Film

Tinder jest wyzwolony, ale my już niekoniecznie

Od lat seksuologowie alarmują, że uprawiamy dużo mniej seksu niż 30 lat temu. Tak, to nasi starzy pieprzyli się jak króliki i wcale nie potrzebowali do tego Tindera. A co jest złego w szybkich, niezobowiązujących numerkach? Czy to one są odpowiedzialne za rozpady relacji? Za problemy społeczne i ocieplenie klimatu?

Szwecja, A.D. 2018, Nahid, 57-letnia dokumentalistka, zakłada konto na Tinderze i poznaje tam Andersa, 49-letniego instruktora tenisa. Wysoki blondyn wygląda jak ucieleśniona fantazja o przystojnym wikingu. Spotykają się, jest coraz milej, ale po kolejnych czarujących randkach ona zauważa, że na Facebooku zdjęcia Andersa komentuje sporo kobiet.

Familiarny charakter komentarzy sprawia, że wiedziona ciekawością i niepokojem Nahid kontaktuje się z jedną z nich. A potem z kolejną, następną i jeszcze kolejną. Okazuje się, że facet, z którym zaczęła się niedawno spotykać, widuje się też z innymi kobietami. Jest ich, bagatela, dwadzieścia trzy. Licząc z bohaterką filmu, dwadzieścia cztery.

Nahid jest zawiedziona i wkurzona. Skonfrontowany z jej odkryciem Anders przyznaje, że faktycznie spotyka się z wieloma kobietami, bo lubi sprawiać im przyjemność. W zamyśle miały o sobie nie wiedzieć, ale Anders uznaje, że skoro ma próbować szczęścia u boku Nahid, to pozwoli jej nakręcić o tym film. Wkracza w kadr uśmiechnięty i prezentuje notes, w którym – żeby się nie pogubić w tym nadmiarze partnerek – prowadzi notatki. Są tam imiona i uwagi typu „naprawdę miła” albo „za bardzo się angażuje”. Przyznaje, że to problem, kiedy kobiety się angażują, że wtedy chce uciekać.

Nahid dokumentuje swoje konfrontacje z kobietami, z którymi spotykał się za jej plecami Anders. Ten stara się być jej chłopakiem, spędzać z nią romantyczne wieczory, wprowadzać ją w swoje grono towarzyskie. Poznaje jej rodzinę, chodzi z nią do klubów, jeździ na wakacje, spaceruje, gotuje, słowem – robi to, co powinien chyba robić każdy wchodzący w relację facet. Nawet jeśli przypomina dzieciaka z memu „bardzo by chciał być grzeczny, ale nie potrafi”.

Po jakimś czasie zamieszkuje u niej i zaczynają się schody. Anders raz po raz upada pod ciężkim krzyżem monogamii, prawdomówności, raz za razem zawodzi zaufanie Nahid. Nie żeby miał tego zaufania spory kredyt. Ona z jednej strony walczy, chce go zmienić, pomóc mu być tym Andersem, jakiego jej na początku przedstawił. Okazuje się jednak, że chyba przedstawił kogoś innego, bo sam nie daje rady być tym fajnym, uśmiechniętym, czułym gościem, w którego Nahid uwierzyła i w którym się zakochała.

„Tinder staje się jak narkotyk. Czuję się dzięki niemu piękna i mądra”

Nahid odsyła Andersa na terapię, ponosi kolejne klęski. On jest ciągle zagubiony, powtarza mantry o tym, że nie rozumie, dlaczego postępuje w ten sposób, że to wszystko dla niego strasznie trudne. Przez chwilę możemy odnieść wrażenie, że mierzący pewnie z metr dziewięćdziesiąt tenisista kuli się na kanapie jak mały chłopiec, a Nahid krąży nad nim jak kat, który co prawda nie bije, ale torturuje go pytaniami o to, dlaczego ten znowu kłamie. On idzie w zaparte. Ona przedstawia dowody. On mówi: „o, tak, nie wiem, jak to się stało”. Trochę czeski film, chociaż wszystko dzieje się w Szwecji. Kończy się tak, jak wszyscy się spodziewają, czyli po kolejnym wyskoku i zniknięciu Andersa Nahid mówi pas i zrywa znajomość.

Film Ja, Anders i jego 23 inne kobiety wyświetlany był na festiwalu Docs Against Gravity. Pełna sala wybuchała śmiechem po kolejnych perypetiach Andersa i pogardliwie parskała, kiedy Nahid po raz kolejny dowodziła niesamowitej cierpliwości i udzielała Andersowi kredytu zaufania.

Gdzie są te koty?

Po filmie dyskusja. Psycholog, terapeuta i ze dwie setki widzów. A w środku ja, twarz cała na biało, bo blednę, kiedy słucham niektórych opinii padających z sali. Jest tam wszystko, co nie najlepsze w dyskursie o relacjach kobiet i mężczyzn.

Najpierw głos zabiera psycholog, który na szybko stawia Andersowi i Nahid diagnozę. Osobowość zależna, trójkąt dramatyczny, osobowość narcystyczna. Do tego darwinistyczna narracja à la Jordan Peterson: przecież to, co widzimy na ekranie, jest normalne, bo to naturalne, że mężczyzna dąży do posiadania jak największej liczby potomstwa z jak największą liczbą kobiet. No i co byśmy zrobili, jakby nam nie wytłumaczył, że najbardziej opresyjne wobec seksualności kobiet są inne kobiety, bo przecież to one mogą nam, kolokwialnie mówiąc, zakosić faceta? Też lubicie to szczucie kobiet na kobiety przyprawione quasi-naukową gadką, którą zarazem legitymizuje się nierówności płciowe?

Mokry sen o edukacji seksualnej

Potem pojawiły się głosy widzów. Zaczęło się od zrzucania całego zła na Tindera, który umożliwił masowe zdradzanie partnerów, popsuł randkowanie i relacje. Pierwszy głos zabrał pan mizogin, który ogłosił wszem i wobec, że „jak facet zdradza, to jest najgorszy z możliwych, natomiast jeśli kobieta zdradza, to mówi, że po prostu miała romans”. Potem padają w dyskusji wypowiedzi, z których przebija zrozumienie i podziw dla Andersa. 24 laski naraz? To jest gość! I potępienie dla Nahid. Bo próbuje gościa zmieniać, bo mu matkuje i, co się nieustannie powtarza, jest okropnie naiwna.

Siedzę na scenie, gotuję się w środku i czekam, aż zaraz usłyszę, że właściwie to same wymyśliłyśmy sobie ten patriarchat, żebyśmy mogły się nim okładać po głowach, że kiedyś to były czasy, bo seks był dopiero po ślubie, a zboczone nowe technologie nie psuły nam społeczeństwa. I myślę: napisałam o Tinderze książkę, to nie dam tak szkalować niczemu niewinnej aplikacji, nie będziemy na algorytm zwalać swoich grzechów. Więc zabrałam głos.

Zdarza się, że prowadzący wychowanie do życia w rodzinie wstydzą się słowa „seks”

Po pierwsze: przed Tinderem też były randki. Też były stawiane po kolejnych spotkaniach pytania „dlaczego on nie zadzwonił”. W dodatku – tak, trzeba to najwyraźniej przypomnieć – przed Tinderem ludzie też się zdradzali. Apka nie przyczyniła się do seksualizacji społeczeństwa, nie zrobiła z nas bandy cynicznych indywiduów, które pieprzą się, za przeproszeniem, jak króliki.

Od lat seksuologowie alarmują, że uprawiamy dużo mniej seksu niż 30 lat temu. Tak, to nasi starzy pieprzyli się jak króliki i wcale nie potrzebowali do tego Tindera. A zdradzali się mniej więcej tak samo, jak zdradzają się ludzie w dzisiejszych czasach, może nawet teraz mniej, bo skoro rzadziej uprawiamy seks, to i rzadziej mamy okazję do niewierności.

Po drugie, to cholernie ważne, żebyśmy tego Tindera odczarowali. Bo demonizowanie tej apki argumentem, że ludzie umawiają się za jej pomocą na niezobowiązujący seks, jest bez sensu. Co jest złego w szybkich, niezobowiązujących numerkach? Czy to one są odpowiedzialne za rozpady relacji? Za problemy społeczne i ocieplenie klimatu?

Zabieram go do domu. Bawię się w żeńską wersję Greya

Demonizowanie wynika z tego, że jednorazowy seks bez zobowiązań nie jest (jeszcze) społeczną normą. To novum, że dwoje ludzi na równych zasadach zawiera temporalną umowę seksualną podporządkowaną wyłącznie ich pragnieniom. W dodatku dzieci z tego nie będzie, nikt nie wyląduje przed ołtarzem i nie założy podstawowej komórki społecznej. To wszystko trochę nie mieści nam się w głowach, bo wciąż siedzi tam obraz białej sukni, chodzenia za ręce, całowania na drugiej randce i seksu dopiero na trzeciej. Tinder ułatwia umawianie się na seks bez zobowiązań. I co robimy? Trochę to, co z kobietami, które łamią seksualne tabu i normy społeczne: slut-shamingujemy, dokonujemy negatywnej oceny moralnej Tindera i jego użytkowników, piętnujemy, spłycamy, prawimy morały.

Tymczasem, zapamiętajmy, nie ma nic złego w takiej formie relacji. Dwie osoby umawiają się na konsensualny seks. Mają pragnienia, postanawiają je wzajemnie spełnić. Tylko tyle i aż tyle.

To novum, że dwoje ludzi na równych zasadach zawiera temporalną umowę seksualną podporządkowaną wyłącznie ich pragnieniom.

Po trzecie, i Tinder, i szybkie numerki – co jest szalenie ważne – emancypują kobiety. Apka fizycznie wyrównuje szanse: kobiety i mężczyźni muszą wzajemnie zaaprobować swoje profile. Dopiero wtedy mogą ze sobą rozmawiać. Obie strony mają takie samo prawo do rozpoczęcia interakcji. Obie strony mogą w rozmowie lub nawet w informacji zamieszczonej w profilu określić, jakiego typu relacji szukają.

Może do mężczyzn to nie przemawia, ale zapewniam was, że dla nas, kobiet, to pewien postęp, bo możemy zdecydować, że nie chcemy z kimś gadać, i ten ktoś faktycznie nie będzie miał takiej szansy, nie będzie za nami szedł, przysiadał się do stolika, nie będziemy zmuszone spławiać przypadkowego natręta. A jak będzie nam wysyłał niechciane wiadomości, to po prostu skasujemy czata i utniemy kontakt.

Mamy więc po równo, mamy, kogo chcemy i ile chcemy. Każdej (a nie tylko każdemu) według potrzeb. Mamy możliwość wyrażenia swoich pragnień i spełnienia ich z kimś, kto nie będzie nas oceniał, bo przecież mamy wspólny cel. Co więcej, możemy sobie pozwolić na to, żeby naszą interakcję z kimś poznanym na Tinderze ograniczyć tylko do seksu, nic więcej. Nie mamy ochoty na kolacje i obiadki z rodzicami czy spacery za rękę? Proszę bardzo. W końcu już jesteśmy, cholera, dorosłe, a „Wysokie Obcasy” od lat grzmią, żebyśmy się przeprosiły ze swoimi orgazmami, cipkami i śmiało realizowały pragnienia – no to nareszcie sobie możemy poszaleć.

Chrońmy dzieci. Dajmy im sensowną edukację seksualną

Facetom oczywiście nikt nie musiał tak grzmieć. To chyba niezła oznaka tego, jak bardzo między kobietami i mężczyznami jest nierówno, jeśli my, kobiety, dopiero wychodzimy z jaskini i musimy się wzajemnie wspierać w odkrywaniu swojej seksualności. Wyobrażacie sobie te artykuły w wersji dla facetów? „Nie bój się swoich pragnień”, „odkryj swojego penisa” itd.? No przecież mężczyźni od dawna wiedzą, że mogą uprawiać seks bez zobowiązań i że masturbacja jest spoko, nie trzeba wcale ich do tego przekonywać w prasie.

Odczarowaliśmy Tindera, to wróćmy do filmu Anders, ja i jego 23 inne kobiety, bo w dyskusji dotyczącej głównych bohaterów pojawiają się jeszcze dwie szkodliwe klisze myślenia o relacjach.

Po pierwsze – zbyt swobodnie wpadamy w narracje terapeutyczne. Serio, nie ograniczajmy się do diagnoz, że ktoś zdradza i oszukuje partnera, bo ma osobowość x i zaburzenia y. Kiedy jakiś człowiek zadźgał nożem polityka, ludzie krzyczeli, że wariat. Potem stowarzyszenie psychiatrów na szczęście przypomniało, że nie wolno szafować pojęciami i piętnować psychicznie chorych oraz że zabijać mogą całkiem zdrowi, ale po prostu źli ludzie. Przykład jaskrawy, ale mam nadzieję, że się rozumiemy: nie możemy zdrady lub kłamstw usprawiedliwiać zaburzeniami czy szaleństwem.

Prawdziwi bohaterowie kierują się emocjami

Po drugie – w filmie widzimy Nahid i Andersa. Ona jest naiwna, co szalenie wszystkich bawi, widzowie prześcigają się w głosach potępienia jej opresyjności, krytykują jej podejście do Andersa, matkowanie, jej łatwowierność. Z sali nie padnie za to ani jeden głos potępienia Andersa, mało tego, pojawią się (męskie) głosy podziwu, że facet jest kozak po prostu, „doskonały gość”, jak powiedział pewien pan.

Czym grzeszy Nahid? Łatwowiernością i naiwnością. Nie łamie żadnych zasad. Anders za to kłamie i raz po raz nadużywa zaufania aż 24 kobiet. Łamie przyrzeczenia i występuje przeciwko etyce. A publiczność wciąż z lubością pastwi się nad Nahid.

Ile jeszcze razy musimy powtórzyć mantrę o tym, że facet, który robi takie rzeczy, jest podziwiany, a kobieta robiąca to samo – będzie zdzirą? Czy ktoś sobie wyobraża, żeby w tym filmie odwrócono role płciowe? Kobieta skwapliwie przyznaje się do swoich zdrad przed kamerą, pokazuje listę męskich imion w notesie, wszystko z uroczym uśmiechem? Widzicie to?

Seksizm nasz powszedni

No właśnie, to następnym razem ugryźcie się w język, jak będziecie chcieli powiedzieć, że kobiety i mężczyźni są równi. Nie jesteśmy, mamy podwójne standardy. Winę ponosi brzydkie słowo na „p” – patriarchat. To on jest odpowiedzialny za te nierówności, a mężczyźni pielęgnują go, ile wlezie, bo w końcu to dzięki niemu są uprzywilejowani jak cholera. Wspomniany film i jego recepcja są tego mocnym przykładem. Pamiętajmy o tym, zanim zrobimy kozła ofiarnego z apki na smartfona.

Bio

Joanna Jędrusik

| Kulturoznawczyni, autorka książki „50 twarzy Tindera”
Kulturoznawczyni, przez lata na etacie w korpo. Prowadzi fanpejdż Swipe me to the end of love. Lubi Balzaca i gry komputerowe. Autorka książki „50 twarzy Tindera”, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Krytyki Politycznej.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.