Film

Proces, który trwa [o „Procesie siódemki z Chicago”]

Proces siódemki z Chicago recenzja

Aaron Sorkin nakręcił film idealnie trafiający w swój czas. Dylematy podzielonej amerykańskiej lewicy z końca lat 60. brzmią aktualnie także dziś – nie tylko za oceanem.

Proces siódemki z Chicago ma wszystkie wady produkcji Aarona Sorkina (The West Wing, Newsroom, The Social Network). Jest przegadany, przeładowany postaciami zakochanymi w potokach własnej wymowy i niezłomnym przekonaniu o swej moralnej racji. Sprawdza się bardziej jako słuchowisko niż dzieło sztuki filmowej – po kilku dekadach kariery Sorkin ciągle nie nauczył się opowiadać obrazem – a politycznie jest tyleż ogólnie słuszny, co naiwny. A jednocześnie, oglądając Proces…, szybko zapomina się o wszystkich jego wadach, nie tylko ze względu na świetnych aktorów, ożywiających przeładowane patosem dialogi. Sorkinowi udało się bowiem bez wątpienia jedno: nakręcił film idealnie trafiający w swój czas. Dylematy podzielonej amerykańskiej lewicy z końca lat 60. brzmią aktualnie także dziś – nie tylko za oceanem.


Zmiana społeczna na ławie oskarżonych

Oparty na faktach film Sorkina rozgrywa się niemal w całości na sali sądowej w Chicago w trakcie kilkumiesięcznego procesu, ciągnącego się od września 1969 do lutego 1970 roku. Na ławie oskarżonych zasiadło początkowo ośmiu aktywistów sprzeciwiających się wojnie w Wietnamie. Zostali oskarżeni o spisek w celu wywołania rozruchów w Chicago podczas prezydenckiej konwencji demokratów pod koniec sierpnia 1968 roku.

Rok 1968 był w Stanach politycznie równie gorący co w Paryżu czy Pradze. Nie tylko ze względu na Wietnam. W kwietniu jeden z liderów ruchu praw obywatelskich Martin Luther King zostaje zamordowany przez białego suprematystę. W ponad stu amerykańskich miastach wybuchają zamieszki. Ginie 39 osób, ponad 20 tysięcy zostaje zatrzymanych przez policję. W tym samym miesiącu prezydent Lyndon B. Johnson podpisuje Fair Housing Act – ostatni ze swoich aktów praw obywatelskich, zakazujący dyskryminacji na rynku mieszkaniowym ze względu na rasę, wyznanie lub pochodzenie etniczne.

Jednocześnie Johnson wysyła setki tysięcy młodych Amerykanów na wojnę w Wietnamie, choć Ameryka wyraźnie nie ma pojęcia, jak ją wygrać. Społeczny opór wobec wojny narasta. Młodzi ludzie palą swoje karty poborowe. W kwietniu studenci prestiżowego Uniwersytetu Columbia w Nowym Jorku urządzają strajk okupacyjny, domagając się zaprzestania udziału uczelni w badaniach dla wojska. Udaje się im nawet na chwilę uwięzić rektora. Strajk kończy dopiero interwencją ponad tysiąca policjantów, aresztowanych zostaje 132 studentów.

Johnson rezygnuje ze startu w wyborach prezydenckich w 1968 roku. Widzi, że ze względu na Wietnam prawybory będą drogą przez mękę. Jego partia – demokraci – jest podzielona w sprawie tego, co dalej z Wietnamem i ruchem antywojennym. Cała społeczna i polityczna koalicja, która wyniosła do władzy Kennedy’ego i Johnsona, rozpada się. Młodzi i lewicowa inteligencja popierają antywojennego kandydata, senatora Eugene’a McCarthy’ego. Liderzy związkowi i machiny partyjne z wielkich miast stają za wiceprezydentem Hubertem Humphreyem. Najbardziej charyzmatyczny kandydat demokratów, Robert Kennedy, popierany przez mniejszości, krytyczny wobec wojny, ginie w czerwcu w zamachu po zwycięstwie w prawyborach w Kalifornii.

Wybory w USA pokazują, że polaryzacja będzie tam coraz ostrzejsza [podcast]

Choć w prawyborach większość głosów dostali kandydaci krytyczni wobec wojny, establishment demokratów zdeterminowany jest, by postawić na Humphreya – gwarantującego kontynuację polityki Johnsona także w Wietnamie. W tym kontekście pod koniec sierpnia w Chicago zbiera się około 10 tysięcy antywojennych aktywistów z całego kraju, przekonanych, że w tych wyborach ich głos i żywotne interesy – na front wysyłano młodych ludzi, takich jak oni – zostaną zignorowane.

Burmistrz Chicago, konserwatywny demokrata o monarchicznym, nieznoszącym sprzeciwu stylu sprawowania władzy w mieście, Richard J. Daley, wysyła przeciw protestującym kilkanaście tysięcy policjantów i członków Gwardii Narodowej. W mieście dochodzi do gwałtownych rozruchów. Wewnętrzne śledztwo Departamentu Sprawiedliwości wykazuje, że odpowiedzialność za przemoc spoczywa na policji z Chicago. W styczniu 1969 roku do Białego Domu wprowadza się jednak Richard Nixon. Jego Departament Sprawiedliwości postanawia zrobić ze sprawy aktywistów z Chicago pokazowy proces, w którym na ławie oskarżonych zasiądzie ruch antywojenny, kontrkultura, cała zmiana społeczna, przeciw której Nixon udanie zmobilizował w 1968 roku społeczną koalicję, zapewniającą mu zwycięstwo w wyborach.

Nieprzekonujące pojednanie

Sorkin bardzo dobrze pokazuje, jak absurdalne są stawiane oskarżonym zarzuty „spisku w celu wywołania rozruchów”. Posadzeni na ławie oskarżonych w Chicago reprezentują zupełnie różne nurty radykalnej polityki, nieustannie kłócą się między sobą i trudno uwierzyć, by wspólnie byli w stanie cokolwiek zorganizować.

David Dellinger (John Carroll Lynch) jest radykalnym pacyfistą, całkowicie odrzucającym stosowanie przemocy w polityce. Starszy od reszty uczestników procesu o całe pokolenie, po raz pierwszy wszedł w konflikt z prawem jako antywojenny aktywista odmawiający służby wojskowej w czasie drugiej wojny światowej. Abbie Hoffman (Sacha Baron Cohen) i Jerry Rubin (Jeremy Strong) z Youth International Party reprezentują anarchistyczno-libertariański, ludyczny, radośnie obrazoburczy nurt ruchu antywojennego. YIP to środkowy palec pod adresem amerykańskiego establishmentu, instytucji, tradycji. Podstawową taktyką YIP jest prowokacja, przesada, szok i skandal. Przed konwencją demokratów Hoffman i Rubin zapowiadali, że planują wpuścić LSD do wodociągów Chicago oraz wysłać „piękne hipiski” i „dobrze wyposażonych hipisów”, by uwiedli uczestników konwencji (lub ich żony), przekonując ich do opowiedzenia się przeciw wojnie.

Tom Hayden (Eddie Redmayne) działa w zupełnie inny sposób. Jako studencki aktywista blisko współpracuje ze związkami zawodowymi, przez trzy lata angażuje się w oddolną pracę w Newark, próbując m.in. organizować czarnych lokatorów w obronie ich interesów. Napisane przez niego Oświadczenie z Port Huron (1962) wzywa do całościowej reformy amerykańskiego systemu społeczno-politycznego w stronę mechanizmów demokracji uczestniczącej, radykalnej rozbudowy usług publicznych i współudziału pracowników w zarządzaniu ich miejscem pracy. Dla Haydena YIP to banda błaznów, która swoimi infantylnymi prowokacjami bardziej szkodzi, niż pomaga sprawie.

Bobby Seale (Yahya Abdul-Mateen II) jest jednym z liderów Czarnych Panter, marksistowsko-rewolucyjnej partii Afroamerykanów, stawiającej na samoorganizację czarnych przeciw gospodarczej, policyjnej i politycznej opresji. Sprawa Seale’a została ostatecznie oddzielona od reszty oskarżonych. W filmie doskonale widzimy, jak od początku traktowany jest on brutalniej niż pozostała, biała, siódemka. Nie tylko jako jedyny nie odpowiada z wolnej stopy – jest także oskarżony, jak się później okazuje, niesłusznie, o zabójstwo policjanta w Connecticut – ale sędzia faktycznie odmawia mu prawa do obrony. Gdy Seale próbuje bronić się w sądzie samodzielnie, sędzia nakazuje go – dosłownie – zakneblować. O ile Hoffman, Hayden czy Dellinger traktowani są w filmie przez amerykańskie państwo jak rozpuszczone dzieci przez surowego rodzica, o tyle wobec Seale’a i Czarnych Panter prowadzi ono otwartą, brutalną wojnę, w której dosłownie padają trupy. Główny prawny doradca Seale’a, lider Panter w Chicago, Fred Hampton, ginie w trakcie procesu zabity w swoim mieszkaniu w trakcie akcji chicagowskiej policji i FBI.

USA: wciąż państwo apartheidu

Można tylko żałować, że Sorkin nie potrafił oprzeć się pokusie i ostatecznie zamknął ten fascynujący obraz podzielonego społeczeństwa, zbójecko działającego państwa i skłóconej nowej lewicy w typowych dla siebie figurach pojednania, narodowej jedności i dość naiwnego progresywnego optymizmu. By narracja mogła zostać doprowadzona do szczęśliwego zakończenia, realny radykalizm uczestników procesu z Chicago coraz bardziej zaciera się w filmie, stapiając się z ogólnie słusznym centrowym liberalizmem scenarzysty. Opozycja wobec wojny w Wietnamie wynika w ujęciu Sorkina niemal wyłącznie ze sprzeciwu wobec niepotrzebnej śmierci amerykańskich rekrutów w Wietnamie: antyimperializm Haydena czy Czarnych Panter niemal w ogóle nie wybrzmiewa na ekranie.

Wygładzając realne ideologiczne stanowiska oskarżonych w procesie, film Sorkina zamyka sobie jednocześnie drogę do krytyki nowej lewicy lat 60. A byłoby co krytykować. Jak przy okazji filmu na łamach „Jacobina” pisał Ben Burgis, wszystkim nurtom nowej lewicy, które zasiadły na ławie oskarżonych w Chicago, można zarzucić podobne polityczne błędy. Wszystkie lubowały się w samozachwycie opartym na dziecinnych w gruncie rzeczy hiperradykalnych deklaracjach, za którymi rzadko szła praktyczna refleksja nad tym, czym zastąpić odrzucane polityczne i gospodarcze instytucje, czy nad tym, w jaki sposób budować większościowe koalicje dla realnej zmiany społecznej.

To wygładzanie najlepiej widać w końcowej scenie. Po ogłoszeniu wyroku skazującego Hayden ma prawo do oświadczenia w imieniu oskarżonych. Decyduje się odczytać długą listę żołnierzy, którzy w trakcie procesu zginęli w Wietnamie. Jego współoskarżeni i obrońcy wstają, wznosząc w górę zaciśnięte pięści. Choć sędzia próbuje przerwać mowę, Hayden wymienia kolejne nazwiska. Wstają widzowie na sali sądowej – cała Ameryka ostatecznie potrafi zjednoczyć się w żałobie po tragicznie poległych żołnierzach. Wstaje też prowadzący sprawę prokurator Richard Schultz (Joseph Gordon-Levitt).

Konstruując tę ostatnią postać, Sorkin najdalej odchodzi od faktów. Jego Schultz jest szlachetnym idealistą, który bierze sprawę przymuszony do tego przez administrację Nixona. W rzeczywistości Schultz był twardogłowym, autorytarnym prawicowcem, przekonanym, że miejsce takich ludzi jak Hayden czy Hoffman jest za kratkami. Schultz – szlachetny idealista potrzebny jest jednak Sorkinowi do tego, by powtórzyć to, co mówi w prawie wszystkich swoich scenariuszach: niezależnie od tego, jakie zagrożenie stwarzaliby Nixonowie tego świata, to porozumienie dobrych, uczciwych Amerykanów z różnych stron ideologicznych podziałów zawsze może wyprowadzić kraj na prostą nawet w obliczu największego niebezpieczeństwa.

„Newsroom” albo konwergencja

Pytania wciąż aktualne

Jakkolwiek nieprzekonująca wydawałaby się odpowiedź Sorkina, jego film zadaje bardzo ważne pytania. Początkowo Proces… miał być kręcony przez Spielberga pod koniec kadencji George’a W. Busha. Produkcję powstrzymał jednak strajk scenarzystów – co okazało się szczęśliwym zbiegiem okoliczności. Dziś bowiem problemy i dylematy, jakie obserwujemy na ekranie, brzmią o wiele bardziej aktualnie, niż brzmiałyby dekadę temu.

Siły, które pół wieku temu posadziły siódemkę z Chicago na ławie oskarżonych, są dziś silniejsze niż kiedykolwiek. Esencją politycznego przekazu Trumpa było przecież cofnięcie Stanów do epoki sprzed symbolicznego roku 1968: sprzed kontrkultury, upokorzenia w Wietnamie, ruchu wyzwolenia kobiet, emancypacji Afroamerykanów. Wraz z klęską Trumpa siły te zostały chwilowo zatrzymane, ale nie przestaną oddziaływać na amerykańską rzeczywistość.

Inaczej niż w 1968 roku różne pokolenia i nurty progresywnej Ameryki zjednoczyły się wokół kandydatury Bidena. Pytania o to, jaki radykalizm realnie pomaga, a jaki szkodzi zmianie społecznej; jak daleko należy iść na kompromisy, by coś realnie zmienić; w jaki sposób grupy o różnych tożsamościach, interesach i metodach działania mogą wspólnie działać na rzecz pożądanej transformacji społecznej i politycznej, będą nam towarzyszyć w najbliższych latach. Nie tylko w Stanach, ale także w Polsce, która być może w końcu przeżywa swój długo spóźniony rok ’68. W tym kontekście warto poświęcić wieczór na film Sorkina, nawet jeśli na ogół jego scenopisarstwo nas irytuje.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Jakub Majmurek
Jakub Majmurek
Publicysta, krytyk filmowy
Filmoznawca, eseista, publicysta. Aktywny jako krytyk filmowy, pisuje także o literaturze i sztukach wizualnych. Absolwent krakowskiego filmoznawstwa, Instytutu Studiów Politycznych i Międzynarodowych UJ, studiował też w Szkole Nauk Społecznych przy IFiS PAN w Warszawie. Publikuje m. in. w „Tygodniku Powszechnym”, „Gazecie Wyborczej”, Oko.press, „Aspen Review”. Współautor i redaktor wielu książek filmowych, ostatnio (wspólnie z Łukaszem Rondudą) "Kino-sztuka. Zwrot kinematograficzny w polskiej sztuce współczesnej".
Zamknij