Czytaj dalej

Michał R. Wiśniewski: Nie ma śmiechu z taśmy [rozmowa]

Taka jest rzeczywistość, nie wiadomo, co i kiedy jest na serio. Rozmowa z autorem „Jetlagu”.

Marta Konarzewska: Jetlag, twój powieściowy debiut, robi karierę.

Michał R. Wiśniewski: Bardzo się z tego cieszę, bo czytałem w „Tygodniku Powszechnym” artykuł na temat debiutów literackich, w którym straszono biednych debiutantów, że nie będzie recenzji i nikt się nimi nie przejmie. Jak na razie w moim przypadku nic z tego się nie sprawdza, tak że jestem pełen nadziei.

Nadziei, że?

Że będzie dobrze (śmiech). Kiedy brałem się za pisanie, nie miałem żadnych nadziei, bo wszyscy znajomi z branży mówili: „nie nastawiaj się na nic”, „tego nikt nawet nie przeczyta”, „to, że się podoba twojej mamie, nic nie znaczy”. Bo powiedziałem „mojej mamie się podoba” do takiego kolegi, który na wszystko narzeka. Moja mama przeczytała w swoim życiu wiele książek i bardzo sobie cenię jej zdanie. Myślę, że miała rację.

To książka „dla mamy” – dla znajomych znajomych, czy dla tzw. wszystkich? W jednej z recenzji przeczytałam, że zrozumie ją określone grono osób – tych, które wyłapią wszystkie niuanse, kody, nawiązania, gry.

Pisałem z pełną świadomością. Owszem, mój język, kody i memy, bywa specyficzny i w pełni zrozumiały jest dla mojej internetowej rodziny czy czytelników bloga, ale starałem się pisać tak, żeby te rzeczy były przezroczyste. Że jeśli ktoś wyłapie jakieś nawiązanie, nawet jakiś prywatny żart, to fajnie, to jest do ciebie, puszczam do ciebie oko, ale to jest tak naprawdę niepotrzebne. To ozdobnik, który nie powinien w żaden sposób przeszkadzać w odbiorze książki. Na tej zasadzie kręcone są filmy o superbohaterach. To są filmy dla ludzi, którzy w życiu nie słyszeli o Kapitanie Ameryce, idą sobie do kina i oglądają film, a tam jest nawtykana masa praktycznie niewidzialnych odniesień dla takich hardcorowych fanów, którzy znają wszystkie komiksy na pamięć. Ale to w ogóle nie przeszkadza w odbiorze całej reszcie.

Czyli to jest jakiś kolejny poziom, subtekst.

Właśnie chciałem, żeby było tych poziomów jak najwięcej, i mam nadzieję, że ktoś kiedyś przysiądzie i odczyta je wszystkie.

To prawda, że połowa dialogów jest spisane z Wilqa?

Nie, to zdecydowana przesada. Niczego świadomie nie spisywałem z Wilqa, tylko że pewne pokolenie w pewnym momencie zaczęło tym Wilqiem mówić. Jak może w dawnych czasach wszyscy mówili Sienkiewiczem.

Albo Pulp Fiction.

Myślę, że ten Wilq się jakoś przesączył do języka i często się łapałem na tym, że coś napisałem, a potem patrzyłem: „O kurczę, to cytat”. Poza tym dużo cytatów wrzucałem świadomie. Ale też nie miało to być takie postmodernistyczne mruganie okiem, „pozdro dla kumatych”. Wyszedłem od tego, że skoro mój codzienny język tak wygląda – nazywam to „jeśli chcesz coś powiedzieć, powiedz to piosenką” – skoro cały czas mi wpadają jakieś skojarzenia, każda emocja kojarzy mi się z jakimś tekstem, sceną, komiksem, to mój język i tak będzie w ten sposób budowany, więc nie będę z tym walczył, tylko wykorzystam to jako mój atut. I potem zobaczyłem Girlfriend in coma Douglasa Couplanda, gdzie już tytuł jest wzięty z piosenki The Smiths. On tam sobie wplata bezczelnie w akapit jakieś zdanie z tekstu Smithów i to jest po prostu tak wplecione, przezroczyste, że jak ktoś nie zna Smithów, to po prostu przejdzie nad tym. I pomyślałem – jak on tak może, to ja też.

A poza skojarzeniami – jak rodziła się książka?

W pewnym momencie swojego życia, zbliżając się do trzydziestki, poczułem, że chcę napisać książkę o współczesnych trzydziestolatkach. Pochodzę z fandomu fantastycznego, tam się dużo czyta, jeździ na konwenty, kumpluje z pisarzami i każdy prędzej czy później postanawia napisać książkę. A ja po rozgrzebaniu kilku pomysłów na s-f i fantasy stwierdziłem, że jednak chcę iść w mainstream i napisać właśnie „powieść o współczesnych trzydziestolatkach”. To funkcjonowało jako taki żart. Ktoś mnie pytał, co robię, a ja odpowiadałem, że właśnie pracuję nad moją książką o współczesnych trzydziestolatkach. Wszyscy mówili wtedy „hahaha”, a później się okazało, że ją faktycznie napisałem, wydałem i przestali się śmiać. Śmieją się teraz z innych rzeczy.

Wyszedłem od tego, że chcę opowiedzieć o współczesnych trzydziestolatkach, czyli nie o sobie. Stąd ta narracja w drugiej osobie, bo stwierdziłem, że nie jestem ciekawym tematem na książkę. Że jeśli chcę mówić o współczesnych trzydziestolatkach, to nie mogę mówić o sobie. To nie jest książka o mnie. To też jest odpowiedź na pytanie, o czym jest Jetlag – nie jest o mnie.

No cóż, jesteś już trochę starszy…

Tak, ale pierwsze podejście wykonałem jeszcze w 2007 roku i wtedy zdałem sobie sprawę z jednej rzeczy: piszę o sobie i to jest złe, strasznie egotyczne. Po tamtych trzech rozdziałach stwierdziłem, że za mało jeszcze znam ludzi, żeby o nich pisać. I następne siedem lat spędziłem na poznawaniu ludzi. Więc mogę powiedzieć, że pracowałem nad książką te siedem lat.

Poznałeś ludzi? Piszesz empatycznie. To różni twoją narrację od np. narracji Doroty Masłowskiej.

Uwielbiam książki Masłowskiej, ale odnoszę wrażenie, że patrzyła na tę ławeczkę dresiarską przez okno. Nawet to w filmie było ładnie widać: ona tam siedzi i stuka na tej maszynie, którą dostała po mamie czy babci. A ja siadam na tej ławeczce, że tak powiem.

Skojarzenia krytyki z Masłowską są nieco inne, ale pozytywne – czytałam np., że początek twojej książki to najlepsze zdania od czasu Masłowskiej. A mnie one się skojarzyły z powieścią Michela Butora Przemiana. „Postawiłeś lewą stopę na miedzianej listwie…” – tak się zaczyna ta awangardowa powieść, która stała się klasykiem. Pisana w drugiej osobie. Radykalny eksperyment wtedy – ty go powtarzasz. Trochę podobnie, a trochę inaczej. Lubisz powieści w drugiej osobie?

Wydaje mi to się zabawne – pierwszy raz z powieścią w drugiej osobie spotkałem się nie na półce z radykałami, a w powieści obyczajowej dla młodzieży. Dużo czytałem powieści młodzieżowych pisanych przez kobiety, mój bohater Wiktor jest nawiązaniem do Ożogowskiej, w jednym rozdziale zamieściłem mały hołd dla Sue Townsend, która też mnie bardzo ukształtowała. I jedną z tych książek było Oczekiwanie Janiny Zającówny (wyszło potem z taką okropną okładką jako Agata). Bardzo mnie ta książka zaskoczyła, kiedy wziąłem ją sobie z półki – bo to były czasy, kiedy książki się kupowało, „jak rzucili”, i rodzice po prostu kupowali, jak coś się trafiło i ustawiali w mojej biblioteczce – i zacząłem czytać.

Chodziło o proste zwrócenie się do czytelnika? Czy o zamienienie powieściowego „ja” w „ty”, jak u ciebie i Butora?

Nie wiem, dlaczego to takie było. To pisała kobieta, ale pisała o chłopaku, który zakochuje się w dziewczynie ze swojej klasy, tej tytułowej Agacie, która była taką trochę PRL-owską femme fatale. I może autorce chodziło o to, żeby chłopak, który będzie to czytał, bardziej się tym przejął. Ciekawe, czy słyszała o powieściach interaktywnych, jak Wehikuł czasu. Ja się tym bardzo przejąłem, kiedy to czytałem. Bo ona dała mu imię, nazwisko, to był konkretny chłopak, z bratem, rodzicami i wszystkim I ona mówi tak do mnie… A ja słuchałem. To znaczy czytałem. Dwadzieścia pięć lat temu to czytałem… Zrobiło to na mnie bardzo duże wrażenie i czułem, że kiedyś to do mnie wróci.

Butor zakładał, że druga osoba narracji jest po to, żeby otworzyć świadomość…

Ja miałem wiele założeń. Pierwsza rzecz – chciałem się zdystansować od mojego ja. Odciąć się. Druga rzecz – skoro współczesnym powieściom o trzydziestolatkach często zarzuca się, że bohaterowie są tacy puści, to stwierdziłem, że trzeba wziąć takiego bohatera pustego, takiego, co się snuje bez celu, i doprowadzić go do skrajności – niech będzie pusty na granicy zaniku. Wydawało mi się, że to będzie doskonałe narzędzie, bo zrzucę na czytelnika cały ciężar wyobrażania sobie „to jesteś ty, tak wyglądasz”. Chciałem tego bohatera zrobić pustym i bez właściwości do końca. Pozbawić go wszystkiego – twarzy, kolorów, płci, po prostu wszystkiego. Jeśli chce się zrobić coś takiego, nie ma w języku polskim wyjścia: trzeba się zdecydować na drugą osobę i czas teraźniejszy. W innym przypadku musimy prędzej czy później wprowadzić rodzaj.

A bez tego z tożsamością dzieje się coś fantastycznie niepokojącego. Rzeczywiście, postać jest pusta, „niedopisana”, jest czystym patrzeniem, czystym słuchaniem, chłonięciem, może lustrem? Na początku jest czystym wąchaniem, które potem jakoś znika, znikają zapachy, ale dochodzą relacje.

Węch jest fascynującym zmysłem. Bardzo szybko się adaptuje, ludzie nie czują nigdy zapachu swojego mieszkania, ale jeśli przyjdziemy do kogoś w odwiedziny, to to mieszkanie będzie miało swój charakterystyczny zapach. I zapachy są czymś, co strasznie dobrze pamiętam, powiązane z różnymi wydarzeniami. Dlatego właśnie zaczynam Jetlag od zapachów i dlatego wraz ze znikaniem postaci znikają i one.

A dlaczego chciałeś stworzyć bohatera pustego? To tylko fantazja pisarska, eksperyment, czy ma to mówić nam coś o współczesności?

Poza tym literackim eksperymentem „pusta postać pociągnięta do ekstremum” chciałem oczywiście coś tym wyrazić. Może ugryzę to z innego końca. W recenzji w „Do Rzeczy”, która była całkiem pozytywna, co mnie ucieszyło, pojawił się decydujący zarzut, który zmienił całą ocenę książki. Bo recenzent oczekiwał, że na koniec będzie jakaś taka rewolucja, że jak u Philipa K. Dicka czy w Matriksie spadną zasłony, stłuką się lustra, zobaczymy te dekoracje. A ja właśnie chciałem, żeby to był anty-Matrix, anty-Dick, że jak wszystko znika, to nie ma nic, nie ma żadnego drugiego świata pod tym. A jeśli nie może zniknąć świat, to muszę zniknąć ja. Dick miał takie fajne opowiadanie Elektryczna mrówka, o androidzie, który grzebie w taśmie swojej pamięci, i od tego grzebania znikają elementy rzeczywistości. Dick wymyślił, że cała rzeczywistość jest w głowie tego androida. Mnie się wydaje, że jest zupełnie na odwrót. Że ja jestem po prostu rozpisany na tych wszystkich ludzi, którzy tutaj siedzą, kawałek mnie jest w Katarzynie, kawałek w Marcie, kawałek w Kubie. To wszystko razem złożone tworzy mnie. Jeśli oni znikną, to ja też nie będę już istniał. Co chciałem przez to  powiedzieć o współczesności? Że wydaje mi się, że taka samotność pociągnięta do jakiegoś ekstremum jest dla współczesnego człowieka jego zagładą.

Czy to jest dystopijne myślenie? A może depresyjne? Justyna Sobolewska napisała, że jest w tej książce jakiś dojmujący smutek.

O, to był największy zarzut recenzji z facebookowych Kurzojadów – że jestem taki smutny. No, to prawda, jestem smutny czasem. Jestem smutny różnymi rodzajami smutku. Słuchałem smutnej muzyki, oglądałem smutne filmy, jestem smutny. Jak bohater 500 dni lata, zresztą fan Smithów, znowu mówię cytatami. Ale bywam też wesoły.

Gdyby z Jetlaga powstał film, to z jaką muzyką?

W samej książce występuje dużo muzyki, która gra w ważnych momentach i jest istotna. Raczej się nie da jej użyć w filmie, bo to oznaczałoby koszmarne opłaty licencyjne. A czego ja słuchałem podczas pisania? Dużo rzeczy naładowanych emocjami. Był taki moment, że słuchałem zapętlonej płyty Róż Europy Stańcie przed lustrami.

Nie The Smiths?

Smithów też. Ale to jest tak, że ja do Smithów mam stosunek śmieszno-smutny. To co śpiewa Morrisey, mnie strasznie wzrusza, on mnie naprawdę dotyka. Ale jednocześnie nie mogę go traktować poważnie, jeśli widzę, jak on się przebiera za księdza i śpiewa: Jezu, dałeś mi tę całą miłość, z którą teraz nie wiem, co mam zrobić. I on jest z tym taki śmieszny, jeszcze z tymi swoimi fanami, co zbierają kawałki jego koszuli… No nie można tego brać na poważnie. A jednocześnie trzeba to brać na poważnie. I tak jest ze mną w ogóle. Ludzie nie wiedzą, kiedy żartuję. Kiedy jestem superpoważny na blogu, piszę coś od serca, to pojawiają się komentarze: „Czemu znowu trollujesz?”. Napisałem, że mi się jakiś film podoba. Reakcja: „Ale troll!”.

Ludzie nigdy nie wiedzą, więc postanowiłem to znowu wykorzystać jako mój atut, bo taka jest rzeczywistość, nie ma śmiechu z taśmy i nie wiadomo, co i kiedy jest na serio. I wtedy znalazłem coś takiego, co nazywa się metamodernizm, to mi się strasznie spodobało, bo w tym konflikcie między postmodernizmem, gdzie wszystko jest tak cyniczne, że nie mogę powiedzieć: „Kocham cię”, bo to musi być śmieszne, a modernizmem, gdzie wszystko jest właśnie takie surowe i poważne, pojawiła się synteza, która chce przywrócić trochę tej szczerości. Możemy być zabawni, ale jednocześnie możemy być w tym szczerzy.

Dlatego ja się tu nabijam z różnych rzeczy, ale jednocześnie jestem szczery, kiedy piszę o uczuciach.

Dlatego nazwałem Jetlag sitcomem – nie dlatego, że to ma taką formę odcinkową, że są takie krótkie rozdziały, tylko dlatego, że te najlepsze z sitcomy są budowane na zasadzie tragedii – śmiejemy się z tych pajaców, ale jednocześnie też żywimy do nich poważne uczucia i kiedy bohaterka schodzi się z bohaterem, to nasze „ach!” jest szczere. Kibicujemy im.

Chyba ci się udało to uchwycić w kawałku o Myslovitz. Jest taki moment w Jetlagu, kiedy główny bohater / bohaterka / „ty” idzie z Zuzą na koncert największych przebojów Myslovitz na ukulele. Na ukulele? – od razu się śmiejemy, prawda? A potem jeszcze dajesz opis: Wwykonanie jest czyste i szczere, a dźwięk małej gitarki w przedziwny sposób rezonuje z muzyką duszy. Wyciąga nastoletnie, niezaleczone emo. Weganie i hipsterzy są zachwyceni, bo od dawna nie obcowali z czymś tak autentycznym. I kiedy po godzinie na bis idzie powtórka piosenki otwierającej występ, wszyscy razem śpiewają w monotonicznym świecie pachnącym szarością… i nawet, kiedy będę saaam, drze się Zuza, która pachnie tęczą”.  Ironia? Autentyzm? W tym jest jedno i drugie. „Ty” naprawdę kocha się w Zuzie – dlaczego ma nie pachnieć tęczą? Piękne to jest! A jednocześnie wchodzi przecież ironia na hipsterskie cytowanie nostalgii. „Pożyczona nostalgia” – tak to nazywasz?

Tak, ale mnie się wydaje, że mamy tyle autentyczności, na ile sami jesteśmy gotowi się zgodzić. Ktoś podchodzi z nastawieniem: będę się chichrał, a później słucha, słucha, patrzy i mu się nagle podoba. Jak się coś robi dla beki, to się zaraz to będzie robiło na serio. Tak było z powrotem discopolo – hahaha, Bracia Figo Fagot, hahaha, Boże Boże Bożenko, parodia, ironia, sarkazm, ale później to zaczyna rezonować i nagle oglądamy Polo TV, albo jedziemy na wesele na południe Polski i się okazuje, że Jesteś szalona to dobry kawałek, dobrze się do tego tańczy. I nagle jesteśmy fanami disco polo! Nawet się nie zorientowaliśmy kiedy.

Ale radzimy sobie cudzysłowem. Niedawno w Warszawie była impreza, która się nazywała „Najgorzej” i tam leciały wszystkie tak zwane najgorsze przeboje, a wszyscy się bawili super, bo dostali ten cudzysłów, mogli przyjść i bawić się przy disco polo – nie serio czyli dobrze, tylko „najgorzej”.

To jest właśnie cały postmodernizm – jednocześnie zawstydza, bo wstyd słuchać takich rzeczy, i daje narzędzie, żeby ten wstyd jakoś przemóc.

Tylko że po drodze się gdzieś gubi szczerość i nikt już nie wie, co jest prawdziwe, a co nie. To ślepa uliczka.

Ale gra między autentykiem a cudzym słowem to tylko jeden z elementów świata w Jetlagu. Kolejnym jest język. Te fajne sposoby mówienia. Podsłuchiwałeś ludzi?

Uważam, że jeśli ktoś chce znać język, musi go używać. Spędziłem dużo czasu na rozmawianiu z ludźmi w internecie i nie tylko. Lubię sobie czasem wejść np. na jakieś forum dla nastolatek i z nimi porozmawiać. Konsekwentnie staram się poznać ludzi – przysłuchiwałem się ich rozmowom w klubach, jak koleżanki przyprowadzały swoje koleżanki i one tak opowiadały: że ona ma chłopaka, i on jest taki i taki, ma chyba depresję, ale później poszli do lekarza i się okazało, że nie ma depresji, tylko jest głupi i leniwy… Potem wiem, że takie rzeczy się dzieją i mogę to ukraść do książki.

Chyba najwięcej ukradłeś furrysom. Masz swoją własną fursonę?

Mam taką czapkę pandy i nawet dla żartu sobie wpisałem na Facebooku miejsce pracy: „Wielka panda pozująca do zdjęć z przedszkolakami”. To jest coś, co mógłbym robić, jak już nie będę miał nic innego do roboty, będę przebierał się za pandę i robił zdjęcia z przedszkolakami. Na tym można pewnie zarobić. Z furrysami chodzi o to, że z tych subkultur internetowych ta jest najniżej, „najgorzej”. To taka mentalność getta. Na górze są fantaści, czytający fantastykę, którzy mają straszne kompleksy wobec wszystkich mainstreamowców, zazdroszczą nagrody Nike, zazdroszczą grantów, budzą się w nocy i myślą „GRANTY, GRANTY!”. Jeden fantasta się przerzucił na pisanie książek o współczesnych trzydziestolatkach i dostał stypendium. Ale nie przeszkodziło mu to startować do nagród fantastycznych. Fantaści mają konwenty, zloty i tam przyjeżdżają gracze RPG. I oni już są gorsi. Ci fantaści literaccy patrzą na nich i myślą „Po co oni tu przyjeżdżają? To są tacy podludzie”. Ale ci gracze też mają swoje getto w getcie, bo mają graczy w karcianki. I oni sobie myślą „Po co oni tu przyjeżdżają? Te karty, po co to jest?”. Coraz niżej i niżej, a na samym dole są furrysi. Z nimi jest problem, że to jest jedna z nielicznych subkultur, która łączy hobby z czymś w rodzaju fetyszu seksualnego. Oni się strasznie od tego odcinają, ale jeśli się wejdzie na ich fora, to takie wątki się pojawiają: „Haha, mama mnie prawie przyłapała, jak modelowałem model psiego penisa w 3D, ale powiedziałem, że to jakiś tam projekt na mechanikę…”. I tak to wygląda. Sam byłem w fandomie, który był mocno pogardzany, bo byłem fanem mangi i anime. W 2000 roku to było dobrze widziane na konwentach fanstastyki, żeby o takim mangowcu brzydko powiedzieć. Albo napisać list do „Nowej Fantastyki”, że co ci mangowcy robią, co z naszymi dziećmi będzie, jakiś student tak napisał, „nasze dzieci, nasze dzieci”, a ja sobie myślałem „ty jesteś studentem i już masz dzieci?”.

Jak znalazłeś furrysów?

W sieci. Jest taka strona, nazywa się 4chan, i ona polega na tym, że tam ludzie są anonimowi. Są przez to totalnie odcięci od ego, są szczerzy. Jak piszą, że coś im w życiu nie wyszło, to nie mają potrzeby udawać. Właśnie w takich miejscach ich znalazłem. Potem poznałem też paru furrysów osobiście i teraz mi trochę wstyd, bo byłem dla nich niemiły. Właśnie przez to, że jako mangowiec byłem zakompleksiony. A potem pisząc Jetlag, zrozumiałem, że ja właściwie tych furrysów bardzo lubię, że oni mi w jakiś sposób imponują.

Myślę, że ludzi, o których się pisze, w jakiś sposób trzeba kochać.

Ja wszystkich moich bohaterów bardzo pokochałem, mimo że potem czytałem o nich w recenzjach różne rzeczy, że to degenerat, a to jakaś debilka, kabotyn, kretyn. To jest wszystko prawda, bo to są zwykli ludzie, mają zwykle problemy, zwykłe wady, a jednocześnie ich bardzo kocham. Siedzą w mojej głowie, więc muszę ich kochać. I myślę, że bez miłości do tego człowieka, nawet zmyślonego, nie da się dobrze pisać. Bo inaczej będziemy się wywyższać.

Końcówka Jetlagu jest o miłości. Chciałam nawet spytać dlaczego, ale teraz już wiem.

Ja wierzę w miłość. Jetlag jest książką o miłości. Bardzo mi się podoba, że jeżdżę teraz po kraju i na spotkaniach autorskich i afterkach dużo rozmawiam o tej miłości z różnymi ludźmi. I ile ludzi, tyle poglądów. Na miłość! To bardzo ciekawe doświadczenie. Raz słyszę, że ta miłość, co ją opisuję, to jest taka banalna jak z telenoweli i pewnie sobie jaja robię. Nie, nie robię! Innym razem, że prawdziwa miłość inaczej wygląda, bo prawdziwa miłość jest polem bitwy; coś wspaniałego! W życiu bym nie przypuszczał, że rok 2014 spędzę na podróżach, piciu alkoholu i spieraniu się o miłość.

A wierzysz w pokolenie jetlag? Bo może to zacznie funkcjonować jako neologizm. Pokolenie X, pokolenie Y, pokolenie Jet – zamiast Zet.

O rety, jak redaktor Kwaśniewski w RDC powiedział „pokolenie Jetlag”, to myślałem, że się przewrócę. To było tak, że ja pracowałem we Wrocławiu, a mieszkałem w Szczecinie i jak wracałem, to czułem się tak strasznie zmęczony, bo tam jest różnica ciśnień, inny klimat. Na południu jest inny klimat niż na północy i wracając, czułem się taki zupełnie zgniły. Pomyślałem sobie, że tak się czuje człowiek, jak ma ten cały jet lag, jak się wychodzi z samolotu. Strasznie mi się to słowo spodobało. William Gibson na początku Rozpoznania wzorca opisuje bohaterkę, która z Ameryki przyjechała do Londynu i zmaga się ze skutkami zmiany czasowej. I Gibson ma na to wytłumaczenie: „Dusze nie potrafią poruszać się tak szybko i zostają w tyle, i trzeba na nie czekać, po przybyciu, jak na zgubiony bagaż”. Pomyślałem sobie „wow, on to jest jednak poeta”, zupełnie nieironicznie. Bardzo polubiłem to słowo, ono się przylepiło do mnie i zacząłem dużo o nim myśleć, bo miało taki wielki potencjał jako metafora. Na przykład tego, co się stało z nami wszystkimi, jak nas wszystkich w 1989 przerzuciło w inną strefę kulturową, nagle się wszyscy na Zachodzie znaleźliśmy. Mamy komunizm taki straszny, tutaj ocet na pólkach, nagle – wow! – hamburgery, MTV. I takie wyjaśnienie tytułu umieściłem na okładce.

Słuchałam tej audycji. Trochę mnie zdziwiło, jak usłyszałam, że chodziło o to przerzucenie z jednej strefy kulturowej do drugiej. Wiesz, myślałam, że ty to jesteś poeta, a jednak…

Jedno się nie musi kłócić z drugim!

Sądziłam, że jetlag postaci (która nie jest nawet żadnym ja, a tylko ty, a ty jest przecież strasznie abstrakcyjne, wyizolowane, samotne) to jest różnica między kimś, kto jest permanentnie oddzielony od rzeczywistości, a tymi którzy się bardzo dobrze zasymilowali. Że to egzystencjalne jest. A ty mówisz: „A to proszę państwa jest przełom, transformacja”.

Ale ta metafora egzystencjalna jak najbardziej działa, bo to jest taki piękny i pojemny termin! A „jetlag jako transformacja ’89” to tylko kolejna z możliwych metafor, która była mi akurat potrzebna, żeby coś intrygującego na okładce napisać, bo nie chciałem streszczać fabuły. Sławomir Shuty, z którym spotkałem się na festiwalu Ha!wangarda w Krakowie, zauważył, że ten myk z definicjami na okładce to jest z jego Zwału i musiałem się przyznać, że pewnie tak było. Książka Shutego mnie wprawdzie bardzo zdenerwowała, ale i była dla mnie bardzo ważną lekturą i Jetlag pisałem w pewnym sensie jako „Anty-zwał”. U niego np. nie wiadomo, jakiej muzyki słucha główna postać, u mnie to jedyne, co o niej wiadomo. W ogóle tym tekstem na okładce, który jest dziełem osobnym, ale – czego niby byłem świadomy – jest nadrzędny wobec książki, może zdefiniować jej odbiór, zrobiłem sobie małą krzywdę. Bardzo nie chciałem napisać „powieści pokoleniowej”, raczej „środowiskową” czy wręcz „klasową”, o tej mojej ukochanej „biurowej klasie średniej”, ale to słowo „pokolenie” jakoś mi się wymknęło na okładce. I to trochę sformatowało dyskusję. Ale na koniec myślę, że jednak nie można tych dyskusji prowadzić bez poruszania kwestii pokoleń.

Czyli można to czytać pokoleniowo? My jesteśmy pokolenie X, które jakby trochę nie pasuje do dziś, choć się stara. Bycie X polega między innymi na pamiętaniu błotnistych  nieużytków, po których się chodziło na wagary, na spacer, na tym, że nie myślało się na studiach, gdzie się pójdzie do pracy, że miało się to miejsc na marzenia, o których ty też w Jetlagu mówisz, że nie widziało się siebie w tych trybach, w których się będzie żyć, a już na pewno się o nich nie marzyło. Nie myślało się o tym, że będzie kryzys, że będzie się żyło pracą od etatu do etatu i tak dalej. A bycie Y oznacza yes, czyli zgodę. Bo to jest jedyny świat, nie ma już innego. Chyba w modzie tylko – na buły i drinki w słoiku. Można to kontestować, można się wypisywać, ale czy to jest jetlag?

Ta cała pokoleniowość jest sprowadzona do zbioru wspomnień i najłatwiej zgadać się z kimś ze swojego pokolenia, właśnie umawiając się na nostalgia trip. Redaktor Kwaśniewski mnie przepytywał, czy pamiętam lata 80. Pamiętam je bardzo dobrze i kiedy w trakcie audycji leciała taka piękna wersja Careless Whisper, porozmawialiśmy sobie o tej piosence, Kwaśniewski najpierw ją pomylił z Last Christmas. Stwierdziłem, że jednak lepiej pamiętam lata 80. niż on. Mam dobrą pamięć i zawsze uważałem to za moje przekleństwo, bo nie mogę zapomnieć różnych rzeczy. Ale różnica pokoleń między mną i redaktorem nie polegała na tym, które piosenki pamiętamy, tylko przez jakie filtry widzimy świat. Poszedłem do radia lansować powieść, a przez większość czasu tłumaczyłem przedstawicielowi poprzedniego, lepiej ustawionego pokolenia, na czym polega prekariat i szkody wyrządzone przez 30 lat thatcheryzmu. I naprawdę nie mógł mi uwierzyć, że dla nas etaty i stabilizacja to wywrotowy luksus, bo dla jego pokolenia korporacja to kaganiec, a frilanserka to wolność. Chociaż mam wrażenie, że mnie trochę podpuszczał. No i czytałem recenzję osoby młodszej…

Zasymilowanej?

..właśnie nie, mam ten problem, że ja się koleguję raczej z ludźmi, którzy patrzą krytycznie na rzeczywistość i ich to będzie uwierało, więc oni też będą odstawać w jakiś sposób. Nie wiem, jak to odbierze osoba zupełnie zasymilowana, wiem, ze czytały to osoby z korporacji, na której życiu nieco oparłem fabułę, i im się to podobało. Zwłaszcza scenki obyczajowe. Mówią – o, takiego człowieka to ja kojarzę. Nie konkretną osobę, ale taki typ.

W każdym razie ta recenzja, pisana przez przedstawiciela millennialsów, których ja złośliwie ustami bohaterki nazywam „muffinami”, była pełna zrozumienia tego, co napisałem. To jest częste pytanie, które mi się zadaje, czy odbiorcami są tylko rówieśnicy. Moim zdaniem nie. Zarówno poprzednie, jak i następne generacje mogą dużo dowiedzieć się o sobie przez porównanie z tym pokoleniem, które opisałem. Sam się uważam za „ostatniego gen X”, wartości pokolenia X są moimi wartościami i w pewnym sensie wyznają je te współczesne trzydziestolatki, których skontrastowałem z postawą millennialsów (bohaterka, mówiąc o tej „muffinie”, mówi o sobie), ale także z pokoleniem, które brzydko nazywam „Generacją PRL”, ludzi starszych ode mnie mniej więcej o dekadę, którzy żyli w schyłkowym PRL-u i na wszystko patrzą dziś przez perspektywę ówczesnych sporów.  I w ogóle zdają się nie rozumieć, o co nam właściwie chodzi. Miałem (i ciągle trochę mam) taką naiwną nadzieję, że Jetlag pomoże im to zrozumieć.

Dlaczego naiwną?

Bo coraz rzadziej wierzę w to, że literatura może coś zmienić.

Tu jest potrzebny jakiś wielki projekt edukacyjny, jakaś chwila refleksji, żeby się wszyscy zatrzymali na pięć minut, jak warszawiacy w rocznicę powstania, i głęboko zastanowili.

Na Wirtualnej Polsce ukazała się bardzo fajna recenzja Jetlaga, długa i wnikliwa, autor wniósł też sporo własnego bagażu i napisał różne rzeczy o naszych rówieśnikach. Co tam się w komentarzach działo! Mnie nie dziwi taki folklor, bo od lat mieszkam w internecie, ale to było bardzo ciekawe, bo tam się zeszli ludzie, którzy nie czytali książki, tylko recenzję, żeby zostawić świadectwo, że są współczesnymi trzydziestolatkami i odnieśli sukces. Że mają domy i samochody, i dzieci, i że ich bardzo krzywdzi, że ten Wiśniewski pisze o ich pokoleniu jako o pokoleniu straconym. To jest ten thatcherowski imperatyw, żeby być zajebistym; a kiedy się jest takim zajebistym to najgorsza rzecz, jaka człowieka może spotkać, to przypominanie mu, że zajebistość to tylko efemeryda, że istnieją całe masy przegrywów i wystarczy, że się potkniesz, a wylądujesz na dnie razem z nimi. Że uciekamy cały czas przed zombie i te zombie w końcu nas zjedzą. I właśnie się przez tę nieustanną ucieczkę nikt nie ma czasu na metaforyczne pięć minut refleksji.

Michał R. Wiśniewski (1979) – publicysta, redaktor naczelny magazynów upadłych „Kawaii” i „Anime+”, popularyzator japońskiej popkultury i fantastyki w Polsce. Publikował m.in. w „Gazecie Wyborczej”, w magazynach „Pulp, „Nowa Fantastyka”, „Kmag”, „Arigato”, portalu next.gazeta.pl, a także w książkach Bond. Leksykon, Seriale. Przewodnik Krytyki Politycznej i Berlin – Pascal Lajt. Prowadzi bloga: Pattern Recognition (mrw.blox.pl) oraz jetlag.com.pl

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Zamknij

Zapisz się na newsletter Krytyki Politycznej
i bądź na bieżąco