📖 Książka „Mężczyźni. O nierówności płci” Michała Gulczyńskiego wywołała dyskusję o sytuacji mężczyzn i chłopców we współczesnej Polsce oraz o tym, jak można ich efektywnie wspierać.
🗣️ W opublikowanej na łamach Krytyki Politycznej recenzji Kasia Bielecka zarzuciła Gulczyńskiemu m.in. to, że przedstawia mężczyzn jako ofiary struktur społecznych, a kobiety jako beneficjentki systemu. Adam Pochmara polemizuje z tą krytyką.
⚖️ Spór dotyczy nie tylko relacji między kobietami i mężczyznami, ale także znaczenia klasy społecznej, przemian rynku pracy oraz wpływu współczesnego kapitalizmu na różne grupy społeczne.
👥 W ostatnich latach temat męskiej samotności, zdrowia psychicznego i edukacyjnych nierówności między płciami coraz częściej pojawia się w debacie publicznej, pozostając przedmiotem sporów zarówno na lewicy, jak i na prawicy. Krytyka Polityczna od początku aktywnie włącza się w tę debatę.
W recepcji książki Gulczyńskiego na lewicy padło wiele słów krytyki wobec stawianych przez niego tez oraz interpretacji statystyk. Z wieloma z nich się zgadzam, z częścią niekoniecznie, ale wyzierające z tego obrazka przekonanie – choć niewypowiedziane wprost – że strona lewicowa nie potrzebuje się zmieniać, bo przecież wszystko jest dobrze, a mężczyźni po prostu nie potrafią tego docenić, wydaje mi się niebezpieczne. Nic dziwnego, że mało kto szuka na lewicy odpowiedzi na problemy, z jakimi mierzą się mężczyźni.
Zanim wejdziemy głębiej, trzeba wspomnieć o jednej rzeczy, którą warto mieć na uwadze dołączając do tej dyskusji. Z perspektywy prowincji (z której sam pochodzę) zarówno ja, jak i wszyscy, którzy zabierają na ten temat głos w mediach, a prawdopodobnie nawet ty, który czy która to czytasz – należymy do elity. Kiedy komentatorzy kłócą się o los mężczyzn, rzadko zdają sobie sprawę, że mówią z pozycji ogromnego przywileju kulturowego i społecznego, a zwykle również klasowego. Debata o „kryzysie męskości” stała się towarem luksusowym dla wielkomiejskiej inteligencji. To położenie ma konsekwencje: problemy są opisywane z perspektywy ludzi, których nie dotyczą lub dotyczą w niewielkim stopniu. W efekcie debata produkuje język i diagnozy, które nie przekładają się na działanie.
W opublikowanej na łamach Krytyki Politycznej recenzji Mężczyzn Gulczyńskiego autorstwaKasi Bieleckiej pada zdanie, które doskonale pokazuje, gdzie utknęła dzisiejsza debata: „Wrażliwość społeczna autora ma swój dziwny drugi bok – mężczyźni wychodzą w niej na skomplikowane ofiary rozmaitych struktur, a kobiety zaskakująco często na jednoznaczne beneficjentki systemu”. To świetny punkt wyjścia. Podobny zarzut – tyle że odwrócony – strona prawicowa mogłaby przecież postawić współczesnemu feminizmowi. Obie te diagnozy wydają mi się fałszywe, bo rzeczywistość wymyka się takim prostym podziałom – nie tłumaczą jej ani absolutna dominacja jednej płci, ani czysty konflikt klasowy. Żyjemy w układzie o wiele bardziej wielowymiarowym.
Strach przed cancellowaniem, czyli kto ma się zająć sprawą
Od kilku lat z różnych stron słyszę tę samą tezę: ruchy feministyczne mają swoje zadania, więc jeśli lewica ma zająć się problemami mężczyzn, to muszą to zrobić sami zainteresowani. Brzmi mądrze? Może. Tyle że od lat nic się w tej kwestii nie dzieje. Czy w praktyce nie jest to po prostu kapitulacja i odpuszczenie tematu bez walki? Kto zresztą miałby wyznaczyć ten nowy kierunek, skoro mężczyźni – wzorem kobiet – mają radzić sobie sami? Mężczyźni pozbawieni przywilejów – ci, którzy zawyżają statystyki samobójstw i tyrają na trzy zmiany w podmiejskich magazynach – zwyczajnie nie mają na to kapitału. Brak im czasu, znajomości i siły przebicia, by zakładać fundacje, pisać wnioski o granty czy dobijać się do mediów. Z kolei ci, którzy owe zasoby posiadają, zwykle nie widzą powodu, by się tym zajmować. Dla nich system działa bez zarzutu. Pośrodku nie ma zaś prawie nikogo.
Istnieje również kolejny problem, przez który dzisiejsza lewica woli milczeć, niż zająć się tym tematem na serio. Poruszanie problemów mężczyzn w lewicowym środowisku to wchodzenie na pole minowe. Bardzo łatwo się potknąć, źle sformułować myśli i z miejsca dostać obuchem. Po co ryzykować krytykę własnego otoczenia, skoro można bezpiecznie powtarzać stare, sprawdzone formułki o patriarchacie, które nikomu w bańce nie wchodzą w drogę? W efekcie lewica po prostu o tym nie mówi – i oddaje cały teren bez walki prawicowym populistom.
Warto jednak podkreślić, że do tego grona nie zalicza się Stowarzyszenie na rzecz Chłopców i Mężczyzn. Ma ono swoje ograniczenia i nie naprawi systemu, ale też go nie zepsuje. Nie powinno się go z automatu wrzucać do jednego worka ze skrajną prawicą – co niestety się dzieje. W najgorszym wypadku jest ono nieszkodliwe, a jeśli uda mu się wywalczyć jakąś małą zmianę prawną albo lokalną pomoc, wszystkim wyjdzie to na dobre.
Starcie Anetki-menadżerki z Mateuszem-programistą
Żeby zrozumieć, dlaczego w narracji Gulczyńskiego mężczyźni mogą wychodzić na „skomplikowane ofiary”, a kobiety na „jednoznaczne beneficjentki”, musimy wyjść poza stary schemat wojny płci. Dzisiejszy kapitalizm się zmienił – nie potrzebuje już tylko fizycznej siły przy taśmie produkcyjnej. W gospodarce usług, korporacyjnych procedur i nieustannej komunikacji kluczowe stały się tak zwane umiejętności miękkie: łatwość w budowaniu relacji, elastyczność i zdolność do ciągłego zarządzania emocjami. To jest to, co Robert Chapman w swojej głośnej książce nazywa „Empire of Normality” – narzuceniem jednego, sztywnego wzorca działania ludzkiego umysłu jako jedynego, który ma ekonomiczny sens.
I tu – moim zdaniem – dochodzimy do punktu zetknięcia z patriarchatem. Tradycyjna socjalizacja dziewcząt od najmłodszych lat kładzie nacisk na empatię, odczytywanie sygnałów społecznych, ugodowość i dopasowanie do grupy. W efekcie kobiety – statystycznie rzecz biorąc – są dziś o wiele lepiej przygotowane do spełniania wymogów tego „normalnego” kapitalizmu. Stąd bierze się powierzchowna narracja, jakoby kobiety były beneficjentkami obecnego systemu. To przygotowanie ma zarazem negatywne konsekwencje dla nich samych. Neuroatypowe kobiety mogą być lepiej dostosowane, bo częściej potrafią maskować cechy związane z neuroatypowością, do czego zmusza je socjalizacja. Skutkuje to rzadszym diagnozowaniem ADHD i autyzmu u dziewczynek i kobiet, a co za tym idzie – brakiem potrzebnego wsparcia.
To samo dostosowywanie się do norm staje się dla kobiet szklanym sufitem. System chwali je za to, że są sprawnymi administratorkami i menedżerkami średniego szczebla, a jednocześnie odbiera im realną samodzielność, skazując na nieustającą, wyczerpującą pracę emocjonalną. Z kolei mężczyźni, którzy nie radzą sobie z tymi wymaganiami – bo są neuroatypowi, mają trudności z adaptacją czy nie umieją grać w korporacyjne gry – lub po prostu obserwują to z boku, mogą interpretować pozycję kobiet jako czysty przywilej. Mężczyźni stają się ofiarami, ponieważ to, co ich wyklucza, to nie jedna prosta cecha, lecz toksyczne splecenie klasy, płci oraz stopnia niedopasowania ich mózgów i ciał do rynkowej machiny.
Najbardziej wyrazisty przykład tego konfliktu – zupełnie nieopisany przez poważną socjologię – można śledzić w polskim internecie. Znają go głównie ci, którzy czytają ironiczne wpisy programistów na Wykopie czy Reddicie. To wojna pomiędzy Anetką, menedżerką lub pracowniczką HR (bądź innego zawodu opartego na umiejętnościach miękkich) a programistą Mateuszem.
Ta internetowa przepychanka to w istocie mikrokosmos szerszego napięcia współczesnej epoki. Kim jest Mateusz? To chłopak – nierzadko neuroatypowy – który swój status zawodowy zawdzięcza wyłącznie twardym, technicznym kompetencjom. Anetka to zaś ludzka twarz korporacyjnego aparatu dyscypliny: strażniczka „kultury organizacyjnej”, politycznej poprawności, small talku i arkuszy ocen. Mateusz widzi w niej kogoś, kto bierze pieniądze za nic i próbuje go kontrolować za pomocą społecznych rytuałów, których on sam nie potrafi rozszyfrować. Anetka z kolei widzi w nim jedynie rekord w Excelu lub mail w skrzynce – zasób ludzki, który trzeba zmusić do efektywności. Ten dychotomiczny podział jest celowym uproszczeniem, ale idealnie pokazuje, jak obie te strony potrafią system reprodukować, będąc jednocześnie jego zakładnikami.
Dlatego lepiej nie chwalić bezrefleksyjnie wzrostu odsetka kobiet w IT, jak robi to Kasia Bielecka w swojej recenzji. Entuzjazm wokół „kobiet w IT” ma swój głęboki, niekomfortowy podtekst, o którym nie mówi się głośno. Korporacje zorientowały się, że pracownicy lepiej wpisujący się w neurotypowe standardy są z punktu widzenia zarządzania po prostu bardziej sterowalni niż krnąbrni, nierzadko autystyczni specjaliści. Promowanie tej zmiany nie ma zazwyczaj nic wspólnego z prawdziwą emancypacją. To proces wymiany ludzi niedopasowanych do systemu na tych, którzy sprawnie poruszają się w korporacyjnej matrycy. Obserwujemy narodziny nowej formy patriarchatu: zamiast tradycyjnych figur ojca i męża, nad życiem kobiety władzę przejmuje potęga pracodawcy i rynkowego kapitału. Te figury nie muszą nawet istnieć realnie – ważne, że funkcjonują w głowach.
Licytacja na cierpienie i złudzenie sukcesu
Intersekcjonalizm, czyli pojęcie mające pierwotnie uwrażliwiać na różne płaszczyzny wykluczenia, w praktyce lewicowych dyskusji zbyt często degeneruje się w licytację na cierpienie. Stał się swoistą olimpiadą ofiar, na której na siłę zestawia się rzeczy ze sobą nieporównywalne. Czy robotnik budowlany z Radomia ma w życiu gorzej niż korporacyjna menedżerka najniższego szczebla z warszawskiego wieżowca? Szukanie tutaj jednoznacznej odpowiedzi prowadzi na manowce: próba sprowadzenia tak odmiennych ludzkich losów do jednej, uniwersalnej matrycy sprawia, że cała dyskusja staje się politycznie bezpłodna.
Tę ślepotę wyraźnie widać w feminizmie liberalnym, choćby w debacie o liczbie kobiet na najwyższych stanowiskach. Kiedy w zarządach przybywa kobiet czy rośnie liczba dziekan wśród dziekanów, na samym dole drabiny społecznej nic się nie zmienia. Brak systemowych zmian w najcięższych i najbardziej niebezpiecznych profesjach – w kopalniach, na budowach czy przy wywozie śmieci, gdzie praca niszczy zdrowie i skraca życie głównie mężczyznom – wywołuje u nich głębokie i w pełni uzasadnione poczucie niesprawiedliwości. Widząc promowane w mediach kobiety sukcesu młodzi faceci dochodzą do prostego wniosku: kobietom jest w życiu łatwiej. W ten sposób system kapitalistyczny po mistrzowsku rozgrywa obie strony. Elity pozostają bezpieczne, bo dla utrzymania wyzysku skład płciowy władz rektorskich czy zarządów korporacji nie ma żadnego znaczenia. Mogą tam siedzieć kobiety, mogą mężczyźni – ważne, że elity trwają, mają się świetnie i chronią status quo.
Dlatego w tym zredefiniowanym układzie zmienia się także figura strażniczki systemu. W klasycznych analizach socjologicznych to przede wszystkim matka, zamknięta w sferze domowej, reprodukowała patriarchat, ucząc córki uległości wobec mężczyzn. Dziś tę rolę przejęła wielkomiejska karierowiczka. To ona stała się główną ambasadorką i obrończynią nowego ładu, opartego na nieustannej konsumpcji i wyścigu szczurów. Kapitalizm wmawia jej, że ostentacyjny konsumpcjonizm, self-care i nieustanny samorozwój to synonimy wolności. W rzeczywistości ta nowoczesna konsumentka nie jest żadną beneficjentką systemu. Podobnie jak mężczyźni, tkwi w pułapce bez wyjścia: uwiązana kredytem hipotecznym, zmuszona do pracy ponad siły, byle tylko utrzymać iluzję statusu wykreowaną przez media społecznościowe. Broni mechanizmu, który ją wyzyskuje, bo dostała w zamian złudzenie uczestnictwa w czymś ekskluzywnym.
To, czego nie widać z lewicy
Istnieje w książce Gulczyńskiego wątek, który konsekwentnie znika ze wszystkich krytycznych polemik. A to właśnie on idzie całkowicie w poprzek publicystycznej tezy, jakoby poglądy autora były pożyteczne dla skrajnej prawicy. Chodzi o kwestię mężczyzn i chłopców pochodzenia imigranckiego, w tym tych na granicy polsko-białoruskiej. O tych ludziach współrządząca lewica woli dziś milczeć, prawica zaś traktuje ich wyłącznie jako zagrożenie. A to przecież temat z gruntu lewicowy, dotykający humanitaryzmu. Gulczyński celnie punktuje mechanizm, w którym dorośli mężczyźni stają się w społecznej hierarchii empatii mniej ważni, niż medialne hasło „kobiety i dzieci”. Dotyczy to zarówno migrantów na granicy wschodniej, jak i Ukraińców, którzy z racji wieku poborowego mają zakaz opuszczania kraju, mimo że ich rodziny znalazły schronienie w Polsce.
To, że Gulczyński – kojarzony z poglądami, które łatwo zaszufladkować jako prawicowe – pochyla się nad tym problemem, zasługuje na wyraźne odnotowanie. Wymyka się to tradycyjnym podziałom politycznym. Odsłania bowiem znacznie ważniejszą prawdę: struktura współczesnego świata sprawia, że najbardziej brutalne, fizyczne koszty kryzysów geopolitycznych i ekonomicznych spadają na barki najmniej uprzywilejowanych mężczyzn. I jest to reguła niezależna od tego, czy mówimy o wojnie, kryzysie migracyjnym, czy codziennej pracy w morderczych warunkach.
W tym świetle staje się jasne, że we współczesnym kapitalizmie nie da się oddzielić kwestii klasowych od płciowych. Narracja skupiona wyłącznie na tożsamości płciowej jest ślepa na fakt, że korporacyjna menedżerka z Warszawy ma zupełnie inne interesy ekonomiczne, niż sprzątaczka z Chełma. Z kolei tradycyjna, ortodoksyjnie klasowa optyka – ignorująca to, jak kapitalizm formatuje nasze umysły i tresuje nas do rynkowej „normalności” – nie jest w stanie wyjaśnić głębokiej frustracji chłopaków z prowincji. Obie te osie należy analizować symultanicznie. Warto jednak pamiętać, że to pozycja klasowa ostatecznie organizuje i spaja te doświadczenia. Na koniec dnia wszyscy bowiem – niezależnie od płci czy kapitału społecznego – budzimy się w systemie, którego jedynym i bezwzględnym celem jest wyciśnięcie z nas jak największego zysku.
Co dalej – czyli punkt wyjścia do programu pozytywnego dla mężczyzn
Krytykowanie obecnego stanu rzeczy czy osób zajmujących się tym tematem jest łatwe. Jeśli jednak lewica chce odzyskać wiarygodność wśród pomijanych grup społecznych, musi przedstawić realny plan działania – strategię, która zamiast moralizatorskich kazań o tym, jak ludzie mają żyć, zaoferuje im realną pomoc. Jak powinien wyglądać taki program?
Najważniejsze postulaty dotyczące wprost mężczyzn można pogrupować wokół czterech filarów: zdrowia, pracy, edukacji i relacji. Kwestie zdrowia i pracy są już obecne w lewicowych programach i wymagają jedynie odpowiedniego rozłożenia akcentów. Dlatego skupię się na obszarach, które moim zdaniem pozostają niedostrzeżone. Pierwszym jest system szkolnej selekcji, drugim zaś męska samotność – problem zbyt często poddawany polskiej wersji realizmu kapitalistycznego, czyli zrezygnowanemu przekonaniu, że „tak już musi być i nic nie da się zrobić”, albo gorzej – że samotni mężczyźni są sami sobie winni. Poniższe punkty traktuję jako wstęp do dyskusji, wskazując potencjalne drogi rozwiązań tu i teraz, a nie gotowe i zamknięte recepty.
Współczesna edukacja to sprawnie działająca machina selekcji klasowej, na którą nakłada się dziś filtr selekcji neurokognitywnej. System premiuje określone predyspozycje poznawcze, skrojone pod profil idealnego pracownika korporacyjnych biur. Przez specyfikę dzisiejszego patriarchatu mechanizm ten bardziej uderza rykoszetem w chłopców, których ekspresja i dynamika poznawcza nie mieszczą się w tych ciasnych ramach. Konsekwencją jest drastyczny rozjazd płciowy na uniwersytetach, który w kolejnym kroku cementuje upłciowienie struktury klasowej. Poza fundamentalnym postulatem zatrzymania komercjalizacji oświaty, lewica powinna odważnie upomnieć się o system kwotowy i parytety dla mężczyzn na kierunkach strategicznych dla nauk społecznych i zdrowia: psychologii, edukacji czy medycynie. Równolegle musimy rozmontować polską mutację systemu pruskiego. Reforma podstawy programowej powinna iść w kierunku stworzenia środowiska przyjaznego dla osób marginalizowanych społecznie, zamiast produkować sformatowane trybiki do obsługi rynkowych procesów.
Kolejnym krokiem musi być rzetelne zagospodarowanie tematu męskiej samotności. Publiczna dyskusja w tym obszarze razi dziś bezradnością: dowodzi jedynie, że Tinder dehumanizuje, incele radykalizują się w sieci, a tradycyjny model matrymonialny bankrutuje. Za tą litanią skarg nie idzie żadna pozytywna kontrpropozycja. O ile idea „państwowego Tindera” – postulowana swego czasu na łamach Klubu Jagiellońskiego – brzmi jak technologiczna utopia, o tyle lewica powinna upomnieć się o powrót do materialnej infrastruktury społecznej. Ratunkiem przed atomizacją jest systemowe wsparcie dla fizycznych przestrzeni ułatwiających nawiązywanie relacji: od lokalnych klubów hobbystycznych po inicjatywy typu slow dating. Potrzeba ta jest paląca zwłaszcza na prowincji, gdzie jedyną ucieczką przed nudą bywa samotne scrollowanie ekranu, a jedyną matrymonialną szansą – skomercjalizowane aplikacje randkowe.
Podsumowując, książka Michała Gulczyńskiego ma jeden pozytywny skutek – wbiła kij w mrowisko i pokazała, że stare, gładkie narracje przestały działać. Rzeczywistość jest o wiele bardziej skomplikowana, a klucz do jej zrozumienia leży w porzuceniu prostych schematów. Jeśli lewica chce ostatecznie zabrać rząd dusz prawicowym populistom, musi wziąć głęboki oddech, wyjść ze swoich bezpiecznych baniek i zacząć rozmawiać z ludźmi takimi, jakimi są – a nie takimi, jakimi chcemy, żeby byli. I zacząć działać. Inaczej ktoś inny zrobi to za nas.
**
Adam Pochmara – autystyczny student informatyki i ekonometrii na UW (wcześniej socjologii i ekonomii międzynarodowej) oraz wiceprezes Koła Naukowego Ekonomii Heterodoksyjnej UW. Zainteresowany naukowo związkami neuroróżnorodności, kapitalizmu i patriarchatu.


!["Odwagi! [o zaangażowaniu młodych]" Dominika Lasota](https://krytykapolityczna.pl/wp-content/uploads/2026/04/odwagi-plomienie-okladka-173x267.jpg)



![Utracony kompas [o europejskiej lewicy]](https://krytykapolityczna.pl/wp-content/uploads/2026/03/plomienie_utracony_kompas-171x267.jpg)



Komentarze
Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.