. Są zmęczone działaniami DIY opierającymi się na przeświadczeniu, że jednostka lub grupa ludzi ucieka od formalizmu struktur korporacyjnych i dzięki temu zachowuje wolność.

W Lublanie środowisko artystyczne rozwijało się przede wszystkim w niezależnych przestrzeniach.

Aby dostać wsparcie dla działalności kulturalnej z budżetu państwa czy innych funduszy, należy spełnić formalne wymogi – w innym przypadku pozostaje metoda DIY. Kobiety, z którymi rozmawiałam, są przekonane, że ich decyzja o rozpoczęciu działań oddolnych nie była do końca autonomiczna, ale niejako wymuszona przez brak rozwiązań systemowych. Liberalny kapitalizm przyczynia się do promowania działań na własną rękę, przez co tracą one swój subwersywny charakter.

Metelkova od wielu lat toczy walkę z włodarzami, którzy dążą do jej przejęcia. Centralne położenie blisko dworca i kontrkulturowa historia sprawiają, że miejsce ma wielki potencjał turystyczny, jest także atrakcyjnym terenem dla deweloperów. Głośno o tym zrobiło się w 2017 roku, gdy miasto postanowiło o sprzedaży na aukcji publicznej mieszczącego się w Metelkovej hostelu Celice, byłego więzienia austro-węgierskiego i jugosłowiańskiego. Był to bezpośredni atak na autonomiczną przestrzeń, który pokazał dążenie władzy do jego prywatyzacji i komercjalizacji. Pomimo protestów hostel przejęło miasto.

O losach Metelkovej zaczynają decydować osoby nierozumiejące jej idei. Pośrednio różne miejskie instytucje zacieśniają nad nią kontrolę, wywierają nacisk na organizatorów, aby implementowali komercyjne zasady organizacji wydarzeń, które miałyby być nastawione jedynie na osiągnięcie zysku, co w założeniu jest sprzeczne z antykapitalistyczną tożsamością skłotów. Coraz rzadsze wydarzenia dla społeczności ustępują miejsca dużym wydarzeniom z bookingami zza granicy.

Studenci Erasmusa w Metelkovej, fot. rokp, Flickr.com

Aktywistki w Lublanie nie godzą się na to, aby deklarowana, ale iluzoryczna poprawność polityczna przestała dostrzegać mniejszości i spory różnych grup społecznych. Możliwość samozorganizowania się i manifestowania odmienności w przestrzeni miejskiej wciąż pozostaje dla nich kluczowa.

Nataša Sukič mówi o konieczności znalezienia nowego miejsca, które będzie otwarte dla działań najróżniejszych grup marginalizowanych (np. działających na rzecz praw zwierząt, kolektywami walczącymi na rzecz migrantek i osób ubiegających się o azyl itd.). Oby wieloletnie doświadczenie i sprawczość okazały się przydatne w walce z anonimowymi urzędnikami. W sporze nie chodzi tylko o podstawowe prawa, ale o możliwość rozwijania tożsamości, która jest ważna szczególnie w czasach fikcyjnej równości, gdzie każdy jest rzekomo akceptowany na płaszczyźnie politycznej poprawności, a w rzeczywistości spychany na margines.

**

Kasia Jaroch – krytyczka muzyczna i dziennikarka specjalizująca się w muzyce Europy Środkowo-Wschodniej

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać