Kultura

Kultura unieważniania to problem. Ale nie dla uprzywilejowanych [polemika]

Sójka

Bez względu na to, ilu byłych fanów Harry’ego Pottera będzie wzywało do zaprzestania finansowego wspierania Rowling, nie umniejszy to jej baśniowej fortuny. Zła reputacja, która będzie się za nią w pewnych kręgach ciągnąć, zostanie zrównoważona chlebem i solą, którymi Rowling powitają zawodowe transfobki i transfobowie polityki i kultury.

Ciskanie gromów, że oto mamy do czynienia z cancel culture, „kulturą unieważniania”, przypomina lament, że poprawność polityczna wiąże usta tym, którzy nie boją się mówić otwarcie i szczerze. Szkoda, ponieważ jest to ważna kwestia, która wymaga krytycznego namysłu. A ten spotykamy rzadko. Częściej słyszy się oburzenie i alarmistyczno-apokaliptyczny ton, którego dobrym przykładem jest opublikowany niedawno na łamach Krytyki Politycznej tekst Urszuli Kuczyńskiej.

„Cancel culture”, czyli kultura unieważniania

czytaj także

Tego typu krytyka kultury unieważniania dotyczy zazwyczaj konkretnej ofiary lub ofiar internetowego motłochu. Inspiracją dla tekstu Kuczyńskiej jest morze krytyki i ocean rozczarowania, z którymi spotkała się ostatnio w internecie autorka, aktywistka i filantropka J.K. Rowling, znana przede wszystkim jako autorka serii o Harrym Potterze, a ostatnio również z transfobicznych wypowiedzi na Twitterze.

Dla niewtajemniczonych: w ostatnim miesiącu J.K. Rowling sprzeciwiła się określeniu „osoba menstruująca”, wzięła w obronę esencjalistyczne rozumienie różnicy płciowej, a w odpowiedzi na krytykę, z którą spotkała się w mediach społecznościowych, opublikowała manifest zawierający liczne stereotypowe i krzywdzące poglądy na temat osób trans (dokładnie opisane tutaj). To wywołało z kolei nową falę oburzenia i krytyki, która spadła na Rowling szczególnie ze strony kręgów progresywnie lewicowych i aktywistycznych.

Czytając Kuczyńską, odnieść można wrażenie, że nic się nie stało. Nie podaje ona przyczyny, dla której Rowling stała się „popularną pisarzyną”, podczas gdy jeszcze kilka miesięcy temu była „poczytną pisarką i autorką bestsellerowych powieści”. Stało się zaś tyle, że jedna z najpopularniejszych i najbardziej rozpoznawalnych kobiet światowej literatury, mająca jakieś 16 milionów obserwatorów na Twitterze, rozpowszechnia poglądy, które stanowią żyzną glebę dla wzrostu uprzedzeń i okrutnych – w tym tych w majestacie prawa – form napastowania osób trans.

Stało się też tyle, że w ciągu kilku tygodni manifest o płci Rowling stał się materiałem, na który powoływali się republikańscy politycy w Oklahomie jako argument przeciwko wprowadzeniu ustawy mającej rozszerzyć prawną ochronę przed dyskryminacją również na tożsamość płciową.

Kuczyńska jest doskonale świadoma tego, że słowa, które padają w internecie, nie są niewinne. O tym wszak jest jej tekst. Zaskakuje więc, że milczy o istotności słów Rowling. Zamiast tego zauważa, że „w kraju, gdzie osoby transpłciowe wciąż muszą pozywać swoich rodziców, by móc prawnie zmienić płeć, są osoby gotowe pokłócić się na śmierć i życie o to, czy J.K. Rowling słusznie ma problem z określeniem »osoba menstruująca«”.

Fakt, że zamiast o „ustaleniu” wciąż mówi o „zmianie” płci, wskazuje na jej brak obeznania z tematem. Osoby trans zazwyczaj rozumieją tranzycję nie jako dobrowolną zmianę płci z jednej na drugą, ale próbę uzyskania uznania jako reprezentujących płeć, z którą się identyfikują. Reszta wypowiedzi świadczy o zwyczajnej nieczułości.

Transfobia J.K. Rowling

czytaj także

Jako głęboko zaszafowana osoba trans, która ze względu na warunki rodzinne i zawodowe nie mogłaby się zdecydować na tranzycję, nie uważam bowiem, że fakt, jak dramatycznie zły jest stan polskiego prawodawstwa w tym zakresie, pozwalałby wszystkie inne spychać poza obszar zainteresowania. Co więcej, mam powody, żeby sądzić – wsparte zarówno na badaniach osób takich jak Dean Spade, jak i na własnych, bolesnych doświadczeniach – że żaden stopień prawnej inkluzji nie zastąpi poczucia, że ludzie, z którymi współzamieszkuję ten kraj, traktują mnie i moją płeć poważnie, a nie jako fanaberię, wymysł i źródło niepotrzebnych kłótni. Są to bowiem rzeczywiście sprawy życia i śmierci (czy też – jak określa to Judith Butler – sprawy „życia godnego przeżycia”). Język, którym jesteśmy określani, w którym się o nas mówi, jest równie istotny dla naszej możliwości przetrwania jak łatwość prawnych procedur tranzycji. Być może nawet bardziej.

Nie chcę tutaj jednak atakować Kuczyńskiej za nieznajomość i brak obeznania z tą problematyką, chociaż wzdrygam się na wykorzystywanie mojego prawnego statusu jako argumentu w obronie kobiety, dla której pozostaję, w najlepszym razie, ofiarą medycznego establishmentu, w najgorszym zaś – seksualnym drapieżnikiem nawiedzającym damskie toalety. W jej tekście martwi mnie jednak bardziej, że o cancel culture można pisać w sposób, który nie wymaga stawania w obronie osób takich jak Rowling czy niekończących się jeremiad nad śmiercią wolności słowa, zabitej przez „wściekłych” z internetu.


Wbrew temu, co Kuczyńska sugeruje, problem kultury unieważniania nie jest bowiem nowy ani związany z rozwojem mediów społecznościowych (przede wszystkim Twittera): te jedynie zapewniły mu większą widoczność i objęły nim osoby spoza przestrzeni, których przede wszystkim dotyczył. Problem w tym, że „ktoś z powodu jednego fałszywego kroku albo odrębnej opinii nagle przestaje być jednym z nas”, jest bowiem endemicznym kłopotem środowisk progresywnych i radykalnych.

Carrie Brownstein, feministyczna artystka punkowa, wspominając o scenie muzycznej riot grrrl wczesnych lat 90., pisze: „Każdy krok prowadził przez pole minowe. Na osobistym poziomie, i to ze strony tych najbliższych tobie i twojej społeczności, groziło ci bycie »zzinowanym« (termin ten opisywał poświęcenie stron fanzinu zachowaniu danej osoby, postrzeganemu jako rasistowskie, seksistowskie, klasistowskie, ageistyczne, transfobiczne czy jakie tam jeszcze). Stałam się boleśnie świadoma siebie jako politycznego zjawiska, ale chociaż cały ten dyskurs wydawał się ważny, nawet niezbędny, to również nas zduszał”.

„Mam wam do opowiedzenia historię”

czytaj także

Wszystko to, o czym pisze Brownstein w swojej wyśmienitej biografii Hunger Makes Me a Modern Girl, to ten sam problem, o którym usiłuje pisać Kuczyńska. To również kwestia „gnojenia” [trashing], któremu amerykańska feministka Jo Freeman poświęciła słynny esej Ciemna strona siostrzeństwa z 1975 roku. To zjawisko, któremu inna amerykańska aktywistka lesbijska Sarah Schulman poświęciła niedawno wydaną książkę Conflict is Not Abuse.

Wszystkie te prace skupiają się na ludzkim koszcie unieważniania, który zazwyczaj nie jest wysoki dla takich osób jak Rowling. Dla Rowling czy dla uznanych profesorów i aktywistów, którzy podpisali list w „Harper’s Magazine” (który prawdopodobnie powstał z inspiracji sprawą Rowling i bez poinformowania o tym jego sygnatariuszy), ryzyko związane z cancel culture jest niewielkie.

LGBT to ludzie. To nasi przyjaciele, współpracowniczki, sąsiedzi, współobywatelki

Bez względu na to, ilu byłych fanów Harry’ego Pottera będzie wzywało do zaprzestania finansowego wspierania Rowling, nie umniejszy to jej baśniowej fortuny. Zła reputacja, która będzie się za nią w pewnych kręgach ciągnąć, zostanie zrównoważona chlebem i solą, którymi Rowling powitają zawodowe transfobki i transfobowie polityki i kultury. Nawet jeśli spotka ją deplatforming (próba niedopuszczenia jej do obecności w mediach i kulturze), to będzie on raczej marginalny niż totalny, a medialna burza wokół jej unieważnienia zapewni jej poglądom medialną widoczność.

Krytyka kultury unieważniania, która sama chce być jakoś ważna, a nie stanowić jedynie wodę na młyn dla tych, którym poczucie własnej progresywności odebrało perspektywę własnego przywileju, powinna zatem skierować się ku realnym jej ofiarom. Chodzi tutaj przede wszystkim o drobnych twórców, aktywistów, autorów, których bezpieczeństwo finansowe powiązanie jest z crowdsourcingowymi platformami (takimi jak Patreon) i dla których wykluczenie ze społeczności za drobną przewinę wiąże się z ryzykiem utraty środków do życia. Szczególnie zaś tych, którzy reprezentują mniejszości i są zazwyczaj, szczególnie w ultraprogresywnych kręgach internetu, traktowani ze zdwojoną czujnością (o podwójnych standardach, z jakimi mierzą się osoby queerowe, warto posłuchać tutaj).

Lepiej więc skupić się na przypadkach unieważniania osób za przewiny znacznie mniejsze niż opublikowanie i propagowanie transfobicznego manifestu. Byłoby na przykład warto napisać o tym, w jaki sposób stare tweety reżysera filmowego Jamesa Gunna zostały wykorzystane przez prawicowe trolle do prowokacji, która o mały włos nie złamała mu kariery. Albo o ciągnącym się od lat sporze o to, czy Natalie Wynn, jedna z popularniejszych transkobiet YouTube, powinna zostać unieważniona za (realne bądź wyimaginowane) niedoskonałości materiału, który przedstawia kiepskie żarty uczynione po pijaku na Twitterze.

Nietrudno jest pisać krytycznie o cancel culture w sposób, który implicite nie wspiera ultrabogatej transfobki. Można temat ten podnosić tak, aby nie równał się on obronie tych, którzy obrony i tak nie potrzebują. Kuczyńska trafnie zauważa, że osoby takie jak Rowling zawsze będą miały gdzie pójść, nawet jeśli w objęcia ludzi rzeczywiście nieprzyjemnych. I to właśnie sprawia, że to nie one są rzeczywistymi ofiarami unieważniania, chociaż szczególnie lubią na nie pozować.

Przyzwoitszym (i politycznie rozsądniejszym) byłoby raczej pochylać nad tymi, którzy padłszy ofiarą internetowego „gnojenia”, rzeczywiście zostali bez niczego.

**

Imię i nazwisko do wiadomości redakcji. Autorka jest osobą trans i pracuje nad doktoratem z zakresu badań nad seksualnością.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać