Czytaj dalej, Film

Z władzą i Wajdą, młodym reżyserem, prowadzi dwie różne gry, w obu chodzi o kino

Projekcja w Biurze. Jest Ford, Wajda i kilkunastu mężczyzn, którzy w tym kraju są najważniejsi. Mężczyźni są wściekli – robotnicy pokazani w tym filmie to nie jest proletariat walczący o Polskę Ludową! Ci ludzie żyją własnym życiem! Mają swoje sprawy, które w żaden sposób nie dotyczą sprawy wspólnej! Największej! – fragment książki Michała Danielewicza „Ford. Reżyser”, która właśnie ukazała się nakładem Wydawnictwa Krytyki Politycznej.

W 1954 roku w Polsce zaczyna coś kruszeć. Do kin wchodzi film, w którym bohaterowie doświadczają czegoś na kształt prawdziwych problemów i dylematów, których nie rozwiązuje za nich kolektyw. Film, w którym nikt nie składa samokrytyki. Czegoś takiego jeszcze w kinach nie było. A przynajmniej nie w ciągu ostatnich pięciu lat, które ciągnęły się jak wieczność.


Ford zaprosił do wspólnej pracy nad scenariuszem autora młodzieżowej powieści socrealistycznej Piątka z ulicy Barskiej, Kazimierza Koźniewskiego.
– To była bardzo dobra współpraca – powie Koźniewski. – Oczywiście Ford miał taką pozycję, że wszystkie jego sugestie absolutnie akceptowałem.

Paradoks czasów zniewolenia polega na tym, że tylko reżyser z poparciem władzy może pozwolić sobie na powściągliwość propagandową. Ludzie oglądają nowy film Forda i czują, jakby ktoś wreszcie starł nieco brudu z zapaćkanego ekranu. Przez prasę przetacza się fala zachwytu.

ZMP-ówkaCzłonkini ZMP, Związku Młodzieży Polskiej, organizacji formującej młodych ludzi w duchu idei komunistycznej. To tutaj kształtuje się nowego człowieka na miarę społeczeństwa wyśnionego przez władzę. jest nie tylko działaczką, ale również dziewczyną. I potrafi całować!”
„Reżyser potwierdza swą rangę jako artysta”.
„Najlepszy film polski”.
„Wybitne dzieło”.

Tylko jeden krytyk czuje się trochę zawiedziony. Daje temu wyraz na łamach „Nowej Kultury”.

Jego zdaniem film jest nawet udany, ale daleko mu do wielkości. Udaje, że opowiada o rzeczywistości, ale wszystko wygląda tutaj za dobrze. Tużpowojenna Warszawa niby jest zrujnowana, a mimo to jakaś zbyt ulizana i nieprawdziwa. Zamiast prawdziwie knajackiej zabawy jest upozowany bal, jakiego nikt wtedy tutaj nie widział. Warszawskie łobuzy są niby zdemoralizowane przez wojnę, ale tylko czekają, aż ktoś ich nawróci. Młodzieńcza miłość to pocałunek iście filmowy. Wszystko jest tu filmowe do bólu. Ford bawi się w tym filmie w efektowne sceny, ale o ludziach ma do powiedzenia niewiele.

Reżyser sięga po stare chwyty z kina przedwojennego. Makieta miasta oprószona śniegiem to zmiana pór roku. Młodzi oglądają panoramę Warszawy, a w tle słychać chóry anielskie. Film ma rytm, dynamikę i dobrych młodych aktorów, których Ford doskonale prowadzi. Chwilami nawet mówi coś, co zbliża się do jakiejś prawdy, ale nie w takim stopniu jak w Ulicy Granicznej.

Ta wstrzemięźliwa ocena wywołuje wielkie poruszenie. Dziennikarskie gromy sypią się na krytyka. Że to wcale nie krytyk, tylko „łobuz krytyczny”.
„Wytrącić zbrodnicze pióro z ręki Kałużyńskiego” – nawołuje inny.
Ukazuje się płomienny artykuł ODPOWIEDŹ KAŁUŻYŃSKIEMU.

Opinie krytyków w tych czasach traktowane są bardzo poważnie. Kolejne gazety groźnie pochylają się nad Kałużyńskim.

Reżyser trzyma się od tej burzy z daleka, niech dziennikarze sami się gryzą. Z drugiej strony o Fordzie mówi się też, że jest pamiętliwy, a urazy – jak wszystko inne – pielęgnuje po cichu. Piątka przyciąga tłumy, jakich w kinach dawno nie było. Zakończenie filmu jest niby otwarte (wbrew obowiązującej doktrynie), ale wymowę ma jednak jak trzeba.

Reżyser dostaje nagrodę w Cannes.
Krytycy, widzowie i władza – wszyscy zadowoleni. Ostatni raz coś podobnego zdarzyło mu się w latach 30. przy Legionie ulicy. Ford ma prawo sądzić, że wreszcie zaczyna się passa na jego kino.

**
Czołówka Piątki. Po raz pierwszy od dwudziestu lat nie ma tu Olgi, ani pod panieńskim, ani mężowskim nazwiskiem. Jest Andrzej Wajda.

– Ford był człowiekiem profesji – powie Wajda. – Wiedział, jak się robi filmy, w przeciwieństwie do wielu innych, którzy byli amatorami. Potrafił prowadzić próby, inscenizować i rozmawiać z operatorem, umiał egzekwować swą wizję.
Młody asystent obserwuje zawodowca, który dobiega już pięćdziesiątki. Patrzy, jak ten spokojnym półgłosem oznajmia: „Cisza”.
I jak na planie wszystko zamiera.
Reżyser odczekuje sekundę lub dwie.
„Kamera”.
– I rusza akcja – Wajda się uśmiechnie – jak w prawdziwym amerykańskim filmie.
U innych to raczej coś w stylu: „Halo! Proszę o ciszę!”.
Albo: „Kręcimy! Co to jest, do cholery?!”.

Ford trzyma plan pod kontrolą. Większość członków ekipy zwraca się do niego „panie pułkowniku” lub „panie reżyserze”. Nieliczni mówią „panie Aleksandrze”. Młody asystent należy do tych nielicznych. Ford na swój sposób chyba go lubi.

Stanisław Albrecht znowu jest w Biurze, ale dziś wieczór nie będzie żadnego pokazu.
Sytuacja się zmienia, są nowe wymogi, dyrektor Filmu Polskiego zostaje odwołany.
– Nie martwcie się, towarzyszu – słyszy na odchodnym – cenimy waszą lojalność.
Człowiek meteor polskiego kina znika równie nagle, jak się pojawił. Zostaje ambasadorem w NRD, z filmem już nigdy nie będzie mieć nic wspólnego.

W 1955 roku czuć podmuch odwilży. Pod wpływem zabiegów Forda i Jakubowskiej Biuro daje zielone światło dla odtworzenia zespołów filmowych. Ford do swojego zespołu zaprasza Wajdę. […]

Pierwszy film Wajdy nazywa się Pokolenie i jest generacyjnym debiutem. Reżyser, scenarzysta, asystent, operator, kompozytor i połowa aktorów – wszyscy to debiutanci.

– To była manifestacja młodego kina – powie Wajda – tego, że umiemy już robić filmy. Najważniejsze było przeciwstawić się kinu przedwojennemu w sensie artystycznym i tematycznym. Te filmy z Dymszą, salony, mierziły nas. Myśmy chcieli opowiedzieć o naszej rzeczywistości.

– Za plecami Wajdy stała pierwsza reprezentacja wychowanków szkoły – powie Kazimierz Kutz, wtedy jego asystent. – Byliśmy pijani szansą i odpowiedzialnością. Nie mówiąc już o tym, że opętani byliśmy ideą.

Jaką ideą? Ideą nowego kina. Nowe kino ma być tym, czym kino Jakubowskiej i Forda już być nie potrafi. Ich filmy w oczach młodych pozbawione są życia, to ruchome obrazy pełne zużytych chwytów i pozbawione siły wyrazu. Zdaniem młodych to kino najgorsze z możliwych – takie, w które nie można uwierzyć.

– Oni mieli się za reżyserów współczesnych – powie Wajda – ale dla mnie byli przedwojennymi.

Talarczyk-Gubała: Jakubowska była socrealistką przez całe życie

Ludzie Pokolenia chcą robić kino bez chórów anielskich i postaci, które do filmu uciekły prosto z czytanki. Najbardziej fascynuje ich to, co kręci się teraz we Włoszech.

Włochy po wojnie były zrujnowane podobnie jak Niemcy, ale tu nikt nie zabierał kamer i nie zakazywał produkcji. Nie mając funduszy na filmy studyjne, włoscy reżyserzy ruszyli w plener. Wyszło im z tego kino zupełnie inne niż dotąd. Mniej jest tam gładkich snów, a więcej rzeczywistości i chropawego świata biedaków, którymi po wojnie są niemal wszyscy. To kino tak inne, że szybko dorabia się własnej nazwy – włoski neorealizm.

Ford zaczynał podobnie jak Włosi, ale młodzi nic o tym nie wiedzą. Ten człowiek nie lubi wspominać, nie rozmawia z nimi o takich sprawach.

Ford jako artystyczny opiekun bierze na siebie odpowiedzialność za ostateczny kształt Pokolenia. Czasem zagląda na plan, a ludzie się wtedy spinają. Zdaniem młodego i zadziornego Kutza zachowują się wtedy, jakby sam pan Bóg przyjechał.

– Co tak sracie w portki przed tym żydowskim kurduplem? – podpuszcza ekipę któregoś razu.

W dziwnej ciszy, która zaległa na planie, słychać zgrzyt drzwi wozu dźwiękowego. Ze środka wychodzi Ford, zamyka drzwi z trzaskiem. Bez słowa opuszcza plan.

– Zrozumiałem wtedy, że jestem skończony. Miałem wielkiego stracha – będzie wspominać Kutz.
I doda, że jednak nic się potem nie stało.

Ford czasem jeszcze odwiedza plan, ale do pracy im się nie wtrąca. Do opiekuna Wajda idzie z gotowym już filmem. Ford nie jest zachwycony tym, co ogląda. Dla niego ta historia jest postrzępiona i niezrozumiała. Nie tak sobie to wyobrażał, on im to poprawi.

– Przemontował film bez mojego udziału – powie Wajda.
Czegoś takiego nie robiono reżyserom nawet w głębokim stalinizmie. Podobne rzeczy producenci robili Fordowi przed wojną.

Ford składa Pokolenie na nowo, ale nie wycina nic z tego, co politycznie kontrowersyjne.

Projekcja w Biurze. Jest Ford, Wajda i kilkunastu mężczyzn, którzy w tym kraju są najważniejsi. Mężczyźni są wściekli – robotnicy pokazani w tym filmie to nie jest proletariat walczący o Polskę Ludową! Ci ludzie żyją własnym życiem! Mają swoje sprawy, które w żaden sposób nie dotyczą sprawy wspólnej! Największej!
– W sprawach politycznych musimy mieć to samo zdanie. W sprawach sztuki możemy się różnić – mówi Ford ludziom Biura.

– Ja tego zdania mu nie zapomnę – powie Wajda. – Wiem, co ono znaczyło w tym czasie. Nic łatwiejszego niż uznać głos towarzyszy za słuszny i wyprzeć się filmu. Mógł mnie zostawić na pastwę losu. Nie zrobił tego.

Ford broni Wajdy, mówiąc coś, co stoi w sprzeczności z tym, jak sam wcześniej potraktował ten film. Z władzą i młodym reżyserem prowadzi dwie różne gry naraz, w obu chodzi o kino.

Tomasik: „Zamiast dupy dawać…”

Pokolenie wchodzi na ekrany po kilku miesiącach. Wajda nie ma wątpliwości, że dzięki poparciu Forda. Roman Polański – który debiutuje tu jako aktor – nie ma natomiast wątpliwości, że Ford swym montażem ten film okaleczył.
– To było jedynie blade odbicie wersji oryginalnej – powie Polański.
– Ford zniszczył najlepsze dwie sceny – dopowie Kutz.

Sam Wajda nie rozpamiętuje. Ale od Forda będzie starał się już trzymać z daleka. Nie będzie to łatwe, bo wydaje się, że ten jest niemal wszędzie. Lubi o wszystkim wiedzieć, w każdej sprawie mieć własne zdanie i głośno je wypowiadać. Bycie wielkim reżyserem wychodzi mu coraz lepiej niż filmy.

Czołówka Pokolenia. Scenariusz: Bohdan Czeszko. Kierownictwo artystyczne: Aleksander Ford. Nazwisko reżysera dopiero na trzecim miejscu.

W prasie pojawia się artykuł Wajda czy Ford?. „Wielu widzów jest przekonanych, że ogląda nowy film Forda. Widząc najpierw jego nazwisko, można łatwo przeoczyć nieznanego Andrzeja Wajdę. Dobrze, że wybitny reżyser starszego pokolenia objął opiekę nad młodym twórcą, ale czy dobrze, że tak nietaktownie ten fakt się podkreśla?”.

– Formuła „kierownictwa artystycznego” ostatecznie się jednak przyjęła – skomentuje to Wajda. – Kawalerowicz był tak podpisany pod Popiołem i diamentem, a ja pod Kobietą samotną Agnieszki Holland. – Taktownie przemilczy to, że żaden z nich nie pojawiał się przed reżyserem w napisach.

Właściwie dlaczego Ford powierzył ten scenariusz akurat jemu? Dlaczego nie któremuś ze swoich wieloletnich asystentów? Wajda nigdy go o to nie spyta. Forda nie wypadało pytać o takie sprawy. Dużo później Wajda zapyta kogoś, kto trochę znał reżysera.

– Ford uważał, że jest pan zdolny – usłyszy odpowiedź.

W świecie filmu będzie się jednak mówić, że Ford po prostu musiał dać komuś debiut. I że miał pecha, bo trafił akurat na Wajdę.

Brzmi to tak, jakby Ford przechodził ulicą i się o Wajdę potknął.

**
Michał Danielewicz jest socjologiem, badaczem. Książka Ford. Reżyser jest jego prozatorskim debiutem.

*
We wtorek 25 czerwca o godzinie 19.30 zapraszamy do warszawskiego Baru Studio na spotkanie z Michałem Danielewiczem, które poprowadzi Olga Wróbel.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.