Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Obserwuj Obserwuj

Spłonęła puszcza. Czy polskie państwo zauważyło?

Na terenach leśnych jest coraz więcej pożarów – największy miał miejsce w maju w Puszczy Solskiej na Lubelszczyźnie. Susza zaś sprawia, że zanikają całe gatunki drzew, nawet świerk. Za tymi zjawiskami nie nadąża polskie prawo.

Firefighter in yellow turnout gear stands in a smoke-filled pine forest, seen from behind.
Walka

Puszcza Solska to ogromny kompleks leśny na Równinie Biłgorajskiej i Roztoczu. Graniczy m.in. z Lasami Janowskimi. Dominują tu żyzne gleby lessowe, ale także ubogie gleby piaszczyste, co powoduje, że drzewostany są dość zróżnicowane. Na słabszych glebach rosną głównie sosny, na lepszych pojawia się dąb, jodła czy buk.

Pożar w Puszczy Solskiej na początku maja 2026 roku był największym pożarem lasu w Polsce od ponad 30 lat, a na Lubelszczyźnie – największym po II wojnie światowej. Objął ponad tysiąc sto hektarów. Spłonął m.in. las, który niebawem miał stać się rezerwatem przyrody Długie Bagno, z żyjącym tu głuszcem.

By zdecydować, jak zadbać o puszczę po majowym pożarze, by miała szansę się odbudować, leśnicy z Regionalnej Dyrekcji Lasów Państwowych w Lublinie pojechali do Kuźni Raciborskiej, gdzie w 1992 roku doszło do podobnej klęski. Na terenie nadleśnictw Rudy Raciborskie, Kędzierzyn i Rudziniec (było to wtedy województwo katowickie) wybuchł pożar, który objął ponad dziewięć tysięcy hektarów lasu. Żywioł rozprzestrzeniał się bardzo szybko, a warunki pogodowe, w tym wiatr i silne upały, utrudniały akcję gaśniczą.

Czytaj także Nie ma antropocenu, jest wielki pożar Richard Heinberg

Dziś z tamtych doświadczeń sprzed lat chcą skorzystać leśnicy z Lubelszczyzny. Powstał specjalny 30-stronicowy dokument wytyczający kierunki działania. Pracowali nad nim pracownicy Regionalnej Dyrekcji Lasów Państwowych (RDLP) w Lublinie, ale też naukowcy, przyrodnicy i przedstawiciele instytucji odpowiedzialnych za ochronę środowiska.

– Oczywiście, nie są to zasady sztywne, bo las to żywy organizm i wszystkiego nie przewidzimy. Ale wyznaczyliśmy sobie kierunki działań na najbliższe lata – mówi Mariusz Kiczyński, zastępca dyrektora do spraw gospodarki leśnej w RDLP. – Wiele osób cały czas do nas dzwoni, pisze, chce nam doradzać, zakładać powierzchnie doświadczalne. To wszystko jest o tyle ważne, że na terenie Polski i całej Europy coraz bardziej doskwiera nam susza i pożarów może być coraz więcej – dodaje.

Bada to Prokuratura Okręgowa w Zamościu. Śledztwo jest prowadzone „w sprawie” – na razie nikt nie usłyszał zarzutów. Jak przekazał mi prokurator Grzegorz Kryk, zastępca prokuratora okręgowego, śledczy wystąpili o opinię do biegłego z zakresu pożarnictwa. Ma być gotowa pod koniec sierpnia.

Pod uwagę brane są dwie główne hipotezy – celowe podpalenie albo samozapłon. Wiadomo, że gdy doszło do pożaru, las był wysuszony, deszcz nie padał od wielu tygodni. Mieszkańcy opowiadali, że ściółka była sucha jak kartka papieru. To dlatego ogień tak szybko się rozprzestrzeniał. – Przesłuchaliśmy około 40 świadków – leśników, mieszkańców, strażaków. Zbieramy dokumentację. Ważnym dowodem są też nagrania z systemu leśnego monitoringu, ze specjalnych czujek, które są w lasach – mówi mi prokurator.

Dać naturze szansę

Leśnicy zdecydowali, że teren pożarzyska zostanie podzielony na trzy części – chodzi o to, by dostosować działania w poszczególnych strefach do kondycji drzewostanów.

Pierwsza strefa to teren, na którym planowano rezerwat przyrody. W tym miejscu leśnicy chcą dać przyrodzie czas, by mogła się tam odbudować sama. Obszar ten został wyłączony z gospodarki leśnej i objęty tzw. ochroną bierną. – To będzie strefa, w której leśnicy ani nikt inny nie będzie prowadził żadnych czynności. Wspólnie z naukowcami i przyrodnikami będziemy tam obserwować procesy naturalne – opowiada dyrektor Kiczyński.

W strefie pierwszej działania leśników mają się ograniczyć jedynie do wykonania zaleceń Straży Pożarnej. – Chodzi o budowę pasów przeciwpożarowych, by w razie pożaru łatwiej było w te miejsca dotrzeć – mówi zastępca nadleśniczego w Józefowie, Adam Kraczek.

W drugiej strefie leśnicy chcą współpracować z naturą. Pozostawią wszystkie drzewa, które są w dobrej kondycji, a które mogą stanowić źródło nasion i naturalnych odnowień lasu jako całości. – Będzie to strefa działań hybrydowych, z wykorzystaniem wszystkich istniejących, żyjących fragmentów drzewostanu, które nie uległy spaleniu – dodaje Kraczek.

Czytaj także Gdy płonie las, wszyscy nagle kochają przyrodę Jakub Szafrański

To rzeczywiście bardzo rozległy obszar, który pozostanie bez jakichkolwiek działań ze strony leśników. Mają się tam toczyć tylko naturalne procesy. Leśnicy zapewniają, że w trudnych sytuacjach, gdy warunki nie będą sprzyjały samodzielnemu odnowieniu lasu, będą dosadzać poszczególne gatunki, by ten proces odnowienia wspierać. – Chcemy spróbować dać naturze szansę, chociaż nie mamy pewności, na ile to się uda – dodaje dyrektor Kiczyński.

Leśnicy wydzielili też strefę trzecią, w której ogień narobił najwięcej szkód. Tu działania będą najbardziej intensywne – już się zresztą zaczęły. Na pożarzysku pracują harwestery i forwardery, czyli sprzęt do wycinania i usuwania z lasu spalonego drewna. Chodzi o drzewa, które na skutek pożaru obumarły i mogą stanowić zagrożenie dla ludzi i dla przyrody. .

Po pozyskaniu tzw. grubizny, czyli drewna grubego, na powierzchni lasu pozostają oczywiście odpady, na przykład wierzchołki i gałęzie. – Będziemy je w przyszłości chcieli zmulczować, czyli zemleć odpowiednimi maszynami razem z wierzchnią warstwą gleby, aby w ten sposób wzmocnić te słabe po pożarze siedliska. Rzecz w tym, aby przy tych dużych powierzchniach wyrębów teren Puszczy Solskiej nie ulegał dalszej erozji – tłumaczy główny nadleśniczy z Józefowa, Urban Kolman.

W strefie trzeciej, jak mówi zastępca nadleśniczego Adam Kraczek, pozostało około 20 proc. drzewostanu w dobrym stanie. – Mamy sporo pojedynczych drzew, które zachowują dobre parametry życiowe i których nikt nie będzie usuwać. Kraczek podkreśla, że w kolejnych latach w nowych nasadzeniach leśnicy będą się starali wprowadzić 20–30 proc. gatunków liściastych.

Straty sentymentalne

Ogień w Puszczy Solskiej objął nie tylko tereny Lasów Państwowych, ale również siedliska prywatne. Chodzi o blisko 200 działek leśnych o łącznej powierzchni ok. 280 hektarów, których właścicielami są lokalni mieszkańcy.

Jedną z takich osób jest Arkadiusz Kozyra. – Mam tam działkę o powierzchni nieco mniejszej niż hektar. Wszystko spłonęło. Większość mieszkańców Łukowej ma tutaj takie działki. Chcielibyśmy wiedzieć, co dalej. Sprzątamy, wycinamy te drzewa, które nie mają w ogóle zielonych igieł. Niektórzy czekali, licząc, że drzewa odżyją, ale już teraz widać, jak jest. Zależy nam na tym, by ktoś nam pomógł w odnowieniu tego lasu, a na razie informacji w tym zakresie nie ma – mówi mój rozmówca.

Zgodnie z Ustawą o lasach właściciel, który wytnie swój las, ma pięć lat, by go odnowić. – Tutaj potrzeba bardzo wielu sadzonek, bo przepisy mówią, że ma być około ośmiu tysięcy krzaków na hektar, co oznacza niemałe koszty. Niektórzy nie mają na to pieniędzy. Ale też chcemy wiedzieć, kto i w jakim zakresie nam pomoże – mówi pan Arkadiusz.

Starosta biłgorajski Andrzej Szarlip mówi mi, że problem jest duży, dlatego napisał do wojewody i do wiceministra klimatu Mikołaja Dorożały apel o wsparcie finansowe dla właścicieli działek. – Wskazałem na problem, ale na razie nie dostaliśmy odpowiedzi. W mojej ocenie chodzi o poważne straty finansowe, ale też sentymentalne dla tych ludzi. Rozmawiałem m.in. z 80-letnim mieszkańcem Łukowej, który przez trzy dni nie jadł, gdy doszło do pożaru. Bo spłonęła jego ojcowizna, całe jego życie – miał tam cztery działki, dbał o drzewa, a dziś nie ma nic. Dlatego uważam, że powinien zostać uruchomiony jakiś rządowy program wsparcia dla tych osób – mówi starosta.

Czytaj także Krajobraz suszy polskiej Daniel Petryczkiewicz

Świerki zanikły w ciągu kilku lat

Prof. Jarosław Socha jest przewodniczącym Komitetu Nauk Leśnych i Technologii Drewna PAN. Na co dzień pracuje na Wydziale Leśnym Uniwersytetu Rolniczego w Krakowie, gdzie pełni funkcję dziekana. Jest też szefem Katedry Zarządzania Zasobami Leśnymi na tej uczelni.

Profesor nie ma wątpliwości, że w dobie zmiany klimatu i coraz częściej występującej suszy państwo musi uaktualnić podejście do lasów i chociaż częściowo zmienić rodzaje drzew, które w nich sadzimy. Bo już dziś widać, że część gatunków wycofuje się, zamiera, i to na bardzo dużą skalę. Z każdym rokiem będzie prawdopodobnie coraz gorzej.

Chodzi m.in. o świerk, którego na części obszarów już praktycznie nie ma. – Na Pomorzu Zachodnim świerk, który był głównym gatunkiem w lasach, w ciągu dosłownie kilku lat został niemal wyeliminowany przez suszę. Bo susza osłabia drzewa. Nie ma transpiracji (transpiracja to proces, w którym drzewa oddają wodę w postaci pary wodnej do atmosfery – przyp. red.), a bez niej drzewo się nie odżywia i nie może sobie tak po prostu trwać. Nie działają wtedy mechanizmy odpornościowe, nie ma siły się bronić. Wtedy też pojawiają się korniki jako szkodniki wtórne. One nie są pierwotną przyczyną tego zamierania, tylko na ogół atakują już osłabione drzewo – mówi profesor Socha.

Podobnie dzieje się z jodłą i sosną, które również zamierają. – Teoretycznie sosna powinna być dość odporna na suszę, ale problem w tym, że coraz częściej pasożytuje na niej jemioła, która transpiruje wodę i osłabia drzewo – dodaje w rozmowie ze mną naukowiec z Krakowa.

Prawo nie nadąża za zmianą klimatu

W jego ocenie dzisiaj, dostosowując się do zmian klimatu, na wystarczająco żyznych leśnych siedliskach można byłoby sadzić na przykład dąb bezszypułkowy, grab, klony lub lipę. Pod uwagę należałoby brać również gatunki obce takie jak sosna czarna czy daglezja – tyle że obowiązujące w Polsce przepisy na to nie pozwalają, bo naturalny zasięg występowania takich gatunków nie obejmuje obszaru Polski.

– Rozmawiamy też o tym, by próbować postawić na gatunki z południa Europy, tak jak już robią to Niemcy, którzy dyskutują choćby o kasztanie jadalnym. Chodzi o drzewa, które dobrze radzą sobie w cieplejszym klimacie. Tyle że na dziś polskie prawo daje nam bardzo ograniczone możliwości. I to na pewno wymaga zmian.

Nie ma co oczekiwać, że nowe gatunki same do nas przyjdą z południa Europy. – One nie przemieszczają się na takie odległości. Niemcy doskonale to wiedzą i już działają. A my? U nas często jest tak, że osoby, które otwarcie mówią o zmianie klimatu, jednocześnie jakby zaprzeczają temu, z czym mamy do czynienia w lasach. Trzymają się kurczowo tych „starych zasięgów” drzewostanu. I nie ma zgody na sadzenie nowych gatunków – mówi prof. Socha.

Podkreśla też, że w Polsce w grę mogłyby wchodzić także nasadzenia bardziej wytrzymałych na wysokie temperatury powietrza klonów czy jarząbów. – Chociaż muszę podkreślić, że np. w Puszczy Solskiej, gdzie doszło do pożaru, gleby są generalnie raczej słabe i tam te wskazywane przeze mnie gatunki prawdopodobnie nie zechcą rosnąć. Ale oczywiście w żyźniejszych miejscach warto próbować. Podobnie jest z grabem, on zresztą już w części lasów zwiększył swój udział i bardzo dobrze mu służyło to, co się działo z klimatem i siedliskami przez ostatnie dziesięciolecia. Grab jest względnie odporny na suszę. Ale już np. buk w znacznej części uboższych siedlisk nie znajduje warunków do rozwoju. Dlatego to trzeba głębiej przemyśleć, bo wprowadzenie takich drzew na nowym terenie wymaga ogromnego nakładu sił i środków, a potem niewiele z tego wynika. Ale bez wątpienia potrzebujemy zmian. Nie możemy wychodzić z założenia „Jest jak jest i przy tym zostańmy” – słyszę od profesora.

Czytaj także Czego nie strawi pożar, spali elektrownia. Gospodarka leśna w Polsce to „biomasakra” Paulina Januszewska

Naukowiec nie ma wątpliwości, że lasy trzeba adaptować do zmiany klimatu. Warto je m.in. zróżnicować pod względem struktury pionowej – by rosły w nich drzewa w różnym wieku, a co za tym idzie – o różnej wysokości.

Kolejna kwestia zdaniem Jarosława Sochy to wzięcie pod uwagę konieczności przerzedzania drzewostanów. – Wiem, że to nie jest popularna opinia, że może ekolodzy się oburzą, ale taka jest rzeczywistość. Gdy drzewa rosną w silnym zagęszczeniu, nie sprzyja to rozwojowi systemów korzeniowych i jednocześnie przyspiesza wzrost na wysokości. A w czasie suszy zwiększa stres związany z brakiem wody.

Profesor opowiada o badaniach korzeni sosen prowadzonych przy użyciu georadaru. – Georadar nam te korzenie skanuje. I wiemy już, że młode sosny mają o wiele dłuższy system korzeniowy niż te 80-letnie, co potwierdza występowanie adaptacji młodszych generacji drzew do pogłębiającej się suszy. Ale patrząc szerzej, musimy zmienić myślenie o lasach, o zasięgach poszczególnych gatunków, o zmieniającym się klimacie. Mam poczucie, że ministrowie i urzędnicy częściowo to rozumieją, odbywają się jakieś spotkania, pewne działania są inicjowane. Ale rozwiązań systemowych, myślenia o przyszłości, a nie tylko o tym, co tu i teraz, jest na dziś stanowczo za mało – podsumowuje Jarosław Socha.

Dziennikarka radiowa, przez ponad 25 lat związana z Radiem TOK FM. Przez ponad 10 lat prowadziła program „Twój problem, moja sprawa”. Laureatka licznych nagród, w tym Korony Równości, Lodołamacza i Grand Press za jeden z reportaży radiowych. Interesuje ją głównie szeroko rozumiana tematyka społeczna, w tym związana z prawami człowieka, pracą, mniejszościami, migracją czy niepełnosprawnością.

Tagi:
Wydanie: 20260806

Komentarze

Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
0
Komentujące wszystkich krajów, łączcie się!x