Film

Lekcja z horroru XX wieku

1917 Sam Mendes recenzja

Twórcom „1917” za pomocą ekspresyjnych obrazów udaje się nie tylko przypomnieć cywilizacyjny szok, jaki przyniosła pierwsza wojna światowa, ale także dotknąć samej istoty tragedii XX wieku, który na dobre zaczął się właśnie w okopach Wielkiej Wojny.

1917 Sama Mendesa zwraca uwagę przede wszystkim jako techniczne osiągnięcie. Podobnie jak Sznur Hitchcocka czy Rosyjska arka Aleksandra Sokurowa film wygląda, jakby nakręcony został w jednym ujęciu. Wszystkie cięcia i montażowe sklejki zostały starannie ukryte, mamy wrażenie całkowitego zanurzenia w świat przedstawiony, historia wydaje się rozgrywać bezpośrednio przed naszymi oczami, niemal w czasie rzeczywistym.


Nie techniczny popis stanowi jednak o wartości dzieła Mendesa. Kluczowe jest w nim to, jak twórcom za pomocą ekspresyjnych obrazów udaje się nie tylko przypomnieć cywilizacyjny szok, jaki przyniosła pierwsza wojna światowa, ale także dotknąć samej istoty tragedii XX wieku, który na dobre zaczął się właśnie w okopach Wielkiej Wojny.

W okopach, we Francji, zawiązuje się też akcja filmu. Jest kwiecień 1917 roku. Od trzech lat trwa wojna na froncie zachodnim. Kolejne, okupione wielkimi ofiarami szarże na okopy i umocnienia wroga są w stanie w najlepszym wypadku przesunąć front o kilkaset metrów w jedną lub drugą stronę. Okopy, karabiny maszynowe, ciężka artyleria, gazy bojowe tworzą zupełnie nowy typ wojny, który w przeszłość odsyła dziewiętnastowieczne kategorie rycerskości, wojskowego honoru i odwagi, do których ciągle przywiązane są prowadzące wojnę elity.

1917 nie przedstawia jednak wojny z ich punktu widzenia. Bohaterowie to dwójka szeregowych żołnierzy, którzy niczym szczególnym się nie wyróżniają. Przypadkiem zostaje im powierzona ważna misja. Muszą się przedostać przez pozostawioną przez wycofujące się niemieckie oddziały ziemię niczyją, by ostrzec szykujący się do ataku na niemieckie pozycje brytyjski oddział. Odwrót Niemców jest bowiem tylko odwrotem taktycznym, mającym wciągnąć Brytyjczyków w pułapkę – pozycje Niemców chroni potężna artyleria, zdolna zmasakrować nacierającą piechotę. Dwójka żołnierzy nie ma dużo czasu, by zapobiec kolejnej rzezi. Jeden z nich, starszy szeregowy Blake, ma szczególna motywację: w oddziale, który idzie prosto pod niemiecki ogień, porucznikiem jest jego starszy brat.

Trzy filmy z popękanej Polski

Obrazy opuszczonej, naznaczonej przez wojnę ziemi niczyjej należą do najbardziej ekspresyjnych, jakie w zeszłym roku stworzyło kino. Stały współpracownik reżysera, scenograf Dennis Gassner, zbudował na planie przerażający postapokaliptyczny pejzaż, na który składają się leje po artyleryjskich pociskach, druty kolczaste, okopy i podkopy, różnego rodzaju umocnienia, ruiny i ciała poległych. Te obrazy ziemi zranionej przez lata wojny materiałowej stają się w spojrzeniu Mendesa czymś w rodzaju sceny pierwotnej XX wieku, zapowiadającej wszystkie jego horrory, łącznie z totalitaryzmem i ludobójstwem.

Wojna w 1917 toczy się w cieniu masowej śmierci. Nieustannie widzimy okaleczone i martwe ciała. W jednej ze scen drugi z żołnierzy, starszy sierżant Schofield, przeprawia się pieszo przez rzekę, na powierzchni której unoszą się zwłoki poległych żołnierzy. Na poziomie opowiadanej w filmie historii rzeka jest ostatnią granicą oddzielającą Schofielda od celu jego misji. Na poziomie symbolicznym to ostatnia granica, za którą zaczyna się XX wiek jako epoka masowego zabijania i umierania.

Obrazy ziemi zranionej przez lata wojny materiałowej stają się w spojrzeniu Mendesa czymś w rodzaju sceny pierwotnej XX wieku, zapowiadającej wszystkie jego horrory, łącznie z totalitaryzmem i ludobójstwem.

Wojna, po której zapleczu poruszają się Schofield i Blake, jest konfliktem totalnym. Mobilizuje wszelkie możliwe ludzkie i nieludzkie zasoby. W jej logice wszystko jest, a przynajmniej może się stać, zasobem ułatwiającym przeciwnikowi prowadzenie walki. Dlatego wycofujący się żołnierze niemieccy rozstrzeliwują z karabinów maszynowych francuskie krowy, by nie zmieniły się w źródło mleka i mięsa dla żołnierzy drugiej strony. W realiach wojny materiałowej nie ma żadnej prawdziwie prywatnej przestrzeni, gdzie można by się schronić przed logiką totalnej mobilizacji.

Po prawie trzech latach wszyscy wydają się nią zmęczeni. Żołnierze mają poczucie, że elity wciągnęły ich w konflikt, z którego nie ma żadnego dobrego wyjścia. Są coraz bardziej cyniczni wobec odwołań do patriotyzmu, wezwań do bohaterstwa i poświęcenia. Schofield przehandlował swój medal spod Sommy za butelkę francuskiego wina. A jednak mimo zmęczenia i cynizmu machina wojenna ciągle skutecznie przywołuje żołnierzy do walki, z naszego punktu widzenia często absurdalnej w swojej zaciętości. Ten absurd widać najlepiej w scenie, gdy zestrzelony niemiecki pilot, uratowany z płonącego samolotu przez Schofielda i Blake’a, nagle atakuje ich nożem, wdając się w walkę, która skończyć się może dla niego tylko w jeden sposób.

Przestrzeń ziemi niczyjej, którą przemierzają dwaj żołnierze, przywołuje charakterystyczną dla kultury XX wieku figurę zony. Sfery, przez którą przetoczyła się niezrozumiała katastrofa, tworząca świat o zupełnie postawionych na głowie regułach. W 1917 nie ma jednak żadnego stalkera, który jak u Tarkowskiego bezpiecznie przeprowadziłby bohaterów na drugą stronę. Mendes patrzy na XX wiek okiem człowieka XXI wieku, dla którego wszelkie figury dwudziestowiecznych przewodników – duchowych i politycznych, konserwatywnych i rewolucyjnych, z lewicy i prawicy – utraciły swój autorytet.

Mimo wszystko 1917 nie zmienia się nigdy w nihilistyczną deklarację całkowitej samotności wobec absurdu masowej machiny śmierci. Tym, co wyłania się w absurdzie wojny, jest bowiem demokratyczne braterstwo. Dawno nie widziałem w kinie obrazu, który pokazywałby je w tak przekonujący sposób. Nieustannie obserwujemy przejawy oddolnej solidarności między żołnierzami, przekraczające granice klasy i rasy: wśród wojsk walczących po stronie Imperium Brytyjskiego we Francji są też czarnoskórzy żołnierze, a nawet jeden sikh. Patrząc na to wszystko, rozumiemy, skąd wzięła się wielka demokratyczna fala, która po wojnie w całej Europie zmiotła stare, ciągle sięgające po feudalne pojęcia i dekoracje reżimy w typie wilhelmińskiego Cesarstwa Niemieckiego.

Ten demokratyczny impuls paradoksalnie wyzwolony przez wojnę film oddaje na poziomie obsady. Arystokracja brytyjskiego kina, rozpoznawalne na całym świecie twarze – Benedict Cumberbatch, Colin Firth, Mark Strong, Andrew Scott, Richard Madden – miga w króciutkich epizodach. Przez większość czasu obserwujemy kompletnie nieznanych aktorów: Deana-Charlesa Chapmana (Blake) i George’a McKaya (Schofield). Zwykłych ludzi, którym przyszło wypełnić ważną misję, godnych swojej wielkiej opowieści.

Stephen King ma problem z Oscarami. Kobiety też

Jak niemal każdy historyczny film z Wielkiej Brytanii z ostatnich lat także ten czytany będzie w kontekście brexitu. Na pierwszy rzut oka może się on wydawać terapeutyczną, idealną na czasy brexitu afirmacją brytyjskości, zdolnej w każdej sytuacji zachować spokój, zasady fair play i wierność obowiązkowi. W jednej ze scen Schofield, by uspokoić płaczące dziecko w piwnicy zrujnowanego przez Niemców francuskiego miasteczka, recytuje mu purnonsensowy wierszyk Dżamble Edwarda Leara. Tytułowe Dżamble wypływają w sicie na morze, ku nieznanym lądom. Choć wszyscy krzyczą „wy się potopicie”, Dżamble odpowiadają: „Płyniemy na wiatr i na burze. / Co tam, że sito nasze nie jest duże / My sitem płyniemy po morzu”. Podróż Dżambli można czytać zarówno jako alegorię misji Schofielda, jak i sytuacji pobrexitowej Brytanii. Mimo chwil grozy ich podróż kończy się szczęśliwie – tak jak stojące za brexitem elity liczą, że skończy się rozwód Zjednoczonego Królestwa z Unią.

„Brexit”: psychodeliczna groteska

czytaj także

Jeśli jednak uważnie przyjrzymy się temu, co się dzieje w filmie, jego wymowa jest dużo mniej optymistyczna. Akcja zaczyna się 6 kwietnia 1917 roku. Tego samego dnia kilka tysięcy kilometrów od okopów we Francji amerykański Kongres wypowiada wojnę Niemcom. Żołnierze brytyjscy jeszcze nie wiedzą, że po ich stronie do wojny przystępuje potężny sojusznik. A jednocześnie ten moment to początek zmierzchu kilkuwiekowej globalnej hegemonii europejskich mocarstw. Na światową scenę wkracza nowa siła, spoza kontynentu. Europa zakleszcza się w klinczu samobójczego konfliktu, który nie jest w stanie przynieść rozstrzygnięcia. Misja Schofielda i Blake’a niczego nie zmienia w szerszym planie wojny, powstrzymuje skazany na klęskę atak, ale – jak cynicznie stwierdza dowodzący tym odcinkiem frontu oficer – za dwa tygodnie dowództwo pewnie zmieni zdanie i rozkaże atakować te same pozycje. Dopiero wejście Stanów przechyli szalę i przyniesie rozstrzygnięcie.

Dziś samotnie żeglująca po morzu w swoim sitku Wielka Brytania i pogrążona, na szczęście nie w militarnym, a politycznym, klinczu Europa od Ameryki Trumpa, inaczej niż tej Wilsona, na nic dobrego nie mogą liczyć. Nie stamtąd przyjdzie ratunek. Sami musimy sobie poradzić. I jeśli horror XX wieku dostarcza tu jakiejś lekcji, to – jak pokazuje 1917 – przede wszystkim za sprawą jego dziedzictwa demokratycznego braterstwa.

*
Fragmenty Dżambli Edwarda Leara w przekładzie Andrzeja Nowickiego.


Bio

Jakub Majmurek

| Publicysta, krytyk filmowy
Filmoznawca, eseista, publicysta. Aktywny jako krytyk filmowy, pisuje także o literaturze i sztukach wizualnych. Absolwent krakowskiego filmoznawstwa, Instytutu Studiów Politycznych i Międzynarodowych UJ, studiował też w Szkole Nauk Społecznych przy IFiS PAN w Warszawie. Publikuje m. in. w „Tygodniku Powszechnym”, „Gazecie Wyborczej”, Oko.press, „Aspen Review”. Współautor i redaktor wielu książek filmowych, ostatnio (wspólnie z Łukaszem Rondudą) "Kino-sztuka. Zwrot kinematograficzny w polskiej sztuce współczesnej".

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.