Film

Za każdą ofiarą stoi sprawca

Fot. materiały prasowe

Wokół Cecilii zaczynają się dziać niepokojące rzeczy, których osoby z jej najbliższego otoczenia zdają się nie dostrzegać. Bo może jest przewrażliwiona? Może jednak przesadza? Reżyser Leigh Whannell uczynił z „Niewidzialnego człowieka” aktualną opowieść o traumie, manipulacji i przemocy.


Universal Pictures już kilkukrotnie próbowało wznowić zainteresowanie widowni klasycznymi potworami ze swojego repertuaru – z różnym powodzeniem. Po mieszanej recepcji Mumii z Tomem Cruisem studio zwróciło się ku skromniejszym produkcjom, dając sobie przestrzeń na podjęcie większego artystycznego ryzyka przy jednoczesnym mniejszym ryzyku finansowym. Strzałem w dziesiątkę okazał się także mariaż ze specjalizującym się w nisko- i średniobudżetowym autorskim kinie gatunkowym Blumhouse Productions Jasona Bluma, producenta z jednej strony kasowej serii Paranormal Activity, z drugiej – oryginalnych i ambitnych filmów Jordana Peele’a Uciekaj! i To my. Oba studia współpracowały już wcześniej z powodzeniem przy horrorowej serii Naznaczony, w ramach której w roli reżysera debiutował scenarzysta i aktor Leigh Whannell – i to właśnie w jego ręce oddano pierwszy projekt w ramach nowej koncepcji Universal Monsters.

Bierność to przyzwolenie na przemoc

Wybór Niewidzialnego człowieka na film inaugurujący kolejną reaktywację kultowych monstrów może wydawać się nieoczywisty, choć pierwsza ekranizacja prozy H.G. Wellsa z 1933 roku cieszyła się w swoim czasie ogromnym powodzeniem. Obraz zawiniętego w bandaże szalonego naukowca Jacka Gryffina miał wprawdzie momenty popkulturowej żywotności, nie towarzyszyła mu jednak tak wyrazista kulturowa mitologia, jak w przypadku hrabiego Drakuli, wilkołaka czy potwora Frankensteina. A jednak to właśnie mniejsza rozpoznawalność i brak przytłoczenia nadmiarem utrwalonych skojarzeń stały się siłą nowej adaptacji.

W efekcie powstał film, który sprawdza się na kilku poziomach. Nowy Niewidzialny człowiek jest więc po pierwsze sprawnym warsztatowo kinem grozy sytuującym się gdzieś na przecięciu horroru, thrillera i science-fiction. Obraz osadzony jest w znajomej konwencji, ale nie popada w nadmierny stereotyp, starannie buduje i rozładowuje napięcie, używa jumpscare’ów w sposób oszczędny, przemyślany i celowy, z wyczuciem dawkuje grozę i dostosowuje przelew krwi do klasyfikacji wiekowej. Film sprawdza się też jako reinterpretacja klasycznego tekstu kultury: pomysłowa gra motywami i scenami z pierwszej ekranizacji ucieszy fanów oryginału, nie wymagając zarazem od nowych widzów znajomości nieco już zapomnianego kanonu.

Prawo do niemilczenia [o „Missouli” Jona Krakauera]

Przede wszystkim jednak, jak każda dobra adaptacja – przepisuje stary tekst kultury na nową sytuację społeczną i, jak każdy dobry horror, pozwala się interpretować także w kluczu metaforycznym. Whannell przykłada do znajomego zdawałoby się scenariusza radykalnie odmienną optykę i pozostając wiernym pewnym elementom oryginału, przenicowuje inne, czyniąc z Niewidzialnego człowieka aktualną opowieść o traumie, manipulacji i przemocy.

Przemoc bez śladu

Cecilia (jak zwykle świetna Elisabeth Moss) pod osłoną nocy ucieka od przemocowego partnera – bogatego geniusza i pioniera optycznych nowych technologii Adriana Griffina. Straumatyzowana i przerażona, tygodniami ukrywa się w mieszkaniu Jamesa, przyjaciela z dzieciństwa i byłego męża siostry, gdzie wkrótce dociera do niej wiadomość o samobójczej śmierci oprawcy. Doświadczenie lat manipulacji sprawia jednak, że bohaterka traktuje dobre wieści z dużą podejrzliwością.


Powolny i podszyty nieufnością proces wyzwalania się spod wpływu bolesnych doświadczeń zostaje przerwany, gdy wokół Cecilii zaczynają się dziać niepokojące rzeczy, których osoby z jej najbliższego otoczenia zdają się nie dostrzegać. Czy znikające i pojawiające się przedmioty, niepokojące odgłosy i nieustępujące poczucie bycia obserwowaną to przejawy psychologicznej niestabilności skrzywdzonej kobiety, efekty działania złośliwego poltergeista, a może świadectwa napastliwej obecności innego rodzaju?

Na ekranie nie zobaczymy przemocy, jakiej Cecilia doświadczała przez lata ze strony partnera, zdani jesteśmy na jej opowieść – ta zaś pozostaje zdawkowa, fragmentaryczna i pozbawiona szczegółów. Dostajemy zaledwie zarys typowego scenariusza: kontrola wyglądu i zachowania, ograniczanie swobody, izolowanie od otoczenia, inwigilacja do granic absurdu: „nie podobały mu się rzeczy, które przypuszczał, że mogę myśleć”. „Bił cię?” – pyta zmartwiona siostra. „Też” – odpowiada Cecilia tak znużonym tonem, jakby nie miała siły wyjaśniać, że nie to było najgorsze.

Choć zdawałoby się, że koszmar bohaterki się skończył, szybko orientujemy się, że jego miejsce po prostu zajął nowy, bardziej subtelny: koszmar życia w ciągłym stanie paranoicznej podejrzliwości, czujnego podważania własnych odczuć i cudzych motywacji, nieustannego oglądania się przez ramię. Nie same wybuchy gniewu i akty przemocy odcisnęły na Cecilii największe piętno, tylko życie w chronicznym napięciu, przymus ciągłej czujności w relacji z pozornie bliską osobą, wreszcie – utrata zaufania do siebie.

Choć termin gaslighting funkcjonuje w potocznej angielszczyźnie od lat 60., do dziś nie doczekał się dobrego polskiego odpowiednika – co być może mówi o naszej kulturze więcej, niż bylibyśmy skłonni przyznać. Pozornie niewinne, budzące skojarzenia z popularnym w XIX wieku gazowym oświetleniem mieszkań i ulic określenie, kryje w sobie ponurą opowieść o patologicznym kłamstwie, systematycznej manipulacji i psychologicznej przemocy.

Zaczerpnięte z tytułu sztuki teatralnej Patricka Hamiltona i spopularyzowane przez hollywoodzką adaptację w reżyserii George’a Cukora pojęcie służy do opisu relacji, w której sprawca manipuluje ofiarą w taki sposób, by skłonić ją do zwątpienia we własną percepcję, pamięć, ogląd sytuacji oraz samoocenę, i w efekcie całkowicie podważyć jej doświadczenie i rozumienie rzeczywistości – a w ich miejsce narzucić własne.

Polski Fritzl? Nie, polski Kowalski

Bohaterkę filmu z lat 40., młodą mężatkę Paulę (Ingrid Bergman), podobnie jak Cecilię prześladują tajemnicze wydarzenia: znikające i pojawiające się przedmioty, dziwne odgłosy dochodzące ze strychu, przygasające z nieznanych przyczyn światła – jednak jej mąż uparcie zaprzecza prawdziwości zgłaszanych przez nią problemów. Konsekwentne negowanie jej percepcji przyczynia się do wzrastającej emocjonalnej niestabilności bohaterki, ta zaś staje się pretekstem do coraz większego izolowania jej od otoczenia.

Pozornie niewinne termin gaslighting, kryje w sobie ponurą opowieść o patologicznym kłamstwie, systematycznej manipulacji i psychologicznej przemocy.

Zarazem jednak, wbrew niepewności, narastającemu dysonansowi poznawczemu i lękowi przed popadnięciem w szaleństwo, Paula uporczywie walczy – chwilami sama ze sobą – o uznanie prawdy własnych przeżyć. Choć ostatecznie, przy wsparciu życzliwego inspektora Scotland Yardu, bohaterka dowodzi prawdziwości swojego doświadczenia, trudno otrząsnąć się z dojmującego poczucia bezradności i zwątpienia przenikających film.

Podobne odczucia napięcia i niepewności towarzyszą seansowi Niewidzialnego człowieka. Wpisanie opowieści o manipulacji w poetykę horroru sprawia, że łatwiej identyfikujemy się z bohaterką: w wielu scenach, podobnie jak ona, nie jesteśmy pewni, co właściwie widzimy – i czy widzimy to naprawdę? Patrząc na odcisk niewidocznego ciała w fotelu, na obłok ciepłego oddechu zawisający na moment w chłodnym wieczornym powietrzu, na nóż zsuwający się z blatu, ale niewydający odgłosu uderzenia o podłogę, towarzyszymy Cecilii w jej niepewności, bezsilności i lęku, ale też – co w tej opowieści szczególnie istotne – wierzymy w prawdziwość jej doświadczenia.

Na samym początku, jeszcze w prologu filmu, Whannell robi rzecz bardzo ważną: w scenie wieńczącej ucieczkę bohaterki, w obecności świadków, pokazuje Adriana jako osobę stosującą przemoc w domyślnej reakcji na utratę kontroli. Jako widzowie nie mamy więc – nie powinniśmy mieć – wątpliwości, że Cecilia rzeczywiście padła ofiarą agresywnego, manipulacyjnego, kontrolującego socjopaty. Ale czy uwierzylibyśmy jej, gdybyśmy nie zobaczyli tego na własne oczy?

Od pierwszych, jeszcze dość niewinnych, niewytłumaczalnych sytuacji Cecilia jest absolutnie pewna – wbrew wszelkiej logice i na przekór zdrowemu rozsądkowi – że to właśnie jej przemocowy partner stoi za dziwnymi zdarzeniami uprzykrzającymi jej życie. Pewności tej nie podziela nie tylko udzielający jej schronienia James, ale nawet siostra, która widziała agresywny wybuch Adriana w noc ucieczki.

Początkowo troskliwi i wyrozumiali, z czasem tracą cierpliwość do bohaterki, której zachowanie wydaje im się coraz bardziej dziwaczne, a przekonania coraz bardziej irracjonalne i paranoiczne. Choć od początku widzimy filmowe wydarzenia niemalże jej własnymi oczami, przysłuchując się wysnuwanym przez Cecilię chorobliwym teoriom, sami zaczynamy mieć wątpliwości. Czy to prawdopodobne? Czy na pewno tak było? A może jest przewrażliwiona? Może jednak przesadza?

Przemoc tuż za ścianą

czytaj także

Przemoc tuż za ścianą

Katarzyna Paprota

Kluczowa scena filmu rozegra się w kuchni: nieprzypadkowo to właśnie w przestrzeni tak najeżonej stereotypowo kobiecymi i domowymi skojarzeniami bohaterce przyjdzie skonfrontować się z niewidzialnym mężczyzną, który próbuje ją zabić. Niewidoczna, złowroga siła ciska Cecilią o ścianę, wlecze ją po podłodze, uderza na odlew w twarz, próbuje pozbawić oddechu – ale na ekranie nie widzimy oprawcy, tylko ofiarę. Niewidzialny mężczyzna albo jest w kuchni, albo go tam nie ma, może jest nim Adrian lub jego złośliwy duch, a może to jakaś zupełnie inna agresywna manifestacja – ostatecznie widzimy przecież tylko zmaltretowaną kobietę, która, jak się nad tym zastanowić, wygląda trochę, jakby krzywdziła się sama. Niepokojąco znajomy obraz, który wyłania się wówczas, kiedy dyskurs przemocy skupia się wyłącznie na jej ofiarach – a nigdy na sprawcach.

Korolczuk: Opieka, oświata i zdrowie to pilniejsze potrzeby niż hub lotniczy na polu kapusty

Sinobrodzi technologii

Fantazja o byciu niewidzialnym jest nie tylko fantazją o działaniu pozbawionym konsekwencji, ale też o nieograniczonym dostępie do informacji i pełnej kontroli nad jej przepływem. Wiedział o tym bohater oryginalnego Niewidzialnego człowieka, który w megalomańskim monologu zapowiadał poznanie najpilniej strzeżonych tajemnic, przejęcie władzy nad światem i krwawe rządy terroru. Rozumie to także Whannell, który prostym, natchnionym gestem przenosi informacyjną kontrolę w bliską, nieodróżnialną od teraźniejszości przyszłość, a rządy terroru – w domowe zacisze.

Fantazja o byciu niewidzialnym jest nie tylko fantazją o działaniu pozbawionym konsekwencji, ale też o nieograniczonym dostępie do informacji i pełnej kontroli nad jej przepływem.

Wynalazca Adrian – socjopata i narcyz, geniusz zarówno optyki, jak i manipulacji – jest tylko najnowszym z serii pojawiających się w ostatnich latach coraz liczniej na kinowych i telewizyjnych ekranach Sinobrodych technologii. Należy do nich innowator AI, sadysta i mizogin Nathan Bateman (skojarzenie z American Psycho z pewnością nieprzypadkowe) ze świetnej Ex Machiny Alexa Garlanda i ogarnięty obsesją genetyk z (nie w pełni udanego) Elizabeth Harvest Sebastiana Gutiérreza, a także przyczyniający się do sprowadzenia końca świata duet wunderkindów-technofreaków z American Horror Story: Apokalipsa i despotyczny, wszechkontrolujący cyfrowy baron Aaron Peel z drugiego sezonu Obsesji Eve. Wszystkich ich charakteryzuje splot zamiłowania do nowych technologii i nienawiści do kobiet.

Zagrożenia związane z rozwojem nowych technologii to jeden z ulubionych tematów Whannella, którym reżyser zajmował się już w swoim pierwszym w pełni autorskim projekcie Upgrade – cyberpunkowym sci-fi/horrorze eksplorującym splot rozwoju technologii z postępującą inwigilacją i kontrolą sfery prywatnej, która nie zatrzymuje się na granicy skóry.

W sprawie legalizacji gwałtów

Również w Niewidzialnym człowieku technologia, w tym zwłaszcza opracowywane przez Adriana narzędzia optyczne, jawi się przede wszystkim jako narzędzie kontroli: ogarnięta paranoicznym lękiem Cecilia zamalowuje lakierem do paznokci kamerkę w komputerze i robi awanturę odwiedzającej ją siostrze, której telefon mógł przecież zostać namierzony przez jej prześladowcę.

Postawa reżysera daleka jest jednak od prostej technofobii: te same kamery, które służyły Adrianowi do obserwowania i kontroli zachowań Cecilii, posłużą jej do zdalnego monitorowania swojego oprawcy, a urządzenia rejestrujące obraz i dźwięk mogą dostarczać zarówno dowodów na winę, jak i na niewinność – w zależności od tego, w czyje trafią ręce. Choć bowiem mizoginiczni technomaniacy są w filmie obdarzeni  socjopatyczną żądzą kontroli, nie mają monopolu na przemoc: do wiktymizacji może przyczynić się bezduszny system, opresyjna instytucja, źle przeszkoleni funkcjonariusze służb publicznych czy uporczywy patriarchalny nawyk. W filmie, podobnie jak w rzeczywistości, niewidzialnych sprawców przemocy jest wielu, a ich metody działania i motywacje okażą się różnorodne.

Klasa, rasa i karate. Czego szukać na VoD (2)

Niewidzialny człowiek świadomie i z uważnością używa gatunkowych schematów do unaocznienia mechanizmów manipulacji, izolacji i przemocy, podkreśla – często ginący gdzieś po drodze w rozmowach o przemocy – fakt, że za każdą ofiarą stoi sprawca, i pokazuje, że słuchanie kobiet i wierzenie im jest warunkiem tego, by ich oprawcy nie pozostawali niewidzialni.

W finale Niewidzialnego człowieka kluczowym gestem okaże się przesunięcie uwagi z kontrolującego oka na uważne ucho. A ostateczna stawka opowieści będzie zbudowana wokół pytania, czy reprezentujący państwową władzę mężczyzna uwierzy w to, co o swoim doświadczeniu mówi będąca ofiarą przemocy kobieta.

Jak powinna się zachowywać ofiara gwałtu, żeby jej uwierzono?

czytaj także

W wyniku interesującego zbiegu okoliczności film wszedł na ekrany kin zaledwie kilka dni po ogłoszeniu werdyktu w procesie Harveya Weinsteina, a zszedł z nich – w ramach koronawirusowej prewencji – kilka dni po skazaniu byłego producenta na 23 lata więzienia za napaść seksualną i gwałt.

Wyrok na jednego z głównych oskarżonych w ramach ruchu #metoo jest kolejnym małym krokiem w kierunku toczącej się równolegle na wielu frontach społecznej zmiany postaw wobec ofiar przemocy i jej sprawców. Równolegle jednak stanęliśmy u progu innej zmiany społecznej i innego, również niewidzialnego, zagrożenia.

Obecnie część z nas spędza więcej czasu w domach w ramach przymusowej izolacji. Dla wielu z nas oznacza to przede wszystkim, że mamy trochę więcej czasu, na przykład na oglądanie filmów – w tym Niewidzialnego człowieka, który trafił już na platformy VoD. Dla niektórych jednak dom jest przestrzenią zupełnie niedobrowolnego odizolowania, miejscem terroru, kontroli i przemocy. Bądźmy więc w tym trudnym czasie szczególnie uważne na to, co dzieje się za ścianą i może bardziej niż zwykle gotowe, by wierzyć także w to, czego nie miałyśmy okazji zobaczyć na własne oczy.

**
Klaudia Rachubińska – absolwentka Wydziału Psychologii oraz Instytutu Kultury Polskiej UW. Publikowała w „Kwartalniku Filmowym”, „Kulturze Popularnej”, „Dialogu”, „Glissandzie”, „Małej Kulturze Współczesnej”, „Dwutygodniku”. Sekretarz redakcji kwartalnika „Pleograf”. Laureatka XXIII Konkursu o Nagrodę im. Krzysztofa Mętraka.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać