Film

Film, którego nie da się przeżyć bezkarnie

„Zabij to i wyjedź z tego miasta” to jedno z najważniejszych kulturalnych wydarzeń tego sezonu. Nie tylko ze względu na pierwsze w historii gdyńskiego festiwalu Złote Lwy przyznane pełnometrażowej animacji.

Mariusz Wilczyński stworzył głęboko poruszające dzieło, w jakimś sensie podsumowujące jego dotychczasowe życie i artystyczne poszukiwania. Projekt, który początkowo miał być krótkim, liczącym kilkanaście minut krótkim metrażem, rozrastał się przez kilkanaście lat, aż przybrał obecną formę.

Wilczyński żegna się w Zabij to… z ludźmi i światami, których już nie ma. Ze swoimi rodzicami, przyjacielem i mentorem Tadeuszem Nalepą, przemysłową Łodzią. Zaprasza nas na spacer wśród umarłych i ich widm.

Animacja nie ma linearnej struktury i jednej, prowadzącej widza przez obrazy fabularnej ścieżki. Mija trochę czasu, zanim zorientujemy się w relacjach łączących poszczególnych bohaterów i wątki. Film przypomina marzenie senne, czy może zapis pracy umysłu, który wspomina przeszłość – a że nie do końca jest sobie w stanie przypomnieć jej zamazane przez czas szczegóły, braki pamięci uzupełnia fantazją. Przeszłość miesza się z teraźniejszością, rzeczywistość z fantazją, w zgrzebnej polskiej rzeczywistości nagle pojawia się kot Behemot z Mistrza i Małgorzaty, postaci ludzkie przekształcają się w zwierzęce i na odwrót, w obskurnym sklepie rybnym w misce z obciętymi rybimi łbami pływają okaleczone ludzkie zwłoki.

Jednocześnie, mimo tych wszystkich fantastycznych obrazów Zabij to… ma czasami niemalże dokumentalny charakter. Kluczową sceną filmu, z której rozchodzą się wszystkie fabularne wątki i obrazy, jest „przepisana” („przerysowana”?) z rzeczywistości rozmowa Mariusza – umieszczonego w fabule alter ego twórcy – z umierającą w szpitalu z matką. Rozmowa niespektakularna, niezgrabna, nieklejąca się, gdzie żadna ze stron nie może znaleźć właściwych słów do wyrażenia swoich uczuć, tym silniejszych, że być może rozmawiają po raz ostatni.

Dokumentalny walor ma zwłaszcza dźwiękowa warstwa animacji. Słyszymy, jakby zza grobu, głosy wielkich postaci polskiej kultury, zmarłych w trakcie długich lat, w jakich powstawało Zabij to…: Andrzeja Wajdy, Gustawa Holoubka. Ich głosy docierają do nas z wcześniej nieznanych, często półprywatnych archiwów. Słyszymy na przykład Holoubka mówiącego o swojej relacji z Tadeuszem Konwickim – nagranie to nie zostało ostatecznie wykorzystane jako zbyt osobiste w wyreżyserowanym przez syna Gustawa, Jana, dokumencie Słońce i cień (2007). Nagrane specjalnie do filmu nieznane gitarowe solo Nalepy brzmi jak pożegnanie artysty ze światem, dobywające się z „tamtej strony” – gdziekolwiek ona jest.

Animacja Wilczyńskiego jest celowo technicznie niedoskonała, ujawnia nieustannie swoje szwy, widzimy, że stoi za nią czasem trzęsąca się ręka starającego się powiedzieć coś od siebie autora, nieprzemysłowa machina produkcyjna. Wilczyński to autor od dawna aktywny jako twórca animacji. Nawet widzowie nieśledzący tego filmowego gatunku mogą kojarzyć jego kreskę z telewizji – przygotował plastyczną oprawę TVP Kultura w początkach istnienia stacji. Kreska Wilczyńskiego zachowuje jednak w Zabij to… swoją świeżość, chropowatość, zaskakujący turpistyczny sznyt. Potrafi przy tym działać jako potężny przekaźnik emocji, w czym pomaga wielkie wyczucie montażu i filmowych środków wyrazu. Scena w prosektorium, gdy widzimy proces przygotowania zwłok matki Mariusza do przechowywania w kostnicy – kontrast sytuacji granicznej i toczącej się w jej tle banalnej rozmowy, rutyna prosektoryjnych czynności, żywe w poprzedniej scenie ciało zredukowane do martwego przedmiotu – to jedna z najmocniejszych rzeczy, jakie można zobaczyć w polskim kinie od dawna.

Matka noce całe musi tańczyć, pić. Bo ma dziecko małe, krew wypruwa z żył

Bohater/narrator Zabij to… zabiera nas w podróż po krętych ścieżkach własnej pamięci i fantazji. Chroni się w nich przed teraźniejszością, przed czasem, który przerzedził ukochane osoby, przynosząc samotność i zagubienie. Ale jednocześnie przeszłość nie ma w animacji Wilczyńskiego utopijnego wymiaru, nie do końca daje się opisać jako kraina utraconej szczęśliwości. Łódź, której już nie ma, odesłana do historii przez dezindustrializację, kapitalizm, deweloperkę, ekspansję galerii handlowych, wyludnienie, przedstawiana jest w filmie z czułością, która jednak nie ukrywa w niczym jej zgrzebności, brzydoty, dusznej, opresyjnej atmosfery.

Świat dzieciństwa naznaczony jest konfliktami, a czasami okrucieństwem i nieczułością. Scena wzruszającego wspomnienia świąt Bożego Narodzenia, gdy Mariuszek dostaje w prezencie projektor do wyświetlania przeźroczy, zmienia się w scenę rodzinnej kłótni. W powracającej jak refren scenie obserwujemy matkę znęcającą się psychicznie na przystanku tramwajowym nad dzieckiem, które przewróciło się i pobrudziło sobie ubranie. W wielu scenach ludzie są wobec siebie pozbawieni empatii, opryskliwi, mimowolnie okrutni.

Ostatecznie najważniejszą emocją, jaka triumfuje w tej niezwykłej filmowej medytacji, jest miłość w różnych jej formach: bliskiej, intymnej przyjaźni, relacji dzieci i rodziców, miłości romantycznej. Ostatnia scena filmu, gdy wyobraźnia twórcy i bohatera przy dźwiękach gitary Nalepy raz jeszcze inscenizuje scenę spotkania jego rodziców, własnego poczęcia, to rzadko spotykana we współczesnym polskim kinie apologia miłości – zbudowana skromnymi środkami, wolna od złego gustu, od klisz i sentymentalizmu.

Zabij to i wyjedź z tego miasta nie jest filmem łatwym, nie zawsze jest przyjemnym. Trzeba dać się ponieść jego sennej narracji, gonitwie skojarzeń, zaakceptować jego niedoskonałości, otworzyć się na to, że to film, którego nie przeżyjemy emocjonalnie bezkarnie. Przeżyć go jednak bez wątpienia warto.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Jakub Majmurek
Jakub Majmurek
Publicysta, krytyk filmowy
Filmoznawca, eseista, publicysta. Aktywny jako krytyk filmowy, pisuje także o literaturze i sztukach wizualnych. Absolwent krakowskiego filmoznawstwa, Instytutu Studiów Politycznych i Międzynarodowych UJ, studiował też w Szkole Nauk Społecznych przy IFiS PAN w Warszawie. Publikuje m. in. w „Tygodniku Powszechnym”, „Gazecie Wyborczej”, Oko.press, „Aspen Review”. Współautor i redaktor wielu książek filmowych, ostatnio (wspólnie z Łukaszem Rondudą) "Kino-sztuka. Zwrot kinematograficzny w polskiej sztuce współczesnej".
Zamknij