Film

Serial TVP o Osieckiej warto oglądać tylko dlatego, że jest o Osieckiej

Eliza Recymbel

Dość trudno wciągnąć się w śledzenie fabuły „Osieckiej”, bo sprowadza się ona do tego, że bohaterka poznaje kolejnych ludzi, w jej życiu dzieją się kolejne sprawy, ale fakt, że to jest życie Osieckiej, tej Osieckiej, zachęca do oglądania.

Jest serial o Agnieszce Osieckiej. Na razie TVP pokazała sześć z trzynastu odcinków. Osieckiej niby przedstawiać nie trzeba; wiadomo, że pisała piosenki, które były hitami. Nie wiem jednak, czy tak powszechnie znany jest życiorys poetki. No więc serial nam go po bożemu przybliża.

Poznajemy chronologicznie kolejne epizody z życia Osieckiej: rodzice zadbali o jej wykształcenie, uczyła się języków obcych, a w domu rodzinnym była gosposia, co nie podobało się koleżeństwu Agnieszki, bo wiadomo, że gosposia to element obcy klasowo. Następnie poznajemy to koleżeństwo, najpierw znajomych z ZMP, potem ze Studenckiego Teatru Satyryków i Bim-Bom, czy ze szkoły filmowej w Łodzi. W opowieści pojawiają się znane postaci (Cybulski, Kobiela, Czyżewska, Hłasko, Giedroyc itp.).

STS i Bim-Bom są w serialu skonfrontowane i pokazane jako przeciwieństwa. STS jest poważny, Bim-Bom – krotochwilny. Po latach łatwo jest zlać w jedną całość twórczość studencką czasów PRL-u i bardzo się ucieszyłam, że serial Osiecka tego nie zrobił. Ten moment dał mi nadzieję, że choć w trzynastu odcinkach upchać tyle ciekawego życia poetki będzie ciężko, to jednak twórcy postarają się nie upraszczać za bardzo. Ale moja nadzieja okazuje się płonna.

Posuń się, Osiecka, teraz kamera na Hłaskę

Dla osób znających postaci życia kulturalnego PRL-u, które przewijają się przez ekran, śledzenie choćby krótkich scenek, w których pojawiają się a to Andrzejewski, a to Bohdziewicz, jest fajną zabawą. Ale dla osób, które kulturalnych kręgów PRL-u tak szczegółowo nie znają, część wątków może być nudnawa i niezrozumiała.

Sentymenty i bluzgi

Oczywiście, tego typu produkcje zawsze stoją przed wyzwaniem – jak ciekawie i klarownie opowiedzieć intensywne i fascynujące życie bohaterki, żeby oglądanie serialu było przyjemnością dla tych, co biografię znają, ale też tak, żeby odkrywanie tej biografii wciągnęło innych. To się raczej nie udało. Po sześciu odcinkach w zasadzie nie bardzo wiem, dlaczego ludzie mieliby serial Osiecka oglądać.

Ponieważ postaci dziś już historycznych przewija się na ekranie sporo, twórcy serialu postanowili każdej dać troszkę przestrzeni. Miałam nadzieję, że przestrzeni tej nie zabraknie dla samej Osieckiej, ale tak nie jest. Niestety, jak na razie faceci jej tę przestrzeń zabierają. Niby pierwszoplanowa jest tu Osiecka, ale ważnymi bohaterami kolejnych odcinków są panowie: w pierwszym taką kluczową postacią był ojciec Osieckiej, Wiktor, który ma romans i to niszczy rodzinę; w drugim – poeta Witold Dąbrowski, pierwsza miłość bohaterki; w trzecim i kolejnych – Marek Hłasko, kolejna miłość; w czwartym – Jerzy Giedroyc, bo paryska „Kultura” (i romans, ale tego w serialu nie widać), w piątym – Wojtek Frykowski, pierwszy mąż Osieckiej, w szóstym – Jeremi Przybora.

Trzymałam kciuki, żeby serial nie był skonstruowany tak, że co odcinek poznajemy kolejnego faceta Agnieszki i wokół tych facetów kręci się świat serialowej Osieckiej. Na razie przegrałam. Sześć odcinków, trzy oświadczyny, co krok mężczyzna, który chce, żeby główna bohaterka żyła tak, jak on jej zaplanował, jak jemu by najbardziej pasowało. Czego chce sama Agnieszka? Nadal nie wiem. Wiem, czego nie chce. Nie chce żyć według planów, jakie piszą jej inni.

Co ma mnie zatrzymać przed telewizorem?

Niby wszystko się w tym serialu zgadza. Miała być biografia pisarki i jest. Są wspomniane wyżej kolejne epizody z jej życia. Jest tło historyczne. Każdy odcinek otwierają archiwalia – a to z przemówienia, a to z pochodu. Żebyśmy wiedzieli, jakie to były smętne czasy. Stare wnętrza są piękne, dobrze, że niektóre miejsca nie zmieniły wyglądu przez 70 lat i dziś mogą zagrać w filmie o latach 50. Stroje, rekwizyty, wszystko to nadaje serialowi charakter. Pokój Osieckiej z biurkiem z szybą, pod którą wkładała fotografie, kominkiem i tapczanem odtworzony jest idealnie. I tylko friki historyczne będą narzekać, że mapa PRL, które taką nazwę dostało w lipcu 1952 roku, wisi za plecami bohaterów, kiedy Osiecka jest jeszcze przed maturą, którą zdała w maju 1952 (w tym miejscu chciałabym pozdrowić Michała Sutowskiego, z którym po każdym odcinku wymieniam esemesy z podobnymi uwagami).

Kolejne wydarzenia z życia Osieckiej to tło jeszcze uszczegóławiają, ale momentami znika z tej opowieści sama główna bohaterka. Śledzimy w barze rozmowę Andrzejewskiego z Hłaską, o kinie gadają, o tym, że z Wajdą się Andrzejewskiemu dobrze pracuje, lepiej niż Hłasce z Fordem. Ja nie wiem, co ta rozmowa wnosi do opowieści o Osieckiej. Dla jak wielu ludzi jest ona w ogóle zrozumiała. Podobnych scenek jest więcej.

A przecież wcale nie jest tak, że nieznajomość tego tła, nazwisk i anegdot uniemożliwia oglądanie serialu. Miliony ludzi obejrzało właśnie wielogodzinny serial o graniu w szachy. Ja sama gapiłam się jak zahipnotyzowana w ekran i śledziłam pojedynki białych pionków z czarnymi, kompletnie nie znając zasad tej gry. Da się więc opowiedzieć o czymś nieznanym w sposób ciekawy. Niestety, serial Osiecka tego nie robi. Dość trudno wciągnąć się w śledzenie fabuły, bo sprowadza się ona do tego, że bohaterka poznaje kolejnych ludzi, w jej życiu dzieją się kolejne sprawy, jednak fakt, że to jest życie Osieckiej, tej Osieckiej, zachęca do oglądania.

Gdzie jest ta niezależna kobieta?

Agnieszka Osiecka była niezależną, zdecydowaną kobietą, która odniosła sukces. Znała wszystkich i wszyscy ją znali, od dziecka prowadziła pamiętniki. Materiału jest w jej życiu na parę sezonów serialu, do tego świetnie udokumentowanego materiału. Mimo to Osiecka nie ma szczęścia do biografów. Większość tego, co o niej czytałam i oglądałam, powtarza kilkanaście tych samych anegdot, unika tematów trudnych albo się przez nie prześlizguje. W filmie dokumentalnym Agnieszka (1989) Grażyny Pieczuro sama Osiecka mówi o wyzwaniu związanym z pisaniem o innych ludziach, w tym tych znanych: „jak napisać, żeby nie popaść w jakąś landrynę”. Opowieści o Osieckiej niestety często wpadają w landrynę. A ja bardzo bym chciała, żeby o Agnieszce Osieckiej opowiedział jakiś Domosławski, bez czołobitności, ale krytycznie, z ciekawością otoczenia, z dociekliwością pytań.

Miałam i mam duże oczekiwania wobec tego serialu, bo to świetny życiorys. Nie tylko dlatego, że tylu znanych ludzi się przez niego przewija, ale dlatego, że Osiecka żyła w ciekawych czasach trudnych nieraz wyborów. Nie była twórczynią kontrkulturową, jej teksty śpiewały masy, ale znała i ceniła twórców podziemia. Kiedy Michnik poszedł do więzienia, pisała dla niego dziennik, ale kiedy wybuchł stan wojenny, nie bojkotowała mediów, co wielu twórców miało jej za złe. Kolegowała się z osobami wysoko postawionymi w państwie, a jednocześnie przemycała rękopisy do paryskiej „Kultury”, co oglądamy w serialu.

W jednej z serialowych scen Osiecka mówi o Cybulskim, że jest „nieoczywisty”. Dla niej to zaleta. Życiorys Osieckiej jest nieoczywisty. Można go zlandrynkowić i opowiedzieć o poetessie polskiej piosenki, a można pokazać jego różne sprzeczności.

Ona sama o innych potrafiła mówić ostro, ironicznie, opisywać ich z szyderą i dowcipem, czasem z wyższością. We wspomnianym dokumencie Agnieszka zarzuca jej to Magda Umer. Umer pyta o granice, o to, czy wszystko, co ci znajomi i przyjaciele powiedzieli, można powtarzać dalej, ba, używać w swoich tekstach. Dla Osieckiej to nie problem. Im mocniejsza anegdota, tym lepiej. Ona nie chce „popadać w landrynę”. Nie certoliła się często z innymi. Może serial jeszcze o tym opowie?

Anna Walentynowicz, czyli zbuntowana ikona systemu

Andrzej Wajda w tym samym dokumencie o utworach Osieckiej mówił: „Nigdy nie myślałem, że mógłbym wyreżyserować taki utwór, on ma zupełnie inną, kobiecą logikę i myślę, że gdyby próbować zastosować do niego jakieś zdrowe, męskie podejście, trzeba by ten utwór po prostu w jakiś sposób zepsuć, w jakiś sposób zniszczyć”.

Nie wiem, czy to dlatego, że serial Osiecka zrobiła grupa panów, oglądając go, myślałam o tym cytacie z Wajdy i o tym, że „zdrowe, męskie podejście” w jakiś sposób tę opowieść niszczy. Niszczy go też galopada epizodów odwracających uwagę od samej głównej postaci – być może dlatego, że serial stara się za dużo jednocześnie pokazać.

Tak czy siak ja – choć rozczarowana – ciekawa jestem, jak dalej twórcy opowiedzą o jednej z najciekawszych kobiet salonowego i kulturalnego życia PRL. Może się okazać że nie dowiem się o Osieckiej nic nowego, że w serialu będzie opowiedziana jako postać nieuchwytna, nie dowiem się, czemu lata za tym chamem Hłaską, czemu ciągle jest smutna i poważna. Za to dzięki serialowi na pewno przypomnę sobie biografię Osieckiej, z ciekawości sięgnę znowu po jej książki (już to zresztą od tygodnia robię). Będę szukać na własną rękę, ale nie odpowiedzi na pytania, jaka historia stoi za daną piosenką Osieckiej, to już sto razy czytałam, ale jaka historia stoi za jej życiem. Wciąż nie wierzę, że Osiecka jest tak nieuchwytna, jak to pokazał serial TVP.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Agnieszka Wiśniewska
Agnieszka Wiśniewska
Redaktorka naczelna strony KrytykaPolityczna.pl
Redaktorka naczelna strony KrytykaPolityczna.pl, w latach 2009-2015 koordynatorka Klubów Krytyki Politycznej. Absolwentka polonistyki na UKSW, socjologii na UW i studiów podyplomowych w IBL PAN. Autorka biografii Henryki Krzywonos "Duża Solidarność, mała solidarność" oraz wywiadu-rzeki z Małgorzatą Szumowską "Kino to szkoła przetrwania". Redaktorka książek filmowych m.in."Kino polskie 1989-2009. Historia krytyczna", "Polskie kino dokumentalne 1989-2009. Historia polityczna".
Zamknij