Film

„Król”, czyli niedawno temu w Polsce

Kadr z serialu "Król"

„Król” ustawia się w kontrze nie tylko do mitów o polskim złotym dwudziestoleciu, ale także do jednego z czołowych mitów polskiej polityki historycznej: polskiej niewinności. O serialowej adaptacji powieści Szczepana Twardocha pisze Jakub Majmurek.

W dobie przesytu dobrą telewizją o sukcesie serialu często decyduje pierwszych kilka scen, po których widz zdecyduje, czy warto oglądać, czy kliknąć w coś innego. Król, adaptacja powieści Szczepana Twardocha wyreżyserowana przez Jana P. Matuszyńskiego, odrobił tę lekcję: otwarcie z pewnością przykuwa uwagę. W pierwszych minutach z warszawskiej, na oko dość nędznej żydowskiej szkoły przenosimy się na ulicę międzywojennej stolicy, gdzie ściera się ze sobą pierwszomajowy pochód PPS i związków zawodowych, ochraniany przez gang Kuma Kaplicy z wolskiego Kercelaka, z bojówkarzami ONR.


Historia przemocy

Od samego początku widzimy to, co będzie najsilniejszą stroną serialu: obraz międzywojennej Warszawy, jakiego kino i telewizja na ogół w ostatnich 30 latach nie pokazywały: brudnej, pełnej przemocy, krzycząco biednej, tandetnej, rozdzieranej przez etniczne, społeczne, ekonomiczne i polityczne konflikty. To nie „Paryż Wschodu” z cukierkowej varsavianistycznej narracji, ale połączenie prowincjonalnej stolicy dawnego Imperium Rosyjskiego, ponurej wschodnioeuropejskiej Bordurii, dzielnic nędzy Chicago i wielkiego sztetlu. Warszawa międzywojnia nie jest bowiem w Królu miastem wyłącznie polskim: narracja skupia się w żydowskiej, mówiącej w jidysz dzielnicy północnej, której mieszkańcy do Polski i polskości mieli bardzo różny stosunek. Jedni chcieli stać się Polakami żydowskiego pochodzenia, inni czuli się w Warszawie u siebie, ale nie mieli najmniejszego zamiaru porzucać żydowskiej religii i języka, jeszcze inni planowali wyjazd do Palestyny, by tam budować państwo żydowskie.

Widzimy na ekranie wielokulturową Warszawę, nie jest to jednak wielokulturowość rodem ze współczesnego festiwalu, celebrującego liberalną fantazję o wzajemnym wzbogacaniu się różnych kultur tworzących przedwojenną czy przedrozbiorową Polskę. W Królu pomiędzy Polakami i Żydami, ale też Polakami z niższych i wyższych warstw społecznych, panuje nieufność, pogarda, nienawiść, przemoc. Przemoc organizuje życie miasta od dołu do góry. Od bandziorów ściągających haracze z biedabiznesików, przez falangistowską młodzież z dobrych domów, biegającą po mieście w korporanckiej czapce i kastetem w kieszeni, po sanacyjną elitę w pułkownikowskich i generalskich mundurach, która najpierw wzięła – niezbyt udolnie – za mordę społeczeństwo, a teraz sama skacze sobie do gardła, także potykając się przy tym o własne nogi.

Twórcy serialu od razu, już w pierwszych odcinkach, odsłaniają przed nami całą panoramę Warszawy Króla: policyjny dołek, zawilgocone mieszkania na Nalewkach i nędzne straganiki na Woli, żoliborskie wille i pałace władzy. To dobry wybór, pozwala na zanurzenie się w świecie przedstawionym, rozpoznanie zarysów społecznego ringu, na którym toczyć się będą walki bohaterów.

Hańba: Nacjonalizm czy neofaszyzm nagle nie zniknie

Maszynka do ludzkiego mięsa

W Królu Twardoch pisał historię międzywojennej stolicy jako historię przemocy. Na telewizyjnym ekranie, ze względu na sam charakter wizualnego medium, jakim jest serial, ta przemoc wybrzmiewa tym bardziej wyraziście. Przemoc ujmuje w gatunkowe ramy konwencja kina gangsterskiego. Gatunku przez naszych filmowców używanego niemal wyłącznie do mówienia o okresie transformacji, rozpadzie PRL i narodzinach nowego kapitalistycznego porządku z chaosu pierwotnej akumulacji, przemocy, korupcji i gangsterki. Serial udanie przenosi go w lata 30., pokazuje, że splot kapitału i przemocy, polityki, biznesu i zorganizowanej przestępczości nie zaczyna się wraz z Pruszkowem i Wołominem. Dla warszawskiego proletariatu przemoc jest w świecie Króla jedynym w zasadzie rozwiązaniem. Socjalizm, związki zawodowe, lewicowy i prawicowy syjonizm, gangsterka: wszystko to formy samoorganizacji i samoobrony poniżonych, na co dzień doświadczających przemocy i pogardy tych z góry.

Król i królowa

Krytyka porównuje serial Twardocha i Matuszyńskiego z Dawno temu w Ameryce Sergio Leone. Tam też mieliśmy żydowskich gangsterów, wrzuconych w brzuch wielkiej, mięsożernej amerykańskiej metropolii, którzy przez chwilę mogli poczuć się jak królowie miasta, ruch związkowy spleciony ze zorganizowaną przestępczością (i kapitalistów nasyłających swoich zbirów na próbujących się organizować robotników). Ton Króla jest jednak znacznie mniej nostalgiczny, równie wiele co Leone zawdzięcza on Martinowi Scorsese.

Tak jak Nowy Jork u Scorsese, tak przedwojenna Warszawa jest w Królu jedną wielką maszynką do ludzkiego mięsa, przemielającą ciała, ich młodość, siły żywotne, energię, marzenia, moralne skrupuły. A przy tym praca tej piekielnej maszyny fascynuje, nie możemy oderwać od niej wzroku, nas samych wciągają jej tryby. U Scorsese ten obraz łagodzi jakoś katolicyzm, najbardziej upadli z jego bohaterów pozostają objęci boskim planem zbawienia.

W Królu żadnego planu zbawienia nie ma. „Nie ma boga, my jesteśmy”, powtarza w powieści i serialu Jakub Szapiro. Nad miastem unosi się potworny kaszalot, Litani, ucieleśnienie mrocznej, czarnej, nicującej wszystko siły historii, natury, przeznaczenia, losu, czarnego, mrocznego bóstwa (niepotrzebne, w zależności od światopoglądu, skreślić). Patrzy swoimi zapadającymi się w ciele oczami na starcia wszystkich bohaterów i wie, że nie mają one znaczenia, że za trzy lata przez Warszawę przetoczy się historyczny walec, który unieważni plany i marzenia Jakuba Szapiro, sfaszyzowanej młodzieży czy sanacyjnych pułkowników, którzy nieustannie planują sobie, co w rządzonej przez nich Polsce zmieni się do 1940, 1942, 1946 roku.

Okrucieństwo, sentymentalizm, cynizm…

Czy serial to uniesie?

W pierwszych dwóch odcinkach Króla – na ich podstawie piszę ten tekst – bohaterowie na razie wydają się upojeni miastem, własną siłą, pieniędzmi, możliwościami, planami na przyszłość. Kum Kaplica wychodzi z aresztu po telefonie z kancelarii premiera, Szapiro wygrywa walkę bokserską z nacjonalistycznym bokserem Ziembińskim, gangsterzy rozbijają się drogimi samochodami i ucztują w najlepszej restauracji. Znaki, że to wszystko za chwilę się skończy, są niewyraźne i jeszcze do nikogo nie docierają. Bardzo ciekaw jestem, jak twórcy uniosą zmianę nastroju w dalszych odcinkach serialu.

Michał Zygmunt: Wróćmy do polskości, ale na własnych zasadach

Król jako serial jest z pewnością świetnie napisany, opiera się zresztą na jakby stworzonej na ekran powieści. Przed kamerą udało się zebrać doskonałą obsadę aktorską. Arkadiusz Jakubik jako Kum jest taki, jaki powinien być: trochę dobrotliwy wuj, trochę obleśny dziad, trochę śmiertelnie groźny gangster, trochę wcielenie poczciwej januszowatości. Adam Ferency w roli Felicjana Sławoja Składkowskiego dominuje na ekranie, gdy tylko się na nim pojawia. Borys Szyc jako doktor Radziwiłek doskonale przechodzi między komizmem a grozą i zimnym okrucieństwem tej postaci. Dobrym ruchem okazało się też obsadzenie braci Żurawskich w roli Szapirów. Na razie nie udało się niestety wprowadzić mocnych, ciekawych postaci kobiecych, może poza dopisaną do serialu, nieobecną w książce działaczką PPS w męskim stroju, walczącą na ulicy z faszystami z ONR u boku Szapiry i Kuma.

Jednocześnie mam wrażenie, że inscenizacja czasem zawodzi znakomity scenariusz i obsadę. Trochę brakuje w tym wszystkim epickiego oddechu i rozmachu. Za dużo jest statycznych, zatłoczonych kadrów, dynamicznego montażu i zamaszystych ruchów kamery. Widziałbym ten serial nakręcony w bardziej „ulicznej”, „brudnej”, chwytającej rzeczywistość z ręki filmowej formie. Choć trafiają się znakomicie wyreżyserowane sceny, przede wszystkim walka bokserska Szapiry w drugim odcinku. Na ostateczną ocenę, czy reżyser wydobędzie maksimum z materiału, czy nie polegnie na słabszych wątkach z powieści – jak historia seksualnej relacji Szapiry i Anny Ziembińskiej, siostry boksera-falangisty – przyjdzie poczekać do końca serialu.

Krew i honor [fragment książki]

czytaj także

Historia niedokończona

Bardzo kibicuję, by się udało. Nie tylko dlatego, że chciałbym zobaczyć kolejny spełniony polski serial, ale także dlatego, że mam wrażenie, że produkcja doskonale trafia w swój czas. Choć to serial gangsterski, a nie realistyczny dramat społeczny osadzony w międzywojniu, to niesie on ze sobą realne społeczne i historyczne stawki, istotne zwłaszcza dziś. Choć rozgrywa się prawie 80 lat temu, historia z Króla pozostaje niedokończona, inaczej niż w przypadku wybitnego filmu Leone, nie możemy powiedzieć, że obrazy gangsterów z późnych lat 30. pokazują historię, która wydarzyła się dawno temu i od dawna pozostaje zamknięta.

Król ustawia się w kontrze nie tylko do mitów o polskim złotym dwudziestoleciu, ale także do jednego z czołowych mitów polskiej polityki historycznej: polskiej niewinności. Zgodnie z tym mitem, na którego straży zdeterminowana jest stać obecna władza, Polska jest i była wspólnotą historycznie niewinną. Nieprowadzącą wojen napastniczych, nieuwikłaną w kolonialny wyzysk, wolną od zbrodniczych totalitaryzmów i ludobójczego antysemityzmu. W Królu widzimy, że międzywojenna Polska po prawie 20 latach od odrodzenia na zgliszczach starej Europy, spalonej w ogniu Wielkiej Wojny, nie przestając być odzyskanym śmietnikiem, wyrodziła się w autorytarną dyktaturę z własnym, polskim obozem koncentracyjnym („miejscem odosobnienia”) w Berezie Kartuskiej, zamordystyczną władzą i wszechobecną przemocą. Tymczasem twardogłowa część reżimu i skrajna prawica szykują przewrót całkowicie faszyzujący już kraj – w powieści nie dochodzi do niego tylko przez nieudolność spiskowców. Twardy faszyzm omija II RP z braku zdolnego ogarnąć go organizacyjnego talentu, nie z braku chęci.

Fascynujący jest też bohater, polski Żyd, który Warszawę uważa za swoje miasto, mówi po polsku i porzucił religijną ortodoksję, ale nie ma najmniejszego zamiaru stać się Polakiem, w polskiej kulturze jako takiej nie ma dla niego niczego atrakcyjnego. A nawet gdyby było, to mało kto w Polsce późnych lat 30. czeka na chcących się spolonizować Szapirów. Znów ładnie czesze to pod włos naszą własną automitologię o wielkiej asymilacyjnej sile, kulturowej atrakcyjności i otwartości polskiej kultury.

Bikont: Na każdym kroku pilnie wykluczano Żydów z polskiej społeczności

Serial z tymi wszystkimi tematami trafia w swój czas lepiej, niż trafiała powieść kilka lat temu. Nawet biorąc pod uwagę, że jak dotąd historia z lat 30. powtarza się jako farsa: narodowcy pilnujący kościołów, których nikt nie atakuje, są parodią nacjonalistycznej zarazy z lat 30. A jednocześnie wszyscy czujemy polityczne napięcie, siłę polaryzacji, wzrastający społeczny gniew. W tym momencie przeżycie na ekranie historii końcówki II RP – która nie zawsze była historią Polaków – jako błędnego koła przemocy, krwawej i daremnej walki o stawki, które za chwilę unieważni historia, może mieć szczególny terapeutyczny wymiar.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Jakub Majmurek
Publicysta, krytyk filmowy
Filmoznawca, eseista, publicysta. Aktywny jako krytyk filmowy, pisuje także o literaturze i sztukach wizualnych. Absolwent krakowskiego filmoznawstwa, Instytutu Studiów Politycznych i Międzynarodowych UJ, studiował też w Szkole Nauk Społecznych przy IFiS PAN w Warszawie. Publikuje m. in. w „Tygodniku Powszechnym”, „Gazecie Wyborczej”, Oko.press, „Aspen Review”. Współautor i redaktor wielu książek filmowych, ostatnio (wspólnie z Łukaszem Rondudą) "Kino-sztuka. Zwrot kinematograficzny w polskiej sztuce współczesnej".
Zamknij