Film

Ostatni okres dojrzewania

Podczas oglądania „Grace i Frankie” można się zastanawiać, co dokładnie decyduje o świeżości tego serialu. Komediowy talent Lily Tomlin? Samoświadomość Jane Fondy? Drugi plan? Wiek, płeć, seks? Pozornie nic wielkiego ani rewolucyjnego się tu nie dzieje. Mimo to formuła nadal się nie wyczerpuje.

W przyszłym roku cała główna obsada Grace i Frankie (Netflix, 2015-) przekroczy osiemdziesiąty rok życia. Zmagania Grace (Jane Fonda) i Frankie (Lily Tomlin) z wiekiem i wizerunkiem starszych kobiet od samego początku zajmują dużą część serialowej fabuły. W najnowszym sezonie dochodzi do kolejnego, czysto symbolicznego przełomu: złośliwa córka Grace, Brianna (wyśmienita rola June Diane Raphael), ujawnia zaniżany przez lata wiek matki, organizując dla niej firmowe urodziny. Baloniki z liczbą 80 i konfrontacja z wizerunkiem starszej pani, która „świetnie się trzyma”, są dla Grace ziszczoną tragedią.


W Grace i Frankie wielokrotnie rozgrywa się autobiograficzne wątki z życia głównych aktorek i ich publiczny wizerunek. Bardzo dobrze to widać szczególnie w przypadku Fondy – królowej fitnessu, której czas się nie ima, obsesyjnie walczącej o perfekcyjny wygląd. W niedawno wypuszczonej przez HBO dokumentalnej biografii Jane Fonda w pięciu odsłonach sama aktorka poświęca wiele uwagi niewolniczemu przywiązaniu do własnego wizerunku. Przedmiotem filmu nie jest jednak analiza Jane Fonda’s Workout zza kulis, ale opowieść o uzależnieniu od aprobaty i męskiego spojrzenia. W serialu Netflixa postać Grace jawnie czerpie z wizerunku Fondy. Kiedy Frankie podstępnie napełnia jej usta bitą śmietaną podczas śniadania, mówi: „Teraz nie możesz już nic zjeść do poniedziałku!” – jednak twórcy nie poprzestają na eksplorowaniu jej problemów.

Sprzątanie epoki późnego kapitalizmu

czytaj także

Zawiązanie fabuły serialu następuje w rezultacie huraganu, który zmusza dwie kobiety do współpracy. Mężowie obwieszczają im przy wspólnej kolacji, że od lat są kochankami i postanowili je opuścić, aby stworzyć oficjalny związek. Wieloletnia wzajemna niechęć Grace i Frankie to klasyczny komediowy chwyt, rozwijany jednak nieschematycznie i z dużą dozą uroku. Zdarzają się dłużyzny i słabsze odcinki, podczas niektórych scen z życia małżeńskiego Sola (Sam Waterston) i Roberta (Martin Sheen) można się porządnie wynudzić. Ta dysproporcja atrakcyjności wątków, niewątpliwie na korzyść pary przyjaciółek, nie ma wymiaru krytycznego. Celem zdaje się raczej próba pokazania życiorysów równoległych, odrębnego rozwijania własnych pomysłów na „nowe życie”. O ile bowiem Sol i Robert realizują swoje życiowe marzenie, o tyle ich byłe żony zmagają się z osobistą tragedią. Bardziej interesujące wydaje się jednak to, jak bardzo – paradoksalnie – losy pary gejów przebiegają w przewidywalny, nudnawy sposób, z drobnymi atrakcjami po drodze, tymczasem mieszkająca razem para przyjaciółek kreuje swoje życie na nowo, snuje nowe plany (wibratory dla starszych kobiet!) i ryzykuje.


Dojrzewanie do starości

Nową tożsamość buduje się po siedemdziesiątce, opierając się na doświadczeniach, ale nie tylko. W piątym sezonie poczucie zatracenia w komfortowym życiu i porzucenia hippisowskich ideałów staje się dla Frankie dramatem. Mimo komediowej formuły serial podsuwa bezprecedensowe pytania. Czy bunt ma wiek? Czy starsza osoba może walczyć o swoje ideały, niekoniecznie w ramach tradycyjnych ról? Czy może to oznaczać nie tyle pielęgnowanie wspomnień, ile kreatywność, twórczość i prawo do popełniania nowych błędów?

Mokry sen o edukacji seksualnej

Dekadę temu producenci seriali odkryli, że społeczeństwo to również kobiety oraz mniejszości rasowe i etniczne. Dziś zaczynają się interesować także innymi grupami wiekowymi. Uczynienie ze starszych osób postaci innych niż „babcia”, „dziadek”, „starsza pani w domu opieki”, „sąsiad z demencją” albo „uroczy staruszkowie trzymający się za ręce” wydaje się istotną nowością w popkulturze. Udane produkcje, takie jak dokument o Iris Apfel (Iris, reż. Albert Maysles), niewątpliwie w tym pomagają. Wydaje się jednak, że celem jest nie tylko pokazanie wyjątkowych postaci, ale odczarowanie starszego człowieka jako ciekawego bohatera i bohaterki. Perspektywa, jaką proponuje Grace i Frankie dlatego jest wyjątkowa, że nie ogranicza się do spojrzenia dzieci na rodziców i dziadków, ale próbuje pokazać świat i relacje, które tworzą oni sami.

Koniec młodości

Serial Marty Kauffman (znanej przede wszystkim z Przyjaciół) wykorzystuje każdy moment komediowego przesilenia, aby stworzyć – przede wszystkim dla Fondy – okazję do małych transgresji. Czy to pokazania w lustrze obwisłego ramienia tuż przed długo oczekiwaną randką, czy to problemy z kręgosłupem, czy to przez bardzo emocjonalną scenę bez makijażu. W ostatnim sezonie twórcy posuwają się najdalej. Scena, w której Grace idzie powoli przez przejście dla pieszych, aby skłonić władze do wydłużenia zielonego światła z myślą o starszych osobach, jest perfekcyjnym połączeniem komedii i społecznej krytyki. Fakt, że rola ta przypada Grace, jest o tyle istotny, że najciekawszym tematem ostatnich sezonów są właśnie jej rozpoznania, co dziś oznacza, a co mogłoby oznaczać bycie starszą kobietą. Grace odrzuca swój wiek nie dlatego, że nie znosi życia na emeryturze, ale ponieważ nie może się pogodzić z wizją końca młodości – w amerykańskiej kulturze popularnej tożsamej z końcem życia.

Seks po osiemdziesiątce

Uczynienie ze starszych osób postaci innych niż „babcia”, „dziadek”, „starsza pani w domu opieki” albo „sąsiad z demencją” wydaje się istotną nowością w popkulturze.

(Uwaga, drobny spojler!) Bohaterki, umieszczone w ekskluzywnym domu opieki, co dzieci uważają za wyraz odpowiedzialności za matki, muszą zmienić reguły kreowania własnego wizerunku (a szczególnie romansująca z młodszym mężczyzną Grace). Nie jest to jednak dla nich udręka, a raczej kolejna szansa na wyzwolenie i odzyskanie nadziei na to, że czeka je jeszcze coś więcej niż tylko wspominanie właściwego życia. Ucieczka z domu opieki wraz z następującymi po niej wypadkami jest wspaniałym przełamaniem schematu o „zarządzaniu ciałami” starszych ludzi i wizji komfortu jako ich jedynego pragnienia. Grace i Frankie uciekają nie tylko z powodu lęku przed śmiercią, ale dlatego, że ich właściwe życie dopiero się zaczęło. Grace nie tylko ujawnia swój wiek, ale zaczyna zauważać, jak dotkliwa jest dla niej miękka dyskryminacja (może poduszkę? może drzemka? może herbatka?).


W przeciwieństwie do hippisowskiej Frankie Grace współtworzy system nierealistycznych oczekiwań i reżimów piękna; dopiero zamieszkanie z Frankie pozwala jej spojrzeć na siebie przez pryzmat relacji innych niż seksualne. Rozpad jej małżeństwa tylko częściowo wynikał z homoseksualizmu męża. To także ciekawy, rozwijany przez całość serialu, wątek. O ile bowiem Grace i Robert tworzyli nieszczęśliwą parę, o tyle relacja Sola i Frankie – bazująca na wspólnym światopoglądzie i newage’owej wrażliwości – zdaje się bliska. Odejście od stereotypowej wizji związku o niezgodnej orientacji seksualnej pozwala twórcom zarysować interesujący obraz aktywnych seksualnie starszych ludzi.

The Kominsky Method

W ubiegłym roku premierę miał serial utrzymany – wydawałoby się – w podobnej konwencji i na podobny temat. The Kominsky Method jest jednak w moim przekonaniu jednym z najbardziej przecenionych seriali ostatniej dekady. Nauczyciel aktorstwa Sandy (Michael Douglas) oraz jego zrzędliwy przyjaciel Norman (Alan Arkin) zmagają się ze starzeniem, śmiercią najbliższych i niedomagającymi ciałami. Sandy jest oczywiście donżuanem, Norman natomiast – co za niespodzianka – do ostatnich dni darzy miłością tylko jedną kobietę. Ich plany i zamierzenia są z gruntu godnościowe, co w przypadku Sandy’ego łączy się także z nadzieją na utrzymanie atrakcyjności seksualnej i sławy. Starzenie się mężczyzn pokazane jest tu z lekkością i swadą, pomiędzy głównymi bohaterami skrzy się interesująca przyjaźń, a zdarza się i niezła riposta, i ostry dowcip.

Dziś trzydziestolecie pierwszego odcinka „W labiryncie”

Najlepiej w tym zestawie wypada niewątpliwie postać wykreowana przez Arkina – niezważającego na dramaty innych mężczyzny zmagającego się z umieraniem żony. Postać Sandy’ego jest przewidywalna do ostatniej kropki i potwornie nużąca w powtarzającym się schemacie „interesujący starszy mężczyzna, przy którym wszyscy inni są nieciekawi i konserwatywni”. Ujawnia to przede wszystkim seria scen w szkole aktorskiej. Scenarzyści nie popisali się ani precyzją, ani sprawnością kreowania epizodycznych bohaterów. Zamiast pełnowymiarowych postaci mamy tu milenialsowe pałuby, które Sandy łaskawie znosi.

Także pozostali bohaterowie – szczególnie córka Sandy’ego czy jego kochanka (oczywiście studentka) – nie mogą wzbudzić zainteresowania widza, bo i scenarzyści nie pokusili się o poświęcenie im większej uwagi. Mamy więc odgrzewaną formułę z zerowym zaangażowaniem kreatywności, znaną wszystkim, którzy widzieli choć jeden film z Douglasem, Freemanem albo De Niro z ostatnich lat (choćby Last Vegas czy W starym, dobrym stylu). Wiele razy odnosiłam wrażenie, że twórcy uznali za oczywistość entuzjazm widowni dla tego wzorca. Nie pomylili się, jeżeli spojrzeć na słupki i nominacje. To jednak jeden z najbardziej konserwatywnych seriali telewizyjnych ostatnich lat, niepróbujący nawet sięgnąć głębiej. To najgorszy rodzaj comfort tv – nie sposób zapamiętać smaku konkretnego dzieła, w pamięci pozostanie wyłącznie schemat, który realizuje.


Bez politowania

W przeciwieństwie do nagradzanego (dwa Złote Globy) The Kominsky Method serial Kauffman nie jest powtórką z rozrywki. Kontynuując wspaniałą tradycję serialu The Golden Girls (1985–1992), do której bezpośrednio zdaje się nawiązywać choćby postać Joan-Margaret, wprowadza wiele całkiem współczesnych problemów i odświeża nieco omszały gatunek sitcomu. Romanse, zarówno Grace, jak i Frankie, kształtują się w zgodzie z ich charakterami oraz w rezultacie niespodziewanie uzyskanej wolności. Niewątpliwie istotną rolę odgrywa tu fakt, że główne bohaterki to piękne, sprawne kobiety o nieskazitelnych twarzach i ciałach, których zazdrościć im mogą dużo młodsze aktorki. Pod tym względem serial stanowi coś w rodzaju opowieści o ludziach w średnim wieku 30 plus. Nie mamy tu krytyki ekonomicznej, a kwestie rasowe czy polityczne poruszane są jedynie z rzadka (przemycane głównie przez deklaratywnie zaangażowaną Frankie). Narracja płynie spokojnie i przewidywalnie, nie ma tu miejsca na większe eksperymenty. To jednak produkcja, która próbuje poszerzyć repertuar i grono odbiorców nowej telewizji, naruszyć bazowe reguły rozrywki. Z tego też wynika prawdopodobnie atrakcyjność serialu dla szerokiej widowni. Serial Netflixa jest wyśmienitą popularną rozrywką, która znosi dystans i tworzy relację z widzem opartą na nieoczekiwanej bliskości.

Madame prezydent

Mum

Pod tym względem interesująca jest również inna produkcja serialowa z ostatnich lat – trzeci sezon Mum Stefana Golaszewskiego już w tym roku zagości na ekranach. Historia Cathy, niespełna sześćdziesięcioletniej wdowy mieszkającej z niezbyt lotnym dorosłym synem i jego nachalnie głupiutką dziewczyną, przekracza nie tyle granice, ile ustalone wyobrażenia o tym, z jakiej perspektywy opowiada się o rodzicach. Ani Jason, ani Kelly, ani teściowie nie dopuszczają myśli o tym, że poza pełnieniem swoich rodzinnych ról Cathy jest osobnym człowiekiem. W serii komediowych scenek, opartych na schemacie niemożliwości lub niespełnienia, Lesley Manville tworzy postać every-mum. Serial napisany jest z czułością i uwagą, skierowaną nie tylko na główną postać, ale także te najbardziej antypatyczne, jak pretensjonalna Pauline o rojalistycznych zapatrywaniach.

Nie taka ostatnia rodzina

Rodzące się uczucie między Cathy a Michaelem (Peter Mullan) pokazywane jest bez utartych schematów, z banalnej codzienności wydobywa się tu emocjonalną głębię, niespodziewaną w komediowym serialu kręconym w przestrzeni jednego domu. Golaszewski wykorzystuje w Mum bardzo prostą strategię – czyniąc z Cathy najbliższą nam bohaterkę, odsuwa automatyczne skojarzenia i oczekiwania. Co ciekawe jednak, nie zmienia się jej stereotypowa rola matki: pomaga, pociesza, gotuje, zaprasza gości, okazuje niewyczerpaną wyrozumiałość dla Kelly; zmianie ulega tu natomiast spojrzenie kamery.


Komedia (bez) kobiet

Brytyjski serial osiąga pod tym względem mistrzostwo na poziomie reżyserskiej i scenariuszowej uwagi i spostrzegawczości, w drugim sezonie podążając za tym, jakie postaci udało się wykreować w pierwszej odsłonie. Tutaj Grace i Frankie wypada nieco gorzej, ewidentnie walcząc w każdym sezonie o nowe wątki i nowe historie (fatalne są szczególnie występy gościnne). Wydaje się jednak, że stawką Mum jest stworzenie czułego, niepaternalistycznego obrazu matki w warunkach domowej codzienności. Drugoplanowe postaci (Kelly, Jason) są kuriozalne i męczące, ale także wobec nich Golaszewski jest wyrozumiały w swojej komedii.

Cel Grace i Frankie zdaje się zgoła inny, bo też inaczej wyglądają warunki amerykańskiej telewizji. Jedna z najbardziej trwałych i fałszywych klisz społecznych i kulturowych mówi, że kobiety nie są zabawne – stąd ich mała reprezentacja w stand-upach czy komediach. Starsi ludzie z kolei… No właśnie. W Grace i Frankie starsze kobiety nie są śmieszne, starsze kobiety są zabawne. Może więc jednak mamy tu małą rewolucję.

**
Olga Szmidt – krytyczka literacka i telewizyjna, pisarka non-fiction, doktor literaturoznawstwa. Autorka kilku książek, ostatnio wydała tom krytyczny Odkrywanie Ameryki oraz biografię Kownacka. Ta od Plastusia. Redaktorka naczelna portalu Popmoderna, stale współpracuje z „Czasem Kultury”. Pracuje na Wydziale Polonistyki UJ, mieszka na krakowskim Kazimierzu.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.