Czytaj dalej, Kultura

Świadkowie? Świadek wie, kto został skrzywdzony. Jaką rolę odegrali Polacy w czasach Zagłady?

Fot. Jarosław Mikos

Jak się ma kategoria „świadka”, szeroko używana w polskim dyskursie dotyczącym Zagłady, do rzeczywistych zachowań polskich obserwatorów? W wielu doku­mentach dotyczących Zagłady, w zapiskach i dziennikach pojawia się zdanie, które strawestowane brzmiałoby mniej więcej tak: czasem wy­starczyłoby, żeby Polacy odwrócili oczy, żeby nie dosłyszeli akcentu, nie zwrócili uwagi na zbyt ciemne włosy. Publikujemy fragment książki Bożeny Keff „Strażnicy fatum”, która właśnie ukazała się nakładem Wydawnictwa Krytyki Politycznej.

W jakiej mierze w polskiej literaturze opisano styk Polacy–Żydzi w cza­sach Zagłady? Odpowiedzi na to pytanie szukam w tekstach powstałych wkrótce po zakończeniu wojny. Omówię utwory „domagające się” re­interpretacji lub takie, które – przy swojej wadze gatunkowej czy dokumentalnej – są nieznane albo mało znane.


Zastanawiam się również, w jakiej mierze rozmaite „skandale” wybuchające wokół przyjętego i zastygłego sposobu postrzegania sto­sunku Polaków do Żydów w okresie Zagłady dałoby się wytłumaczyć na przykład nieobecnością takiego tematu w literaturze. Czy pojawiały się opisy zdecydowanego solidaryzowania się Polaków z hitlerowcami w kontekście Zagłady? Czy kiedykolwiek wspomniano o zabijaniu Ży­dów w czasie powstania warszawskiego? Ponieważ niektóre publika­cje dotyczące stosunku Polaków do Żydów, zwłaszcza autorstwa Jana Tomasza Grossa (lub Jana Tomasza Grossa i Ireny Grudzińskiej-Gross), spotykały się z ogromnym oporem, nasuwa się pytanie, czy wynikał on także z pojawienia się tego rodzaju informacji w dyskursie publicznym po raz pierwszy. I czy w ogóle ma to znaczenie, który raz pojawia się temat, jeśli brakuje potencjału, aby go przyjąć?

Interesuje mnie też kategoria świadka pochodząca ze znanej tria­dy Hilberga: ofiara–kat–świadek, w polskich warunkach rozumiana narodowościowo jako Żydzi–Niemcy–Polacy. Jak się ma kategoria „świadka”, szeroko używana w polskim dyskursie dotyczącym Zagłady, do rzeczywistych zachowań polskich obserwatorów? Mówiąc o świad­ku, zakładamy bowiem, że patrzący podzielali nasz punkt widzenia i nasze wartości, na przykład przekonanie, że antysemityzm jest mor­derczym przesądem, a nazizm jest nam politycznie wrogi, nie tylko przez swoją antypolskość. Przez pryzmat naszych wartości patrzymy na Zagładę jak na żydowską tragedię i europejską zapaść kulturową. Często jednak ci nazywani świadkami nie podzielali ani naszych war­tości, ani ocen i kryteriów.

Straż ochotnicza

O wojnie i Zagładzie autorzy polscy i polsko-żydowscy napisali sporo. W PRL-u książki wydawano zazwyczaj w wysokich nakładach. Powie­ści i opowiadania dotyczące tego tematu często wychodziły spod pióra znanych pisarzy, a wielu odbiorców literatury uznawało go za ważny, zwłaszcza w latach powojennych i w dwóch następnych dekadach, kiedy pamięć o wojnie wciąż była żywa. Trzeba założyć, że przynajmniej część tych tekstów przyswojono, choć oczywiście otwarte pozostaje pytanie, w jakiej części, przez kogo i jak. Na pewno czytelnikami Adolfa Rudnickiego, Kalmana Segala i innych pisarzy podejmujących temat Zagłady byli Żydzi, którzy wszak nawet do 1968 roku tworzyli niewielką grupę w obrębie polskiego społeczeństwa.

Na pytanie „jak przyswojona?” pomoże odpowiedzieć interpreta­cja opowiadania Przy torze kolejowym z Medalionów Zofii Nałkowskiej. Medaliony zaraz po wydaniu w 1946 roku weszły do kanonu lektur szkol­nych i utrzymały się w nim przez dziesięciolecia. W interpretacji szkol­nej zazwyczaj skupiano się na warunkach stworzonych przez okupantów i okrucieństwie hitlerowskiego terroru. Filmowa adaptacja opowiadania Przy torze kolejowym w reżyserii Andrzeja Brzozowskiego (1963) mogła stać się próbą konfrontacji z innymi treściami interpretacyjnymi, lecz została zatrzymana i w okresie PRL-u nie była rozpowszechniana.

Przez pryzmat naszych wartości patrzymy na Zagładę jak na żydowską tragedię i europejską zapaść kulturową. Często jednak ci nazywani świadkami nie podzielali ani naszych war­tości, ani ocen i kryteriów.

W dominującym dyskursie Polacy, którzy zetknęli się z Zagładą, są nazywani świadkami. Świadek w sensie prawnym i potocznym to ktoś, kto może zaświadczyć – na przykład w sądzie – na temat jakiegoś zda­rzenia, a jego zeznania mają wagę dowodów. Świadek powinien mieć intencję zeznawania w taki sposób, żeby przestępstwo zostało ukarane. Świadek wie, kto został skrzywdzony.

Z kategorii bystanders (to angielskie słowo jest pojemne i nie ma jednoznacznego polskiego odpowiednika; dotyczy ludzi postronnych: obserwatorów/gapiów/świadków) można wyłonić inne kategorie, na przykład kategorię ludzi, którzy tworzyli rodzaj straży ochotniczej, nieoficjalnej, współpracującej z Niemcami. Podejmowali rozmaite dzia­łania – od donosów, szantaży, po pewnego rodzaju sygnalizacyjne „ga­piostwo”. Do podobnej kategorii można zaliczyć świadomych widzów stojących po stronie Niemców. Kibicowali „uwalnianiu” Polski od Żydów, choć niektórzy, zwłaszcza inteligenci, byli krytyczni „wobec metod”. Z takiej postawy wywodzi się Protest Zofii Kossak-Szczuckiej, wykluczający z tożsamości polskiej i katolickiej donosicieli i szmal­cowników, ale potwierdzający, że Żydzi są wrogami Polski i Polaków, znosząc tym samym wymowę protestu autorki, której antysemickie przekonania i wiedza o polskich postawach nie pozwalają sformułować konsekwentnego i szczerego protestu. Inni Polacy, na przykład spor­tretowani przez Adolfa Rudnickiego czy opisani w świadectwach Za­głady, nie współczują Żydom, żałują domów w płonącym getcie, a nie ludzi, uczestniczą w zbiegowiskach wokół podejrzanego o żydostwo przechodnia czy pasażera tramwaju lub pociągu, głośno wyrażają za­chwyt dla działań hitlerowców.

Polskie marzenie o rozgrzeszeniu

czytaj także

Polskie marzenie o rozgrzeszeniu

Zofia Waślicka-Żmijewska

W innej sytuacji są ci, którzy dystansują się od takich zacho­wań i działań, nie są na nie podatni, odmawiają – z różnych powodów – udziału w zdarzeniach tego rodzaju. Przynajmniej część z nich nie uczest­niczy z wyboru, ponieważ wie, w czym n i e uczestniczy. W wielu doku­mentach dotyczących Zagłady, w zapiskach i dziennikach pojawia się zdanie, które strawestowane brzmiałoby mniej więcej tak: czasem wy­starczyłoby, żeby Polacy odwrócili oczy, żeby nie dosłyszeli akcentu, nie zwrócili uwagi na zbyt ciemne włosy – to już byłaby pomoc. Czynny opór stosują oczywiście ci, którzy pomagają przeżyć lub jakoś biorą Ży­dów pod opiekę. Oporem jest też ofiarowanie chleba, kartofli lub drob­nych dzieciom z getta żebrzącym po domach. Kontekstem wszystkich tych postaw jest to, co można nazwać duchem większości dyktującym postawy wobec Żydów w czasie Zagłady – czyli pewny teraz swojej le­galnej mocy prawnej antysemityzm.

Samson Kazimierza Brandysa, czyli kontinuum prześladowań

W Samsonie Kazimierza Brandysa czytanym z dzisiejszej perspektywy uderza efekt kompozycyjny – przedwojenne losy Jakuba Golda i jego wojenne dzieje tworzą kontinuum. Zazwyczaj autorzy książek i pamięt­ników zaczynają od momentu f a k t y c z n e g o zerwania ciągłości, choć w kontekście prześladowania Żydów raczej o d n o s i  s i ę  w r a ż e n i e zerwania ciągłości, niż ma się do czynienia z prawdziwym zerwaniem. Początkiem akcji bywa bowiem dramatyczny najazd Niemiec hitlerow­skich na Polskę, klęska i wprowadzenie innego porządku. Klasycznym przykładem jest świetna powieść Anny Langfus Skazana na życie. Zaczy­na się obrazem zerwania, dosłownego zbombardowania dawnego świata. Zamożna rodzina żydowska w Lublinie spędza popołudnie (przypusz­czalnie 2 września 1939 roku), pijąc herbatę na balkonie i podziwiając nadlatujące samoloty, które gość rodziny bierze za polskie siły powietrzne.

Patrzcie tylko na to i przyznajcie, że mamy powody do dumy. A ile ich jest… Polska się szykuje – w jego głosie brzmiała godna mężczyzny de­terminacja.

Ojciec właśnie nalał sobie trzecią filiżankę herbaty i uśmiechał się błogo. Drzewa w ogrodzie przebudziły się nagle, wstrząśnięte nagłym podmuchem, choć nie było najmniejszego wiatru. Druga bomba spadła po tamtej stronie ogrodzenia.

Bohaterka i narratorka przyjechała, tak samo jak Anna Langfus, na wakacje do Polski, w przerwie semestralnej, bo studiuje w Belgii. Nie wspomniała, że uczy się za granicą z powodu numerus clausus i szaleją­cego na polskich uczelniach antysemityzmu, dla żydowskich studentów stwarzającego fizyczne zagrożenie, nie mówiąc o dręczeniu psychicz­nym. Przeszłość wraca w tej akurat powieści sporadycznie. Pojawia się, kiedy Langfus opisuje, jak polski antysemityzm spontanicznie współgra z działaniami hitlerowskimi, na przykład „pomoc” zorganizowana dla kilkunastu Żydów, którzy wyszli z getta, jest de facto pułapką służącą obdarciu ofiar z pieniędzy; ludzi tych następnie wyrzucano na bruk lub zawiadamiano o miejscu ich pobytu Gestapo. Tego rodzaju polskie po­stawy latami etykietowano – i dziś nadal tak się dzieje, choć może nie jest to już regułą – jako „izolowane”, „pojedyncze”, „marginalne”, „wła­ściwe szumowinom” itd. Opisy te wymagały i nadal wymagają rekon­strukcji rzeczywistości, która wybucha razem z pierwszą i drugą bombą spadającą z pięknego wrześniowego nieba.

Barbara Engelking: Przestańmy mówić o pamięci, zacznijmy mówić o trosce

czytaj także

Brandys dostarcza rekonstrukcji świata „sprzed bomb”. Do mło­dego Jakuba Golda napływa, bynajmniej niechciana i nieprzywoływana, wiedza o tym, że jest obcy, niepożądany i nienawidzony. Dzieje się to stosunkowo późno, bo dopiero w liceum, gdzie bohater styka się twarzą w twarz z nienawiścią. Pyta swojego przyjaciela Tola, Polaka, o co chodzi antysemitom (nie pada to słowo):

Tolo odpowiedział, że oni chcą Polskę uwolnić od Żydów. Jakub zdziwił się i zapytał ,czy od niego, Jakuba, także chcą Polskę uwolnić. Tolo roze­śmiał się i wytłumaczył, że tu nie chodzi o jednostki, ale o trzy miliony ludzi, którzy stanowią obcą masę. – Jakubku – dodał ciszej – ty wiesz, że mnie jest wszystko jedno, kto Żyd, a kto Turek. Ale przecież wyście opu­ścili swoją ziemię i czy to będzie źle, jeśli tam powrócicie? – przerwał i nie patrzył mu w twarz, rysując cyrklem po pulpicie. Jakub znowu się zdziwił, bo dotąd nie przyszło mu do głowy, że opuścił swoją ziemię. Spojrzał w otwarte okno i zobaczył zielone gałęzie kasztanów, a za nimi wysoko szary dym. […] Czy to nie była jego ziemia? Przecież nie miał innej ziemi prócz domu na Łąkowej, szkoły imienia Kościuszki i lasu nad rzeką.

Jakub Gold wiele razy zostaje ukarany za to, że jest Żydem, jak wtedy, kiedy nienawykły do alkoholu, upija się podczas zabawy z kolegami i ko­leżankami ze szkoły, wychodzi na dwór i nieświadomy swojego postępo­wania siusia przy grobie Nieznanego Żołnierza. Zostaje zatrzymany, ktoś sprowadza policjanta. Na posterunku

Jakub zobaczył za drewnianą barierą chudego mężczyznę w mundurze, który parzył na niego znad stołu. Powiedział: – Jak się nazywasz? – ale ludzie zaczęli krzyczeć wszyscy naraz i Jakub po raz trzeci tego dnia usłyszał, że jest Żydem.

Jakub wstępuje na uniwersytet, na wydział medyczny. Uczelniami wła­dają korporanci. Wie już, że żyje w Polsce na innych prawach niż Po­lacy. Nie może ukończyć studiów. Kiedyś, załatwiając na uczelni jakieś swoje biurowe sprawy, przypadkiem wchodzi między korporantów. Wśród przerażającej wrogości i agresywnych wrzasków zostaje potur­bowany i zrzucony ze schodów; ma podstawy sądzić, że napastnicy go zabiją.

Z nosa ciekła mu krew. Spodnie miał rozdarte ostrzem oskardu, wi­dać było bieliznę i ciało. Uchylał głowę od razów, na czworakach, zno­wu podobny do czarnego psa, którego karcą. Na chwilę przestali go bić i umilkli. Jeden z nich zapytał: Co z nim zrobimy? – wtedy rozległ się okrzyk z tłumu: – Żydowską kukłę pod miecz! – Zahuczał śmiech i znów schwycili go za kołnierz. Ale Jakub krzyknął nagle wysokim prze­ciągłym krzykiem i dźwignął się na kolana. Zobaczyli jego oczy nabiegłe krwią i wieki kamień w dłoni.

Jakub ciska kamieniem na oślep i przypadkiem zabija jednego z kor­porantów. Sąd skazuje go tak, jakby był napastnikiem, a nie broniącym się. (Ten element fabuły Brandys oparł na prawdziwych zdarzeniach). W jakimś momencie swojego przedwojennego życia Jakub dochodzi do wniosku, „że jedynym, który uważał, że jego ojczyzną jest Polska, był on sam”. Iluzja się kończy.

Można powiedzieć, że więzienie było dla Jakuba w miarę bezpiecz­nym miejscem do życia. Spotkał tam pana Malinę, kasjera, który zde­fraudował pieniądze, by zdobyć środki na leczenie chorego syna. Odsia­dywał wyrok bez poczucia krzywdy. W czasie wojny Jakub miał nadzieję, że będzie mógł się ukryć w mieszkaniu Maliny:

Był to ten sam kasjer Malina, z którym Jakub spędził długie miesiące w celi – a jednak wiedział przecież, że od tego czasu wiele się zmieniło między nimi. Życie w więzieniu, jakkolwiek uważane za karę, posiada tę zaletę, że pokazuje ludziom, jak bardzo są do siebie podobni. Natomiast wolność, której Jakub zaznał po opuszczeniu celi, pouczyła go o tym, że największe przeciwieństwo w naturze mogą stanowić dwaj ludzie. Na przykład proszę, Jakub Gold i Józef Malina. W więzieniu żyli jak brat z bratem, lecz teraz Jakub tłumił w sercu niechęć do kasjera za jego czystą kuchnię, bezpieczny dach nad głową i za psa, który ma się tu lepiej niż niejeden człowiek na świecie. – Wielkim nieszczęściem Żydów w naszych czasach – powiedział pewnego razu kolega S., który zginął w getcie – jest nie tylko to, że otacza ich nienawiść, lecz również, że zmusza się ich do nienawiści.

Po jakimś czasie dla większego poczucia bezpieczeństwa Malina umiesz­cza Jakuba w piwnicy. Kiedy gospodarz ginie w wypadku drogowym, Jakub na kilka dni zostaje bez pomocy; w końcu wydostaje się z kryjówki-pu­łapki. Powstanie w getcie upadło już jakiś czas temu. Jakub wychodzi z piwnicy tak, jak stał, i musi przejść w biały dzień kawałek miasta, żeby dotrzeć do domu znajomego na Krakowskim Przedmieściu.

Tego dnia w południe liczni przechodnie w Alejach Jerozolimskich poka­zywali sobie wzrokiem i palcami człowieka, który wzbudzał na ulicy ogól­ne poruszenie. Posuwał się niepewnie wzdłuż ścian i kamienic i, oślepiony słońcem, naciągał lewą ręką na oczy kołnierz marynarki, prawą szukając oparcia. Ludzie przystawali na chodniku, patrząc na niego ze zdumieniem, niektórzy, widząc jego osobliwe ruchy, sądzili, że jest to niewidomy lub wariat, jakich wielu błąkało się wówczas po ulicach. W pewnej chwili niedaleko rogu Brackiej zabiegł mu drogę wyrostek roznoszący gazety, zdzielił go płachtą dziennika po głowie, krzycząc: – Patrzcie ludzie na frajera! – Zaczepiony człowiek wyciągnął wtedy przed siebie ręce obron­nym ruchem i przytulił się bokiem do ściany, odsłaniając twarz. […] Była koloru pożółkłych ludzkich kości; ciemne nabrzmiałe wargi, głęboko za­padnięte oczy i czarny, dawno widać niegolony zarost – podkreślał tyl­ko jej bezkrwistą bladość. […] Jakub osłabły od słońca, obezwładniony zgiełkiem i przestrzenią, w jakiej nagle się znalazł, oddychał coraz ciężej, poruszał się z trudem; z czoła na powieki, na usta spływał mu słony pot. Z ludzkich twarzy, kiedy go mijali, znikał uśmiech. Jedni odwracali oczy, udając, że go nie widzą; inni przeciwnie: skręcali w miejscu i szli za nim, czekając co się stanie. Kiedy zatrzymał się na rogu Nowego Światu, aby zebrać siły, otaczała go już spora grupka gapiów; cudem nie było w pobli­żu Niemca – tylko dwaj kolejarze, przechodząc, spojrzeli na niego: jeden z nich machnął ręką mówiąc: Verrückter Jude – a drugi się roześmiał. […] Na Nowym Świecie śledzący go tłumek zmalał nieco; widocznie dawnym gapiom znudziło się patrzeć, nowych przybywało mniej. Kilku przechod­niów przystanęło jednak, odprowadzając go wzrokiem. Jeden z nich, nie­pozorny, niemłody, podszedł bliżej i zagadnął półgłosem: – Przepraszam, dokąd pan idzie, proszę się nie lękać… – na co Jakub […] dalej wlókł się pod ścianą w kierunku Krakowskiego Przedmieścia.

Kim są ludzie, którzy idą za Jakubem? „Obojętnymi świadkami”, przy­padkowymi widzami? Nic podobnego. Gromadzą się wokół Jakuba, a to wystarczy, by prędzej czy później ściągnąć na niego uwagę żandarmerii lub Wehrmachtu, choć, jak widać, niemieccy kolejarze nie ingerowali w zajście – to nie ich kompetencja, poza tym są przekonani, że Żyd trafi tam, dokąd powinien. Widzą przecież, że jest nadzorowany.

Grzegorz Niziołek w Polskim teatrze Zagłady na temat tej samej sceny z Samsona Brandysa pisze:

Do opisanego przez Brandysa ulicznego incydentu wielokrotnie odwo­łuję się w pierwszej części książki, starając się przede wszystkim zgłę­bić doświadczenie przechodniów, którzy postawili się w roli biernych i bezsilnych widzów, błąkającego się Żyda ujrzeli w roli protagonisty, ofiary widowiska tragicznego, a niewidzialnych tutaj sprawców uzna­li za bezlitosne fatum. Zdarzenie, w którym uczestniczyli, zamienili więc w teatr, z właściwymi mu rolami i nieprzekraczalnymi liniami podziału między sceną a widownią, naznaczając sytuację fałszywą transcendencją.

W tej scenie z Samsona przechodnie dzielą się przynajmniej na dwie ka­tegorie. Jedni specjalnie się nie zatrzymują, żeby się nie przyłączać do teatru robionego wokół Żyda; ci nie stawiają się w roli widzów. Drudzy się zatrzymują, a potem idą za Jakubem Goldem, pokazują go palcami, drwią i czekają na niemiecki patrol.

Jedni specjalnie się nie zatrzymują, żeby się nie przyłączać do teatru robionego wokół Żyda; ci nie stawiają się w roli widzów. Drudzy się zatrzymują, a potem idą za Jakubem Goldem, pokazują go palcami, drwią i czekają na niemiecki patrol.

Czy więc rzeczywiście postawili się w roli „biernych i bezsilnych”? Grają inną rolę. Nie zachowują się biernie ani nie są bezsilnymi świadkami czekającymi na wypełnienie się fatum.

Sami je tworzą; pilnują jego wypełnienia się, bo dobrze wiedzą, że fa­tum czasem śpi, czasem patroluje inne ulice, a czasem może przeoczyć Żyda. Każdy z ludzi idących za Goldem na swój sposób wzywa Niemców, których, jak pisze Brandys, cudem nie było w pobliżu. Ale działo się to w środku Warszawy, patrol nadszedłby prędzej czy później i widzowie ten fakt wliczają w swoją rozrywkę.

Jeśli postawili się w sytuacji „biernych i bezsilnych”, to co z tymi, którzy naprawdę, nie ze swojego wyboru, znaleźli się w sytuacji biernych i bezsilnych? I jaka jest praktyczna różnica pomiędzy „postawieniem się w sytuacji” a byciem w niej? Grzegorz Niziołek zaznacza, że postawienie się w sytuacji bezsilności wynika z błędu poznawczego, z uznania „nie­widzialnych tutaj sprawców” za „bezlitosne fatum”. Tymczasem nie jest to błąd p o z n a w c z y. To wyraz postawy m o r a l n e j. Uznanie „niewi­dzialnych tutaj sprawców za bezlitosne fatum” pozwala dołączać się do okrucieństwa sprawców bez ponoszenia odpowiedzialności.

Widać, że kultura chrześcijańska popełniła wieki temu błąd moral­ny wobec Żydów, on zaś, załóżmy, rzeczywiście był następstwem błędu poznawczego, wynikającego z braku zdolności myślenia historycznego. Kiedy kultura europejska ową zdolność uzyskała, w XIX wieku i potem, antysemicki mit służył już innym celom, głównie politycznym, jak w Ro­sji w czasie fali pogromów pod koniec XIX wieku.

Leder: „Pokłosie”, czyli uśpiony hegemon

We Francji położono go na szali tradycji feudalnej przeciwko zasadom republikańskim, obywatelskim, co było widać w sprawie Dreyfusa; był elementem „ideologii niemieckiej” jednoczącej niemieckie landy, łączył katolicko i narodowo szlachtę i chłopów, wpisując tych drugich do narodu polskiego (do nie­dawna ekskluzywnie szlacheckiego) itp. W niewielu miejscach Europy, gdzie nie spełniał tych funkcji, był słaby i trzeba go było wymuszać, jak na przykład we Włoszech, kiedy w czasie II wojny światowej Trzecia Rzesza przejęła tam administrację.

*

Z pewnością ci, którzy szli za Jakubem, nie postrzegali go jako bohatera widowiska tragicznego. Może za takiego miała go część z tych, któ­rzy nie przyłączali się do „teatru”.

Poza wszystkim innym w tradycjach chrześcijańskiej i późniejszych Żydzi, widziani przez okulary antysemi­tyzmu i nacjonalizmu, nie bywali postaciami wzniosłymi. Byli kwinte­sencją antywzniosłości. „Żyd” w kulturze chrześcijańskiej był rolą spo­łeczną, a zadaniem tej roli było znosić upokorzenia, szyderstwa i złośli­wości.

Uznanie „niewi­dzialnych tutaj sprawców za bezlitosne fatum” pozwala dołączać się do okrucieństwa sprawców bez ponoszenia odpowiedzialności.

Czy nie o to wytoczył proces Antoniowi Shylok? Antonio opluł go na ulicy, a Shylok zaprotestował, jakby nie znał swojego miejsca. Ży­dzi byli śmieszni, odrażający, i nawet najpiękniejsi uchodzili za brzyd­kich, bo mieli „żydowską urodę” (piszę o tym przy okazji opowiadania Marii Kuncewiczowej Turban i dzika w rozdziale Uniwersalista wobec mogiły). W oczach wielu jako przeciwnicy Niemców w czasie powsta­nia w getcie warszawskim Żydzi swoją walką ośmieszali Niemców, ale z kolei Niemcy ich nie uwznioślali, bo Żydów w polskiej tradycji nie da się uwznioślić. A skoro mamy widowisko tragiczne, gdzie jest kathar­sis? Gdzie są litość i trwoga?

Ci, którzy świadomie odmawiają udziału w spektaklu, wiedzą, że jest on nagonką. Gazeciarz zdzielił Jakuba płachtą gazety po głowie, a nie wali przecież z gazeciarskiego obowiązku w taki sposób każdego, kogo mija. Świetnie wie, kogo można zdzielić, a kogo nie, widzi przecież, że „frajer” znajduje się nie tam, gdzie powinien, i prawdopodobnie domyśla się, że frajer jest Żydem, co w czasie akcji powieści na jedno wychodzi. A jeśli jako dziecko z proletariackiej miejskiej rodziny nie domyśla się – w taką możliwość wątpię – to w każdym razie widzi kogoś, kogo nawet on, gazeciarz, może uważać za ofiarę.

Keff: Antysemityzm – niezamknięta historia

**

Bożena Keff – poetka, pisarka, literaturoznawczyni, feministka. Jest autorką kilku tomów poetyckich m.in. Nie jest gotowy (2000), Utwór o matce i ojczyźnie (2008), książek eseistycznych Postać z cieniem. Portrety Żydówek w polskiej literaturze (2001) Antysemityzm. Niezamknięta historia (2013) i zbioru  felietonów Barykady. Kroniki obsesyjne lat 2000–2006 (2006). Współautorka pierwszego w Polsce studium o homofobii Homofobia po polsku (2004). Dwukrotnie nominowana do Nagrody Literackiej NIKE.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.