Film

„Bo we mnie jest seks”, zły losu palec i nagroda pocieszenia

„Bo we mnie jest seks” nie daje cegłą po łbie; rozróżnia pomiędzy smutkiem a beznadzieją, co w kinie polskim, historycznie skazującym kobiety na cierpienie (jeśli nie wygnanie), należy docenić.

Z Kaliną Jędrusik jest taki problem jak w ogóle z byciem kobietą w polskim kinie albo, w przypadku widzek, wobec polskiego kina: trochę na prawach gościa we własnym domu. Figury ikoniczne te napięcia wyrażają może szczególnie dobitnie: kłopotliwość bycia kobiecą ikoną w patriarchalnym społeczeństwie, silną podmiotowość w zwarciu z silnym uprzedmiotowieniem, ambiwalencje wybitnych epizodów i drugich planów.

W różnorodnej, wytłoczonej w polskim DNA i wciąż budzącej żywe reakcje spuściźnie Jędrusik jest dostatecznie dużo artystycznego mięsa, by nie być skazanym na martyrologię – a jednak jest to postać nawiedzana przez widmo porażki, niedocenienia, braku możliwości w porównaniu z wielkimi męskimi ikonami, kolegami, współpracownikami i ekranowymi partnerami, braku możliwości związanych po prostu z czasem i miejscem. (Polska nie jest krajem dla zabawnych kobiet). Coś, czego dowiadujesz się, dorastając z polskim kinem: momenty wielkości kobiet są kapryśne i efemeryczne, wiecznie zagrożone katastrofą.

Nie przez przypadek w najnowszej książce filmoznawcy Sebastiana Jagielskiego Przerwane emancypacje. Polityka ekscesu w kinie polskim lat 1968–1982 główną figurą porządkującą jest Elżbieta Czyżewska na planie i na taśmie Wszystko na sprzedaż. (Chociaż w jej przypadku dominującą przemocą był antysemityzm, płeć okazała się znakomitym przewodnikiem nienawiści; poza tym przemoc się nie odejmuje i nie dzieli, tylko dodaje i mnoży).

To oczywiście wytwarza alternatywne praktyki oglądania i przywiązania, patrzenie na opak, przez drugie plany, wielogłosowość zespołów aktorskich, myślenie marginesami i epizodami, dowartościowanie „gorszych” mediów (jak Jędrusik, to telewizja, chociaż samych Starszych Panów już prawie nie widać spod patyny), znikanie, trudne powroty, opóźnienia, nieobecności (NRD-owski serial Hotel Polanów i jego goście z wczesnych lat 80., dostępny na serwisach nieodpłatnego dzielenia się dobrami kultury, w jakości obrazu typu kaszka z grudkami). To oglądanie i myślenie pomiędzy tym, co jest, a melancholią potencjalności, nawiedzenie przez alternatywne rzeczywistości. To atrakcyjne napięcie; porażka może być seksowna, jednocześnie ucieczkowa i emancypująca. (Serdecznie polecam wszystkim książkę Jagielskiego, to niby pozycja filmoznawcza, ale tak dobrze napisana, że można ją czytać w łóżku).

Kadr z filmu „Bo we mnie jest seks”. Fot. Bartek Mrozowski

Przypadek Kaliny Jędrusik jest dociążony wyjątkowo, oczywiście – seksem, hashtag #Polska i „dlatego nie możemy mieć miłych rzeczy”. Poświęcony Jędrusik rozdział w klasycznej już chyba książce Iwony Kurz o wizerunkach polskich ikon lat 1955–1969 Twarze w tłumie zawsze mnie przygnębia, choć niby nie powinien, towarzystwo ze spisu treści jest bardziej dramatyczne, emigracja, śmierć, albo jedno i drugie: Skolimowski, Czyżewska, Cybulski, Hłasko. Trudno jednak strząsnąć z siebie ten walec Spojrzenia, nawet jeśli czytamy z (wciąż niewygodnej) pozycji meta.

Podobne poczucie uprzedmiotowienia towarzyszyło najwyraźniej aktorce Marii Dębskiej, odtwórczyni głównej roli w filmie Katarzyny Klimkiewicz, która opowiada w wywiadach o przytłaczającym chwilami poczuciu, że wiele osób, znajomych, współpracowników, z którymi rozmawiała w czasie riserczu, mówiło o Jędrusik nie jak o „koleżance, która zmarła trzydzieści lat temu”, tylko o kimś, kogo chce się wziąć na własność, zawłaszczyć, zinterpretować do jednej prawdy.

I ja znajduję w sobie ten odruch, może ta pokusa jest po prostu wpisana w „ikoniczność”; w końcu moją pierwszą myślą po wyjściu z kina było, że film Klimkiewicz nie jest moim filmem o Kalinie. (Mój byłby pewnie o Jowicie Morgensterna, masz ci los). Ale uwaga: była to myśl pogodna. Bo we mnie jest seks nie ma, co za ulga, ambicji monograficznych. Wycina sobie pewien kawałek i pewną estetykę, jeśli już, to deklaruje się jako potencjalnie jeden z wielu. Wariacja na temat, konsekwentna w swojej fragmentaryczności, przywiązaniu do miejsca, czasu, medium, filmowych nawiązań. Umiem sobie nawet wyobrazić, że za dziesięć czy, lepiej!, dwadzieścia lat ekipa zbierze się raz jeszcze, by nakręcić zupełnie inną w tonie i estetyce drugą część.

Klimkiewicz (i jej współscenarzystka Patrycja Mnich) naciągają granicę realizmu (pastelą, architekturą trochę jak z Upału, piosenką, jednym wspaniałym tańcem – bad tripem). Ich szwarccharakter, grany przez Barłomieja Kotschedoffa, też jest skonstruowany, jednocześnie symboliczny i (niestety) znajomy. Dużo tu mizandrycznych szpili, z uśmiechem wbijanych różnym wielkim mężczyznom. „Bohaterka wydaje się dużo bardziej współczesna – a jej pokazani w filmie współcześni dużo bardziej anachroniczni”, zauważa w swojej recenzji dla Dwutygodnika Iwona Kurz, „to mała zemsta na tych wszystkich panach, którzy wspominając Kalinę Jędrusik, nie omieszkają jej infantylizować czy traktować protekcjonalnie. Jako jedyna nie czuje się ona ciasno w swoim kostiumie, źle jej raczej z tym, co z tym kostiumem robią inni”. (Recenzja skądinąd nosi tytuł Odczepcie się od Kaliny).

To, co wcześniej napisałam o „posiadaniu”, nie znaczy oczywiście, że twórczynie nie mają jakiejś swojej Jędrusik, bo przecież mają i nie udają, że nie. Nie chodzi już nawet o wolność Marii Dębskiej w tej roli, wolność wewnętrzną i wolność od efekciarskiego naśladownictwa. To lekki film podszyty strasznym smutkiem (bo jednak o niedocenieniu i tym, jak patriarchat daje po łapach), z dwoma zasadniczo wektorami. Jeden to historia molestowania (czy możemy już mówić o czymś takim jak „klasyczny film/wątek #MeToo”?). Drugi – „film, który spodobałby się Kalinie”.

Bo we mnie jest seks nie daje cegłą po łbie; rozróżnia pomiędzy smutkiem a beznadzieją, co w kinie polskim, historycznie skazującym kobiety na cierpienie (jeśli nie wygnanie), należy docenić. Z jakiegoś powodu te dwa wektory się nie znoszą i nie rozbijają filmu, ale go splatają; jest tu gniew, ale nie opowiadany tonem zdziwienia, tylko doświadczenia. Jest to też film, który z kwadransa na kwadrans staje się coraz lepszy – dynamika we współczesnym polskim kinie nader rzadka – dając widzce przyjemność odkrywania świata przedstawionego, kiedy wszystko już wydawało się rozpoznane i ustalone.

Kadr z filmu „Bo we mnie jest seks”. Fot. Bartek Mrozowski

Oglądałam Bo we mnie jest seks w lokalnym kinie, na wieczornym i weekendowym, ale zniżkowym seansie; byłam chyba jedyną osobą poniżej czterdziestki na widowni, której większość stanowiły kobiety. Seans opóźnił się, wcześniej w tej samej sali leciało jakieś kino patriotyczne, grupa zakonnic ociągała się z wyjściem, jak fani Marvela wyczekujący na scenki po napisach. Oczywiście wprawiło mnie to w szampański humor, ale takie filmy są stworzone dla mocnego kontekstu, żywo reagującej widowni. Czułam, że dostaję nagrodę pocieszenia po roku różnych nieudanych emancypacji w polskim kinie.

Porównałabym w tym zakresie film Klimkiewicz do Mojego wspaniałego życia Łukasza Grzegorzka, bo choć jego konwencja (realizm), czas (współczesność) i przestrzeń (Nysa) są z dwóch zupełnie różnych biegunów, filmy łączy dramat na ludzką skalę i bohaterka (pewna swoich pragnień, z dwoma facetami, co narracja traktuje w obu przypadkach właściwie bezproblemowo).

Film, którego nie da się przeżyć bezkarnie

Pomijając wybitne Zabij to i wyjedź z tego miasta Mariusza Wilczyńskiego (które premierę w kinach miało w tym roku, ale debiutowało wcześniej w obiegu festiwalowym, wobec czego zaliczam je do przeżyć zeszłej jesieni), ten rok w polskim kinie odkładał się (we mnie), premiera po premierze, jako rok bólu i rozczarowań, mozolnego wydłubywania jakichś dobrych pojedynczych rzeczy (bez satysfakcji). Odwożenie zakrwawionego stalkera na ostry dyżur w Sweat Magnusa von Horna, krajobraz z elektrownią i rzeźnią w Każdy ma swoje lato Tomasza Jurkiewicza (zresztą dla krajobrazu ten film mi polecono), basen w Ostatnim komersie Dawida Nickela, słuchanie Bajmu po Najmrze Mateusza Rakowicza.

W końcu, gdy się już nie dało, znajdowanie przyjemności w złości, w tym, że Polska może jest bardziej interesująca niż kolonialne Śniegu już nigdy nie będzie Szumowskiej, że może Smarzowski i Vega mają jakieś narzędzia, których nie ma Lokatorka Michała Otłowskiego, złość na nieudany nie-przełom queerowy, o którym już pisałam na tych łamach, sto rozmów z różnymi ludźmi o Wszystkich naszych strachach Rondudy i Gutta. (Te rozmowy były najciekawsze, na przykład o tym, jak bardzo kino polskie przez większość czasu nie jest zainteresowane kapitalizmem na wsi).

„Hiacynt”: Kino zawstydzone

Ostatecznie moim ulubionym polskim filmem roku (nie licząc, z powodów podanych powyżej, Zabij to i wyjedź z tego miasta) okazała się Ucieczka na srebrny glob Kuby Mikurdy. Nie powinno tak być; w końcu jego sukcesem nie jest nawet opowiedzenie nieznanej historii (w tę można było wkopać się głębiej), co pójście za przyjemnością źródeł, za ich zmysłowością. Film mi się podobał nie dlatego, że opowiedział mi coś, czego nie wiedziałam, tylko dlatego że dał przyjemność poczucia zakorzenienia w polskiej kulturze, w tym wypadku w kinie.

Bo we mnie jest seks też jest takim filmem. I może w tym jesienno-zimowym koszmarze to naprawdę dużo.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Klara Cykorz
Klara Cykorz
Kulturoznawczyni, krytyczka filmowa
Kulturoznawczyni, krytyczka filmowa. Laureatka Konkursu im. Krzysztofa Mętraka (2018). Na łamach „Dwutygodnika” prowadzi autorski cykl „Gadanie” poświęcony serialom telewizyjnym.
Zamknij