Film

Stephen King ma problem z Oscarami. Kobiety też

Portret kobiety w ogniu. Fot. Gutek Film/Materiały Prasowe

Jeden z najsłynniejszych współczesnych pisarzy uważa, że w sztuce liczy się wyłącznie jakość, różnorodność nie ma tu nic do rzeczy. Takim argumentem od lat posługują się ci, którzy przyznają najważniejsze statuetki w świecie filmu. Dlatego kino oscarowe jest wciąż męskie i białe. Ale czy rzeczywiście jakościowo najlepsze?

A już się wydawało, że posądzana od lat o mizoginię i rasizm amerykańska Akademia Filmowa w końcu odrobi lekcję z równego traktowania twórców i twórczyń kina. Owszem – w tym roku gremium przyznające Oscary chwali się nietypowym rekordem, bo nominowało do nagród aż 62 kobiety. To 1/3 wszystkich kandydatur do otrzymania najbardziej pożądanej w branży filmowej statuetki. Brzmi obiecująco, ale przyglądając się bliżej genderowym proporcjom, można zauważyć, że kobiece nazwiska nadal są pomijane w kategoriach uznawanych za najbardziej prestiżowe.


Najlepszy film? Reżyseria? Oryginalny scenariusz? Tutaj kobiety – jeśli występują – to tylko w duecie z mężczyzną. Dla samodzielnych reżyserek miejsca już nie starczyło. To przypomina, że Akademia wciąż powinna się wstydzić dwóch bardzo brzydkich liczb. 5 – tylko tyle twórczyń w ciągu niemal stuletniej historii otrzymało nominację za najlepszą reżyserię. I tylko jedna – Kathryn Bigelow – wyszła z gali w Dolby Theatre ze statuetką − za film W pułapce wojny (2008).

Nienagrodzone

Media i środowisko filmowe na tegoroczny dowód monopolu mężczyzn w wiodącej rozgrywce zareagowały natychmiast, wytykając członkom Akademii brak wyróżnień m.in. dla Grety Gerwig, Meliny Matsoukas, Lulu Wang, Marielle Heller czy Lorene Scafarii. Zwrócono również uwagę na zbyt małe zróżnicowanie etniczne w gronie wytypowanych do wyścigu o oscarowe laury aktorek i aktorów. Na domiar złego, jeśli chodzi o liczbę nominacji (10), triumf święci produkcja, w której kobiety stanowią zaledwie tło całej fabuły, a obsadzona w jednej z głównych ról aktorka Anna Paquin przez cały 3,5-godzinny film wypowiada jedynie 6 słów.

Oscary po Weinsteinie

czytaj także

Oscary po Weinsteinie

Katarzyna Wężyk

Oburzenie na Irlandczyka – bo o nim mowa – wzmaga fakt, że Martin Scorsese, podpytywany na międzynarodowych festiwalach o brak wyrazistych czy też posiadających jakąkolwiek podmiotowość żeńskich postaci w swoim dziele, odpowiadał, że jest już za stary, by aię przejmować sprawami równego traktowania płci. „To samo pytanie zadawano mi wielokrotnie już od lat 70. Czy mam taki obowiązek? Jeżeli fabuła nie wymaga postaci kobiecych… Dodając je, marnujemy czas” – stwierdził reżyser.

Lubimy piosenki, które znamy

Nie tylko on nie chce zauważyć problemu. O ocenę oscarowych nominacji pokusił się też Stephen King, który na Twitterze napisał, że w przypadku sztuki nigdy nie brałby pod uwagę różnorodności. Dla niego liczy się bowiem „tylko jakość”. Tymi słowami natychmiast ściągnął na siebie falę ostrej, choć słusznej krytyki.

Autorka książkowych bestsellerów Roxane Gay uznała wpis kolegi po fachu za wyjątkowo niesprawiedliwy. „Jestem twoją fanką i zabolały mnie te słowa. Sugerują, że różnorodność i jakość nie mogą iść w parze. To nie są odrębne sprawy. Jakość jest wszędzie, ale wiele branż wierzy w to, że związana jest ona tylko z jedną grupą demograficzną. A teraz jeszcze ty” – napisała.

Jej opinię podzieliła m.in. reżyserka Ava DuVernay, która nazwała Kinga „zacofanym ignorantem”.

Tyle wystarczyło, by dyskusja o dyskryminacji w kinie zmieniła się w sąd nad feminizmem. Prawicowe media zaczęły sugerować, że King padł ofiarą linczu z rąk strażników politycznej poprawności. Nad sprawą pochyliły się nawet nadwiślańskie portale (TVP Info), które podały z kolei, że autor Lśnienia bezzasadnie znalazł się „pod ostrzałem feministek”. A przecież chciał tylko, by Oscara wygrał najlepszy artysta – sugerują dziennikarze mediów publicznych. Nie tędy jednak droga, panie King.

– Wypowiedzi w tonie podobnym, jaki zaprezentował pisarz, działają jak samospełniająca się przepowiednia. Podobnej argumentacji używają selekcjonerzy dużych festiwali czy właśnie członkowie instytucji przyznających nagrody – mówi nam Agnieszka Holland. Jej zdaniem zasłanianie się dbałością o „artystyczną jakość” i od lat pokutująca w branży wiara w to, że należy promować i nagradzać tylko te filmy, które mają szansę wejść do mainstreamu, stanowią jedynie domknięcie błędnego koła. – I równie błędnego przekonania, że skoro w mainstreamie rządzą reżyserzy mężczyźni, to znaczy, że najwyraźniej kobiety robią gorsze filmy lub nie robią ich wcale. Uważam, że liczba wartościowych produkcji wyreżyserowanych przez kobiety jest wystarczająco duża, by mogły znaleźć się w wyselekcjonowanych zbiorach – dodaje reżyserka.

Platynowych Lwów w Gdyni nie muszą dostawać tylko faceci

Kobiety chodzą na filmy o kobietach

Wybitnych tytułów nie brakowało również w ubiegłych 12 miesiącach. Świetne recenzje zebrały np. Portret kobiety w ogniu w reż. Céline Sciammy, Małe kobietki wspomnianej już Grety Gerwig czy Booksmart Olivii Wilde. Warto wziąć także pod uwagę fakt, że rok 2019 obfitował w premiery produkcji, za sukcesem których stały kobiety.

Z raportu The Celluloid Ceiling: Behind-the-Scenes Employment of Women on the Top 100, 250, and 500 Films of 2019 przygotowanego przez dr Marthę M. Lauzen we współpracy z Center for the Study of Women in Television wynika, że 12 proc. spośród setki najlepiej zarabiających filmów stanowiły dzieła reżyserek. To trzykrotnie wyższy wynik w porównaniu z poprzednim rokiem (4 proc.). Upada więc kolejny powielany w branży stereotyp mówiący o tym, że kobiety za kamerą nie generują zysków czy też nie potrafią zainteresować swoją twórczością widowni.

Krytycy o Oscarach: Klub białych mężczyzn

– W Stanach Zjednoczonych – w przeciwieństwie do Europy, gdzie o kształcie kinematografii decydują głównie instytucje publiczne – branżą rządzi rynek i widz. I okazuje się, że filmy, w których kobiety grają główne role i są pierwszoplanowymi bohaterkami, zyskują coraz większy rozgłos. Te proporcje zmieniają się w sposób rewolucyjny. Jeszcze do niedawna filmy o kobietach stanowiły 10–20 proc. wszystkich produkcji, a dziś niektóre badania mówią o blisko połowie – wskazuje Agnieszka Holland.

Kolejny raport dr Marthy Lauzen to potwierdza i wskazuje, że w topowej setce filmów zeszłorocznego zestawienia box office żeńskie protagonistki stanowią 40 proc. (o 9 proc. więcej niż w 2018 roku).

– Widać, że zmiana perspektywy globalnej na bardziej feministyczną i walka o to, by głos kobiet został usłyszany w przestrzeni publicznej, przynosi efekty. Trend się rozwija, co prawda, powoli, ale kierunek jest dobry. Myślę, że w dużej mierze jest to związane również z autonomizacją widowni – twierdzi nasza rozmówczyni.

Bebechy uczuć, podskórny rytm [o „Historii małżeńskiej”]

Agnieszka Holland przypomina, że jednym z powodów, dla którego filmy i pieniądze na nie oddawano głównie do rąk reżyserów mężczyzn, było przekonanie, że to widzowie mężczyźni decydują o tym, na co się idzie do kina. – A ich partnerki miały się owym wyborom dobrowolnie poddawać. W tej chwili jest inaczej – kobiety same decydują, co chcą oglądać. A chcą móc się identyfikować z filmowymi protagonistkami, mieć poczucie własnej tożsamości i autonomiczności swojego oglądu świata – podkreśla reżyserka

Nie wystarczy chcieć, potrzebne parytety

Zmieniająca się obyczajowość i poglądy publiczności nie rozwiązują jednak podstawowego problemu, jakim wciąż są bariery stawiane kobietom rozpoczynającym czy nawet już kontynuującym filmową karierę. Za kinem stoją bowiem pieniądze, o rozdziale których decydują w dużej mierze ludzie i instytucje o konserwatywnym światopoglądzie i jednorodnej demograficznie strukturze.

Samo oczekiwanie, że dominujący w branży starsi, biali, heteroseksualni mężczyźni będą finansować i nagradzać produkcje posługujące się innymi niż tradycyjne sposobami opowiadania, nie wystarczy.

Od dawna się postuluje, by na przykład różnicować skład festiwalowych selekcjonerów czy Akademii Filmowej. Ta ostatnia zadeklarowała duże zmiany po skandalu, który wybuchł w 2012 roku. Wówczas dziennikarze „Los Angeles Times” odkryli, że 94 proc. osób decydujących o wynikach oscarowych rozgrywek to biali, a w 77 proc. mężczyźni, spośród których większość przekroczyła sześćdziesiątkę. Do jurorów oceniających filmy miało dołączyć znacznie więcej kobiet i przedstawicielek i przedstawicieli różnych grup etnicznych i narodowych. W efekcie dziś 32 proc. składu orzekającego stanowią kobiety, 16 proc. – osoby o innym kolorze skóry niż biały. Wciąż niewiele.

Bezpieczny podział łupów [Majmurek o Oscarach]

– Na pewno szersze umiędzynarodowienie Akademii sprawiło, że powoli odchodzi się od bardzo konserwatywnych ocen kina, a instytucja kieruje się w stronę nowoczesności. Widać jednak – już na poziomie zgłoszeń nadsyłanych z poszczególnych krajów – że wciąż niewiele uwagi poświęca się filmom kobiet. Jednocześnie jeśli popatrzymy na produkcje krótkometrażowe czy debiutanckie – tam wygrywają głównie reżyserki. I to – moim zdaniem – niejako otwiera perspektywę na zmiany dotychczasowego porządku i proporcji – zauważa Agnieszka Holland.

Rzeczywiście – mimo że kobiety wyciszono w kategoriach głównych, to już w pozostałych konkurencjach mówią donośnym głosem. Dokumenty, krótkie metraże i animacje – tu filmowczynie są bezkonkurencyjne.

Talarczyk-Gubała: Pełny metraż w fabule to reżyserska męska twierdza

Trzeba równego startu

Co musi się jednak wydarzyć, by reżyserki, scenarzystki i producentki miały wreszcie szansę grać o najwyższą stawkę? „Najważniejszą rzeczą, jaką możemy zrobić jako artyści i osoby kreatywne, jest umożliwienie wszystkim takiego samego startu. Bez względu na jego płeć, kolor skóry czy orientację. W tej chwili wciąż są grupy niedoreprezentowane, i to nie tylko w sztuce” – to znowu słowa Stephena Kinga, który postanowił odpokutować za swoją poprzednią wypowiedź.

Trudno nie przyznać mu racji, jednak przyspieszenie rewolucji w branży filmowej nie dokona się wyłącznie za sprawą życzeń. Może więc czas na wprowadzenie od dawna postulowanych przez organizacje zrzeszające kobiety w kinie parytetów?

– W dyskusji na ten temat zawsze pojawia się argument, że sztuka rządzi się bardziej obiektywnymi kryteriami niż inne dziedziny, więc płeć nie powinna mieć znaczenia. Mocne jest też przekonanie, że parytety kogoś krzywdzą. Ale przy tak ogromnych i wieloletnich zaniedbaniach ten sposób doprowadzenia do równościowego traktowania filmowców i filmowczyń uważam za konieczny oraz jedyny skuteczny – mówi Agnieszka Holland.

Reżyserka zastrzega jednak, że w pierwszej kolejności parytety należałoby wprowadzić na poziomie produkcji i przyznawania środków. – Jeśli poprzestaniemy tylko na selekcji, wymieniając składy festiwalowe i akademickie, rzeczywiście będzie to sztuczne.

Trzeba sprawić, by kobiece filmy w ogóle miały szansę powstać, bo jeśli na przykład na 100 tytułów przypada zaledwie 10 stworzonych przez reżyserki, to na festiwalu z 10 wytypowanych do nagrody produkcji – przy zachowaniu statystycznej sprawiedliwości – o statuetkę powalczy tylko jedna kobieta. Gdy jednak na etapie produkcji filmowej stosunek kobiet do mężczyzn wyniesie 50/50 czy nawet 40/60, to te proporcje w selekcji festiwalowej czy oscarowej się wyrównają. Reżyserki i scenarzystki muszą po prostu dostawać więcej pieniędzy. Wierzę, że właśnie zmiana ekonomiczna wymusi zmianę kryteriów wrażliwości decydujących o kształcie sztuki filmowej – podsumowuje reżyserka.


Bio

Paulina Januszewska

| Dziennikarka KP
Dziennikarka KP, absolwentka rusycystyki i dokumentalistyki na Uniwersytecie Warszawskim. Pisze o kulturze, prawach kobiet i ekologii.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.