Kultura

„Cancel culture”, czyli kultura unieważniania

Fot. Phinehas Adams/Unsplash, pngegg.com. Edycja KP.

Ktoś z powodu jednego fałszywego kroku albo odrębnej opinii nagle przestaje być jednym z nas, cały jego dorobek przestaje się liczyć, a on sam zostaje uznany za niegodnego naszej uwagi i czasu, i to nawet bez próby zrozumienia go czy choćby rozmowy.


Media społecznościowe zaprojektowane są tak, aby żerować na naszych najniższych instynktach, wcale nie ułatwiając efektywnej komunikacji. Polaryzują, dając początek fatalnej w skutkach kulturze „zaorania” kogoś, kogo uważa się za przeciwnika, a kto wcale nie musi nim być. Ale kultura „orania” to jedno. Na niej wyrosło bowiem coś, co również doskonale znamy, a co bywa w skutkach dużo bardziej brzemienne: tzw. cancel culture, czyli kultura unieważniania.

Czym jest kultura unieważniania? W wielkim skrócie czymś, co tradycyjnie nazywamy odsądzaniem od czci i wiary. Momentem, w którym ktoś z powodu jednego fałszywego kroku albo odrębnej opinii nagle przestaje być jednym z nas; kiedy cały jego dorobek przestaje się liczyć, a on sam zostaje uznany za niegodnego naszej uwagi i czasu, i to nawet bez próby zrozumienia go czy choćby rozmowy.

Jakiś czas temu decyzja pewnego aktywisty, by pójść do pałacu prezydenckiego na spotkanie z Andrzejem Dudą, sprawiła, że Facebook rozgrzał do czerwoności stworzony specjalnie w celu potępienia jego działań hasztag. Hulał po fanpejdżach o wielokrotnie większym zasięgu niż profil niepokornego działacza, który szerzy akceptację i ideę włączania, walczy z fundamentalizmem zakładającym formatowanie ludzi na jedno kopyto.

Duda idzie w zaparte. Nie przeprosił za słowa o LGBT+

Kilka dni po publikacji swojej książki Michael Shellenberger – znany lewicowy działacz środowiskowy – został wrogiem publicznym ruchów ekologicznych, bo nie tylko ujawnił się jako zwolennik energetyki jądrowej, ale też wypowiedział się jasno przeciwko retoryce klimatycznej apokalipsy. Do zacnego grona dołączyła niedawno Zion Lights – i to całkiem dosłownie. Była rzeczniczka brytyjskiego Extinction Rebellion rozpoczęła właśnie współpracę z Shellenbergerem. Grad potępienia posypał się też na Stevena Pinkera, który… poszerował na Twitterze „niesłuszny” artykuł z „New York Timesa”.

Miej wątpliwość

Kultura unieważniania została głównym – choć nienazwanym wprost – tematem listu otwartego, który kilka dni temu opublikował Harper’s Magazine. Pod listem podpisanych jest 150 nazwisk należących do osób z różnych stron rozmaitych barykad: od Glorii Steinem przez Margaret Atwood, Noama Chomsky’ego i Garriego Kasparowa po autora przemówień prezydenta George’a W. Busha – Davida Fruma, Salmana Rushdiego, Anne Applebaum i… JK Rowling.

JK Rowling sama niedawno oberwała bezlitosnym ostrzem cancel culture, stając się w dyskusjach na Twitterze i Facebooku „popularną pisarzyną”, podczas gdy jeszcze kilka miesięcy temu była „poczytną pisarką i autorką bestsellerowych powieści”. Awantura o JK Rowling dotarła i do Polski. W kraju, gdzie osoby transpłciowe wciąż muszą pozywać swoich rodziców, by móc prawnie zmienić płeć, są osoby gotowe pokłócić się na śmierć i życie o to, czy JK Rowling słusznie ma problem z określeniem „osoba menstruująca”, a także przekreślić jej dotychczasowy dorobek i aktywność społeczną.

Transfobia J.K. Rowling

czytaj także

List w Harper’s Magazine nie jest jednak obroną JK Rowling, dotyczy szeregu innych zdarzeń i pobrzmiewają w nim też echa ruchu #metoo. Łatwo byłoby go zbyć jako głos tych, którym zależy na zachowaniu status quo, gdyby nie dwie rzeczy. Po pierwsze, tekst nie zawiera absolutnie żadnych kontrowersyjnych stwierdzeń.

„Ruchy antydemokratyczne rosną w siłę na całym świecie […]. Ale opozycja nie może pozwolić sobie na to, aby okrzepnąć we własnej formie dogmatyzmu i emocjonalnego szantażu – prawicowi demagodzy już teraz wykorzystują je przeciw nam” [tłum. U.K.] – piszą autorzy listu, przywodząc na myśl ostrzeżenia Slavoja Žižka przed pułapkami politycznej poprawności i ograniczeniem, jakim jest postrzeganie rzeczywistości tylko w kategoriach zwycięzców i przegranych oraz przyjmowanie wobec siebie i innych jednoznacznej tożsamości ofiar.

„Swoboda wymiany informacji i myśli z dnia na dzień podlega ograniczeniu. I jakkolwiek spodziewamy się tego ze strony radykalnej prawicy, to instynkt cenzorski zaczął przenikać głębiej w tkankę społeczną: brak przyzwolenia na istnienie przeciwnych poglądów, moda na publiczne zawstydzanie i ostracyzm, skłonność do sprowadzania skomplikowanych kwestii politycznych do ucinających debatę, moralnych pewników” – czytamy dalej w liście.

Nic specjalnego – prawda? Zwykła obserwacja społeczna; prośba, by nie kopać między sobą rowów głębszych, niż to naprawdę potrzebne.

A jednak pierwsze reakcje na list to – co znamienne – oburzenie, że podpisała się pod nim JK Rowling. Dlatego być może Jonathan Freedland ma rację, gdy pisze w „The Guardian, że „opublikowany w Harper’s Magazine list jest tym rzadkim przypadkiem, kiedy reakcja na niego lepiej dowodzi konieczności jego powstania niż sama treść”.

Chybiony jest też zarzut, że lista jego sygnatariuszy to sami pomazańcy losu, korzystający ze swojej uprzywilejowanej pozycji społecznej. Owszem, wciąż żyje im się lepiej niż przeciętnej Kowalskiej, ale czasy, kiedy hołubiła ich władza, minęły.

„Ograniczenie debaty, bez względu na to, czy przez represyjną władzę, czy nietolerancyjne społeczeństwo, zawsze kończy się krzywdą tych, którzy władzy nie mają, i utrudnia wszystkim uczestnictwo w demokratycznych procesach. Złe idee pokonuje się poprzez ich obnażenie, bitwę na argumenty i przekonywanie, a nie uciszanie czy przemilczanie. Odmawiamy dokonania fałszywego wyboru pomiędzy sprawiedliwością i wolnością, jedna bez drugiej nie istnieje” – piszą autorzy listu.

Bo, wiecie, ci „unieważnieni” po odtrąceniu przez własne środowiska nie będą nawet musieli szukać nowych sojuszników. Nowi sojusznicy sami ich znajdą. To my powinniśmy się zastanowić, czy naprawdę mamy ochotę zasilać ich szeregi odtrąconymi „zdrajcami” stuprocentowej poprawności.

***
Urszula Kuczyńska jest absolwentką lingwistyki stosowanej na UW, studiów z zakresu języka chińskiego i kultury Chin na Zhejiang University of Technology oraz studiów podyplomowych w Kolegium Gospodarki Światowej przy warszawskiej SGH.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać