Kultura

„Cancel culture” nie istnieje

J.K. Rowling

W jednej kwestii J.K. Rowling nie różni się od Donalda Trumpa czy arcybiskupa Jędraszewskiego. Wszyscy troje nie potrafią zaakceptować, że ich słowa wyrządzają ludziom realną krzywdę. Zamiast tego wolą przekonywać, że to oni są ofiarami polowania na czarownice.


Twitter znów zawrzał. Najnowsza bitwa na platformie, która urosła do rangi centrum internetowego życia, toczy się o cancel culture. I jak to często w przypadku Twittera bywa, jest to dużo zamieszania o nic.

Cancelling pierwotnie był ironicznym sposobem piętnowania nagannych zachowań celebrytów – od niesmacznych żartów po przejawy rasizmu i homofobii. Początkowo funkcjonował głównie wśród czarnoskórych użytkowników Twittera, mając na celu wyznaczenie sławnym i bogatym jakichkolwiek standardów przyzwoitości. Oczywiście indywidualni twitterowicze nie mają mocy, by egzekwować te standardy, i doskonale zdają sobie z tego sprawę. Na tym polega ironia cancellingu. Napisanie Lanie del Rey czy Edowi Sheeranowi, że są „unieważnieni” po niestosownych zachowaniach, nic nie kosztuje – ani postującego, ani unieważnianych. To żart zwykłych ludzi z elit, ale też z samych siebie. „Widzimy was. Jesteście beznadziejni. I jedyne, co możemy z tym zrobić, to wysłać złośliwego tweeta”.

Jak wiele memów, cancelling przeszedł od twitterowej ciekawostki do mainstreamu. W konsekwencji zaczęły się podnosić głosy, że sprawa zaszła za daleko. Że mamy do czynienia z kulturą unieważniania. Kulminacją dyskusji na ten temat był list otwarty opublikowany przez „Harper’s Magazine” i podpisany przez 150 dziennikarzy, pisarzy i aktywistów, w którym autorzy rozpaczają nad losem otwartej debaty. Twierdzą, że śmiałe tezy i odważne dyskusje zastąpił strach przed oskarżeniem o nieprawomyślność.

Temat zawitał też do Polski. Urszula Kuczyńska w artykule poświęconym kulturze unieważniania nazywa ją „momentem, w którym ktoś z powodu jednego fałszywego kroku albo odrębnej opinii nagle przestaje być jednym z nas; kiedy cały jego dorobek przestaje się liczyć, a on sam zostaje uznany za niegodnego naszej uwagi i czasu, i to nawet bez próby zrozumienia go czy choćby rozmowy”.

„Cancel culture”, czyli kultura unieważniania

czytaj także

Jak to jest w praktyce? Przyjrzyjmy się przykładom, które wymienia autorka tekstu. Na tapet wzięła rzekomo unieważnionych Michaela Shellenbergera, Zion Lights, Stevena Pinkera i J.K. Rowling.

Michael Shellenberger to pisarz i aktywista zajmujący się tematyką klimatu i energetyki. Nigdy nie stronił od śmiałych opinii, ostatnio zaś znów zrobiło się o nim głośno, gdy w kilku miejscach opublikował artykuł pod tytułem On Behalf of Environmentalists, I Apologize for the Climate Scare (W imieniu enwironmentalistów przepraszam za panikę klimatyczną), krytykujący polityków, dziennikarzy i naukowców, którzy jego zdaniem sieją panikę w kwestii zmian klimatycznych. Wielu osobom nie spodobało się, że Shellenberger uzurpuje sobie prawo do przemawiania w imieniu enwironmentalistów. Szczególnie że Science Feedback, organizacja zajmująca się weryfikacją medialnego przekazu na temat nauki oraz środowiska, oceniła jego artykuł jako mało wiarygodny. Wkrótce po publikacji tekst został zdjęty ze strony Forbesa, a na Facebooku miał przypięte ostrzeżenie o małej wiarygodności. W odpowiedzi Shellenberger ogłosił, że jest cenzurowany.

Forbes zapewnia, że powodem usunięcia materiału było naruszenie przez autora zasad dotyczących autopromocji. I faktycznie, w tekście gęsto ścielą się odnośniki do nowej książki Shellenbergera. Można to łatwo sprawdzić, bo artykuł opublikowały także między innymi prawicowy Breitbart i libertariańskie Quillette. W mediach społecznościowych udostępniono go setki tysięcy razy. Książka, którą promuje, Apocalypse Never, niecały miesiąc po premierze jest już na liście bestellerów Amazona. Autor z kolei udał się na medialne tournée, udzielając wywiadów choćby Fox News, gdzie wystąpił w talk-show Tuckera Carlsona, konserwatywnego komentatora politycznego znanego z klimatycznego denializmu.

Jeśli unieważnienie Shellenbergera polega na tym, że jego książka świetnie się sprzedaje, a on sam jest rozchwytywany przez programy telewizyjne, to i ja chętnie dam się tak unieważnić.

Zion Lights to środowiskowa aktywistka z Wielkiej Brytanii, która niedawno opuściła szeregi Extinction Rebellion. Połączyła siły właśnie z Shellenbergerem i w czerwcu została dyrektorką w jego think tanku zajmującym się promocją energii jądrowej. Taki transfer był dla niektórych zaskoczeniem. Ale nikt Zion Lights z Extinction Rebellion nie wyrzucił ani nie unieważnił. Jak sama mówi, po prostu zmieniła zdanie na temat atomu.

Steven Pinker, słynny amerykański psycholog i lingwista, znalazł się w ogniu krytyki kilka tygodni temu. Ponad 600 naukowców i studentów podpisało się pod listem otwartym do Amerykańskiego Towarzystwa Językoznawstwa (LSA), domagając się usunięcia go z listy wybitnych członków. Jednym z powodów były tweety, w których bagatelizował zjawiska systemowego rasizmu i seksizmu w Stanach Zjednoczonych. To jednak żadna nowość. Pinker od kilkunastu lat działa na lewicowe środowiska jak płachta na byka za sprawą kontrowersyjnych opinii na temat płci i rasy. W tym czasie zdążył napisać kilka książek, zostać mianowanym jednym z największych współczesnych myślicieli przez „Time” oraz otrzymać zaproszenie do amerykańskiej Narodowej Akademii Nauk.

Kultura unieważniania to problem. Ale nie dla uprzywilejowanych [polemika]

Trudno o kogoś, kto zostałby mniej unieważniony. Nie udało się i tym razem. Po publikacji listu wiele osób stanęło w obronie Pinkera, a jego prestiżowe członkostwo w LSA pozostało nienaruszone.

Wśród ofiar cancel culture Urszula Kuczyńska wymienia też J.K. Rowling. Pisze, że „są osoby gotowe pokłócić się na śmierć i życie o to, czy J.K. Rowling słusznie ma problem z określeniem «osoba menstruująca», a także przekreślić jej dotychczasowy dorobek i aktywność społeczną”. Tylko że problem z Rowling nie polega na tym, że nie podoba jej się jeden termin, ale że od lat szerzy propagandę na temat osób transpłciowych, której nie powstydziłoby się Ordo Iuris. Nina Kuta doskonale wypunktowała problematyczne wypowiedzi pisarki. W podsumowaniu tamtego artykułu napisała, że „nie chodzi tutaj o żadne braki w wiedzy, ale o racjonalizację swoich własnych uprzedzeń i lęków i zamaskowanie ich frazesami o szacunku i solidarności”. To sedno problemu – Rowling jest jedną z ikon współczesnego liberalizmu i sama określa się jako feministka. Ma ogromny zasięg i rzesze fanów. Gdy ktoś taki wykorzystuje swoją platformę, by poniżać i szerzyć kłamstwa na temat ludzi, już i tak narażonych na dyskryminację, to zasługuje na potępienie.

Transfobia J.K. Rowling

czytaj także

Ale nawet mimo unoszącej się wokół Rowling atmosfery skandalu, ciągle czytają ją miliony i pracują z nią wielkie wydawnictwa. Jeszcze w tym roku ukażą się jej dwie nowe książki. Najgorsze, co ją spotkało, jest to, że sprzedaż powieści o Harrym Potterze… dalej rośnie, tylko ostatnio wolniej niż zwykle. Całkiem nieźle jak na ofiarę unieważnienia.

Mamy więc znane i wpływowe osoby, które nierzetelnymi (Shellenberger), kontrowersyjnymi (Pinker) albo wprost transfobicznymi (Rowling) wypowiedziami ściągnęły na siebie gniew lewicowych środowisk, głównie na Twitterze. Jednocześnie żadnej z tych osób nie spotkały poważne konsekwencje. Nikt, wbrew temu, co twierdzi Urszula Kuczyńska, nie unieważnił ich dorobku.

Ktoś mógłby powiedzieć, że autorka po prostu dobrała niefortunne przykłady. Owszem, czasem zdarza się, że ktoś za sprawą odpowiednio długich i głośnych nacisków faktycznie zostaje wyrzucony z obiegu. Richard Spencer był kiedyś jednym z przywódców amerykańskiego alt-rightu. Dziś nie może mieć kont na Twitterze ani YouTubie. Nie stać go też na adwokata. Podobny los spotkał Milo Yiannopoulosa. Onegdaj naczelny celebryta i skandalista zachodniej prawicy stracił dostęp do Facebooka i Twittera, a wydawnictwo Simon & Schuster zrezygnowało z publikowania jego książki. Dziś jest bankrutem i odciął się od niego nawet Breitbart. Niedawno do grona faktycznie unieważnionych dołączył też Graham Linehan. Scenarzysta Ojca Teda i Techników-magików od lat nie pojawiał się już w napisach końcowych nowych produkcji, bo zajmował się głównie transfobicznymi kampaniami na Twitterze. W czerwcu wreszcie – po latach zgłaszania jego tweetów przez społeczność LGBT – Twitter usunął jego konto.

Jeśli kultura unieważniania ma polegać na tym, że bigoci tracą megafon, którego używali do szerzenia nienawiści, to… chwilo, trwaj! Ale to ekstremalne przypadki. Tymczasem regułą stało się, że kiedy ktoś lamentuje nad cancel culture, to wystarczy bliżej się temu przyjrzeć i narracja o lewicowej policji myśli rozsypuje się jak domek z kart.

James Damore, wyrzucony z Google za publikację manifestu, w którym argumentował, że kobiety mają gorsze biologiczne predyspozycje do pracy programisty? Miał być męczennikiem walki z kulturą unieważniania, ale szybko przegrał sprawę przed Narodową Radą Stosunków Pracowniczych (NLRB), a potem sam wycofał pozew sądowy przeciw Google.

Kevin Hart, który stracił szansę na prowadzenie gali Oscarów, kiedy wypłynęły jego homofobiczne żarty sprzed lat? Odmówił przeproszenia, swoich krytyków nazwał trollami, a kilka miesięcy później był już na Netfliksie z nowym stand-upem, a bilety na jego występy wyprzedawały się na pniu.

Hochschild: Przede wszystkim musimy aktywnie słuchać

Może James Bennet, który musiał zrezygnować z funkcji redaktora działu opinii w „New York Timesie”, po tym jak gazeta opublikowała tekst republikańskiego senatora? Autor nawoływał Donalda Trumpa do wysłania armii, by stłumić protesty przeciwko policyjnej przemocy. Nawet niektórzy redaktorzy „Timesa” nie kryli swojego oburzenia tym, że taki materiał poszedł do druku, a sam Bennet przyznał, że nawet go nie przeczytał.

I tak dalej, i tak dalej, i tak dalej.

Oburzeni rzekomym unieważnianiem lubią mówić o wolności słowa. Ale słowa mają konsekwencje. Po drugiej stronie manifestu Damore’a są tysiące programistek, które zaatakował swoją retoryką. Po drugiej stronie żartów Harta są homoseksualiści, którym przypomniano, że ich orientacja seksualna to dla niektórych powód do wstydu i kpin. Po drugiej stronie tekstu opublikowanego w „Timesie” są protestujący w Stanach Zjednoczonych, którzy boją się, że wojsko otworzy do nich ogień. Wolność słowa nie powinna polegać na tym, że z pozycji przywileju można mówić, co się chce. W Polsce już mamy taką wolność słowa. Dała nam strefy wolne od LGBT i kampanię prezydencką Andrzeja Dudy.

Tak naprawdę nie chodzi o wolność słowa. W Stanach Zjednoczonych ta dyskusja toczy się pod różnymi maskami od lat 80. Wtedy konserwatyści zakochali się w wyśmiewaniu i zwalczaniu „politycznej poprawności”. Kilka lat temu, po aferze Gamergate, za cel wzięli social justice warriors (wojowników o sprawiedliwość społeczną), jak kpiąco określają osoby identyfikujące się z progresywnymi wartościami. Dzisiaj mamy cancel culture, ale to znów ta sama śpiewka. Krzyczenie o cenzurze, kiedy publika wymaga minimum przyzwoitości i odpowiedzialności. W końcu jednak dekady tłuczenia tego tematu przez prawicę przyniosły skutek. Zachodni liberałowie dali sobie wmówić, że problemem są nie oni sami, ale twitterowe tłumy żądające ich głów.

Kultura unieważniania to mit. W tej kwestii J.K. Rowling nie różni się od Donalda Trumpa czy arcybiskupa Jędraszewskiego. Choć stoją po przeciwnych stronach politycznej barykady, to nie potrafią zaakceptować, że ich słowa wyrządzają ludziom realną krzywdę. Zamiast tego wolą przekonywać, że to oni są ofiarami polowania na czarownice. My jednak nie musimy się na to nabierać. Skończmy z rozpaczaniem nad cancel culture. Media społecznościowe, z Twitterem na czele, trapi mnóstwo problemów, od fake newsów, po doxing i prześladowanie. To zjawiska, które w przeciwieństwie do kultury unieważniania nie tylko są zagrożeniem dla jednostek i społeczeństwa, ale też faktycznie istnieją.

***

Wojtek Borowicz – pracuje z technologią i głównie o niej pisze. Publikował między innymi w The Next Web i UX Magazine. Absolwent kulturoznawstwa na UJ.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać