Film

Ameryka po dwóch stronach snu

Depresyjne poczucie obowiązku może odsunąć katastrofę, ale nie zmieni świata na lepsze. Do tego trzeba umieć śnić. Jakub Majmurek ogląda „La La Land” i „Manchester by the Sea”.

Banałem jest twierdzenie, że hollywoodzkie kino fabrykuje, promuje i podtrzymuje amerykański sen. Wielką celebrację zarówno tego snu, jak i pracującej w nim branży będziemy oglądać za miesiąc w trakcie corocznej oscarowej ceremonii. W tym roku wśród faworytów są dwa filmy bardzo ciekawie sytuujące się wobec amerykańskiego snu, jak i w ogóle roli snów, marzeń i fantazji w konstruowaniu przez nas sensownego świata. Oba właśnie wchodzą na polskie ekrany.

Los Angeles śni samo siebie

Pierwszy z nich to La La Land Damiena Chazelle’a. Ten młody reżyser temat amerykańskiego snu wziął na warsztat już w swoim debiutanckim dziele Whiplash. Tam sen ten przybierał postać wyniszczającej obsesji doskonałości, w jaką popada młody student akademii muzycznej. By osiągnąć wielkość jako jazzowy perkusista, zrywa z dziewczyną, skłóca się z rodziną, zamyka w piwnicy, jedyne przerwy od bębnienia robi sobie na jedzenie i sen, a w końcu zalicza załamanie nerwowe. Wszystko to jednak rekompensować ma scena mistrzowskiego, finałowego koncertu.

Do tej pory nie mam do końca wyrobionej opinii o tym filmie. Z pewnością pokazuje on doskonałe opanowanie warsztatu przez Chazelle’a. Kontrast między radosną improwizacją – jaka potocznie kojarzy się z jazzem – a morderczą rutyną, przez jaką trzeba przejść, by osiągnąć techniczną biegłość umożliwiającą improwizację na sensownym poziomie, został pokazany przez niego w bardzo ciekawy sposób. Z drugiej strony Whiplash zmieniał się miejscami w celebrację faszystowskiego wręcz ideału pedagogicznego. Brał siebie też stanowczo zbyt serio, by nie być mimowolnie śmieszny. W najgorszych momentach wyglądał jak ekranizacja coachingowego bullshitu mówiącego o tym, jak to „nie można poddawać się w walce o marzenia” i ciągle „trzeba opuszczać swoją strefę komfortu”.

Dlatego do La La Land podchodziłem z pewnym sceptycyzmem. Bardzo szybko wyparował on jednak w czasie seansu – drugi film Chazelle’a jest o wiele bardziej subtelny, wolny od autorytarnych fantazji. I całkowicie uwodzicielski. Tak jak w Whiplash bohaterowie La La Land podążają za swoimi marzeniami. Seb (Ryan Gosling) marzy o otwarciu własnego klubu jazzowego, gdzie od czasu do czasu sam grał będzie gościom na pianinie. Mia (Emma Stone) marzy z kolei o karierze aktorskiej. Ponieważ film jest musicalem, od początku wiemy, że tematem będzie także miłość tej dwójki.

Tłem dla marzeń i miłości bohaterów jest Los Angeles, być może najbardziej zmitologizowane miasto globu. Między jego obrazem produkowanym przez fabrykę snów, szansami, jakimi łudzi setki przybywających do niego, marzących o karierze i sławie młodych ludzi, a prawdziwym miastem z obszarami biedy, upałem, suszą, gangami, korkami, rasowymi napięciami, rozlewającymi się przedmieściami i brutalnym aparatem policyjnym zieje przepaść. La La Land z pewnością nie skupia się przesadnie na dzielących miasto społecznych uskokach, raczej podbudowuje, niż dekonstruuje jego mit. Ale robi to tak, że jednocześnie pozwala zajrzeć pod jego podszewkę.

Doskonale pokazuje to pierwsza scena. Upał, wielki korek na jednej z przecinających LA estakad. Setki ludzi w samochodach, wśród nich – każdy w swoim – nasi bohaterowie. Widzimy – podobnie jak w słynnym otwarciu Weekendu Godarda – jak spełniony na masową skalę amerykański sen o powszechnej motoryzacji, indywidualizmie, prawie do szybkości i mobilności, zmienia się w swoje przeciwieństwo: zator, bezruch, smród spalin. Setki młodych ludzi w autach to jednocześnie aspiranci do kariery w skupionych w mieście przemysłach kreatywnych – dobrze wiemy, że po kilku latach śmieciowych prac i utrzymywania nadziei o tym, że kolejny casting, kolejna rolą okażą się przełomowe, większość z nich wróci do domów z niczym.

Zapomnijcie o Kevinie, obejrzyjcie sobie koniec świata

Informację o tym, co jest nie tak z Los Angeles, dostajemy więc już w otwarciu filmu. Zanim jednak zdążymy przetworzyć tę wiedzę, wypiera ją pierwszy, fantastyczny musicalowy numer. Bo niezależnie od tego, jak nieprawdziwy jest sen, jaki w kinie Los Angeles śni o sobie samym, to życie bez niego – nie tylko w prawdziwym LA, ale być może wszędzie indziej – byłoby zupełnie nieznośne.

Smutek spełnionych marzeń

La La Land pokazuje spełniony sen. A jednocześnie cenę, jaką trzeba zapłacić za spełnienie snów, melancholię podążającą za indywidualnym spełnieniem. Chazelle’owi udało się to, co nie do końca wyszło Woody’emu Allenowi w Śmietance towarzyskiej – pokazać bohaterów, którzy pozornie osiągnęli wszystko, co chcieli, trapieni są poczuciem braku, utraty, tęsknoty, które nie do końca potrafią nawet zwerbalizować. Genialnie pokazuje to ostatnia sekwencja filmu. Ekstatyczna, musicalowa konwencja wyraża tam zupełnie przeciwne emocje, niż na pierwszy rzut oka wylewają się z roztańczonych kadrów – przenika ją smutek cudownej urody.

La La Land pokazuje spełniony sen. A jednocześnie cenę, jaką trzeba zapłacić za indywidualne spełnienie.

W rękach mniej utalentowanego reżysera historia z filmu wydawałaby się przede wszystkim irytująca. Sukces, uprzywilejowanie i problemy bohaterów mogą wywoływać agresję w dzisiejszym świecie rozdzieranym przez nierówności i falę prawicowego populizmu. Słusznie można wytykać filmowi Chazelle’a, że jego bohaterowie – w przeciwieństwie do większości swoich rówieśników nie tylko w Stanach – nie mają piętrzących się długów do spłacenia, kłopotów z zarobieniem na czynsz, nie pracują po 15 godzin dziennie, by jakoś spiąć koniec z końcem. Przestrzenie tanich dzielnic z niskim czynszem, dające bohaterom schronienie na ich drodze do sukcesu, padają dziś ofiarami galopującej gentryfikacji, także w dziele Chazelle’a nieobecnej. Sen, jaki La La Land śni o Hollywood i Los Angeles, jest też dość bezwstydnie biały. Trudno jednak nie poddać się temu urokowi, wirtuozerii Chazelle’a, uwodzącym kreacjom Stone i Goslinga.

Bezsenność północy

W La La Land Ameryka śni ciągle sen o samej siebie. W drugiej premierze tego tygodnia, Manchester by the Sea, wydaje się cierpieć na wieczną bezsenność. A jeśli nie cała Ameryka, to przynajmniej główny bohater filmu, Lee. Gdy poznajemy go, jest w zasadzie żywym trupem. Pracuje jako dozorca i złota rączka w kompleksie domów na przedmieściu Bostonu. Mieszka sam w obskurnej piwnicy. Nie utrzymuje żadnych kontaktów towarzyskich. Czasem upija się w barach i wdaje w bezsensowne bójki.

W retrospekcjach widzimy, że nie tak wyglądało wcześniej jego życie. Coś się jednak stało. Lee stracił wszystko, trauma nie pozwala mu wrócić do normalnego życia. Żyje tak, jakby każdym dniem chciał sobie wymierzyć karę.

Z tego stuporu wyrywa go kolejna tragedia. Umiera brat Lee, osierocając nastoletniego syna. Nie wiadomo, gdzie przebywa matka chłopca, alkoholiczka. Lee zostaje wyznaczony przez brata opiekunem chłopaka.

Tu może się wam zapalić czerwona lampka. Amerykańskie kino i telewizja pełne są nieznośnie sentymentalnych produkcji przedstawiających terapeutyczną narrację o traumie. Struamatyzowana jednostka spotyka nową miłość / dziecko, którym musi się zaopiekować, w najgorszym wypadku nawet bezpańskiego psa lub kota, i na nowo uczy się empatii, miłości, radości życia. Odzyskuje jego sens i wychodzi z traumy.

Amerykańskie kino i telewizja pełne są nieznośnie sentymentalnych produkcji przedstawiających terapeutyczną narrację o traumie.

W Manchesterze nic takiego się nie dzieje. Film pokazuje, że pewne blizny się zrastają, pewnych traum nie da się przepracować. Czasem praca żałoby nie może się skończyć. Albo nawet rozpocząć. Lee jest rzadkim w amerykańskim kinie bohaterem, który całkowicie utracił wewnętrzny napęd, radość, tkwi na pozycji depresyjnej. Przestał móc śnić. Jego świat jest światem ciągłej bezsenności, gdzie zimnej, surowej rzeczywistości północnego wschodu Stanów nie ociepla żadna fantazja.

Jedynym co odwleka somo-umieranie, jakie sobie zadaje na raty, jest poczucie obowiązku wobec bratanka. I ono właśnie (oraz spadek po przezornym ojcu) zapewnia chłopcu, że mimo sieroctwa przeżywa końcówkę swoich nastoletnich lat tak, jakby wyciąć je z amerykańskiego filmu dla młodzieży. Dorasta w małym miasteczku z dala od naprawdę poważnych ekonomicznych trosk, przestępczości, napięć społecznych, w świecie, gdzie największym problemem jest to, jak odwrócić uwagę matki swojej dziewczyny, by w końcu móc skonsumować znajomość z nią . Ale szczęście chłopca nie jest w stanie naprawić tego, co stało się w życiu wuja.

Sen i potwór z bagien

Ciekaw jestem, jak te dwie narracje rezonować będą w Ameryce Trumpa. Sam zwycięzca zeszłorocznych wyborów ucieleśnia amerykański sen, który spełnił się, rozrósł do gigantycznych rozmiarów i tak zmutował, że przypomina przerażającego potwora z bagien. Ten potwór uzyska teraz kontrolę nad guzikiem atomowym. Jak można dalej śnić amerykański sen w jego cieniu?

Amerykańscy liberałowie w Stanach Trumpa czuć się mogą jak bohater Manchester by the Sea po swojej życiowej katastrofie. Dobrze, by kontemplując własne klęski, zachowali wobec przyszłych pokoleń i swoich wyborców to samo poczucie obowiązku, jakie kieruje Lee w relacji z jego bratankiem.

Graff o zaprzysiężeniu Trumpa: Ostatni dzień świata liberalnej demokracji

Z drugiej strony depresyjne poczucie obowiązku może odsunąć katastrofę, ale nie zmieni świata na lepsze. Do tego trzeba umieć śnić. Wobec własnych marzeń i snów trzeba jednak umieć zachować podmiotowość, znać ich cenę i ograniczenia. Inaczej łatwo można paść ofiarą hochsztaplerów, zawodowych oszustów, naciągaczy. To właśnie spotkało dziś Amerykę, która uległa urokowi politycznego odpowiednika obwoźnego sprzedawcy cudownej maści na porost włosów, czarującego publiczność swoimi występami w pozłacanej jarmarcznej budzie.

Kino może pomagać budować podmiotowość wobec własnych marzeń. Najlepsze kino hollywoodzkie nie tylko konstruowało i podtrzymywało amerykański sen, ale także pokazywało Amerykanom, że śnią, uczyło ich poruszać się we śnie. La La Land także udanie wpisuje się w tę tradycję. Która od piątku 20 stycznia będzie potrzebna bardziej niż kiedykolwiek wcześniej.

__
Przeczytany do końca tekst jest bezcenny. Ale nie powstaje za darmo. Niezależność Krytyki Politycznej jest możliwa tylko dzięki stałej hojności osób takich jak Ty. Potrzebujemy Twojej energii. Wesprzyj nas teraz.

Jakub Majmurek
Jakub Majmurek
Publicysta, krytyk filmowy
Filmoznawca, eseista, publicysta. Aktywny jako krytyk filmowy, pisuje także o literaturze i sztukach wizualnych. Absolwent krakowskiego filmoznawstwa, Instytutu Studiów Politycznych i Międzynarodowych UJ, studiował też w Szkole Nauk Społecznych przy IFiS PAN w Warszawie. Publikuje m.in. w „Tygodniku Powszechnym”, „Gazecie Wyborczej”, Oko.press, „Aspen Review”. Współautor i redaktor wielu książek filmowych, ostatnio (wspólnie z Łukaszem Rondudą) „Kino-sztuka. Zwrot kinematograficzny w polskiej sztuce współczesnej”.
Zamknij