Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Obserwuj Obserwuj

Kraków zepchnął mieszkańców na obrzeża. Ich gniew może zdecydować o wyniku wyborów

Drożejące mieszkania, korki, słaba komunikacja i klasistowsko zaprojektowana Strefa Czystego Transportu. Na krakowskich obrzeżach narastała złość, która doprowadziła do odwołania prezydenta. Teraz kandydaci będą musieli się z nią zmierzyć.

Dziennikarka
Walka

W korytarzu szkoły podstawowej na obrzeżach Krakowa kroki głucho niosły się po wytartym lastryko. W niedzielę 24 maja 2026 roku przed wejściem do budynku nie było czuć jarmarcznego poruszenia, które zazwyczaj towarzyszy wyborom. Tej energii, gdy ludzie wierzą, że głosują za czymś nowym. W lokalu przebywały w porywach trzy, może cztery osoby. Wchodzili, odbierali kartę, stawiali krzyżyk i wychodzili w milczeniu.

A jednak. Kiedy w nocy spłynęły wyniki, okazało się, że frekwencja przekroczyła wymagany próg 26,98 proc. Oddawane w ciszy głosy złożyły się na dymisję Aleksandra Miszalskiego. Dla jednych była to niespodzianka. Dla innych – dowód, że cierpliwość się skończyła.

Od tego czasu miną zaraz trzy miesiące, ale w mieście wciąż panuje polityczne zawieszenie. W magistracie rządzi komisarz z nadania Donalda Tuska. Jadę więc na obrzeża, aby sprawdzić, jak z tą tymczasowością czują się mieszkańcy. Kluczę w plątaninie jednorodzinnych domów i szeregówek. W miejscach, gdzie w maju zapadały decyzje, które wywróciły miasto do góry nogami.

Wszyscy spotykają się w korku

– Jak komuś chciało się ruszyć z domu, to wiadomo było, że jest przeciwko – mówi Darek, 43-letni taksówkarz, mieszkaniec pobliskiej ulicy. – W drzwiach mijał mnie mój sąsiad, zagorzały pisowiec, który wszędzie widzi unijne spiski. W normalnych warunkach po pięciu minutach byśmy się pożarli, ale wolałem nie zaczynać dyskusji. Poniekąd musiałbym przyznać mu trochę racji.

Darek zza kierownicy taksówki widzi Kraków z innej perspektywy. Ponad 15 lat spędził, kręcąc kółkiem. Na własne oczy obserwował, jak zmienia się miasto.

– Ostatniego krakusa z centrum wiozłem ładnych parę lat temu – żartuje. – Dziś na Floriańskiej ładują mi się do taksówki głównie plastikowe walizki. A w nocy? Turyści, którzy przyjechali na wieczór kawalerski oraz ci z wypchanym portfelem, dla których Kraków to eleganckie knajpy.

Kto miał szczęście odziedziczyć mieszkanie, dawno zdążył przerobić je na krótkoterminowy najem. Z centrum wyparowali studenci i młodzi na dorobku, których nie stać na wynajmowanie 20-metrowych klitek w cenie apartamentów. Zostali zagraniczni nomadzi i garstka odpornych na inflację seniorów, którzy z przyzwyczajenia trzymają się starych adresów. Reszta musiała poszukać sobie nowego miejsca do życia. Kto nie miał szans na własny kąt bliżej centrum, uciekał na obrzeża.

W efekcie ceny działek budowlanych w krakowskich Swoszowicach czy pobliskich Wróblowicach w ciągu pięciu lat wzrosły blisko dwukrotnie. Dziś za ar gołej ziemi trzeba zapłacić tu średnio – jak wynika z ofert – 45 tysięcy złotych. Ludzie szukają ciszy i zieleni, ale władze miejskie, wydając im kolejne pozwolenia na budowę, nie uwzględniły, że z czasem zabraknie tu infrastruktury: ścieżek rowerowych, parków, placów zabaw dla dzieci i szerszych dróg.

Czytaj także Żądam podwyżki cen biletów komunikacji miejskiej Łukasz Łachecki

– I teraz wszyscy spotykamy się tutaj. Stoimy w korku na Myślenickiej. Kilometr w dwadzieścia minut. Zdarza się nawet w sobotę – żali się taksówkarz. – Cała okolica pcha się do centrum tą jedną ulicą. A pasażerowie patrzą w lusterko tak, jakbym specjalnie naciskał hamulec.

Sześć lat temu wylali tu nowy asfalt, postawili latarnie i zrobili chodniki po obu stronach drogi, ale ulica przecież nie jest z gumy, a samochodów wciąż przybywa. Darek zna tę okolicę na wylot. Wie, gdzie gładka jezdnia przechodzi w wypłukane po deszczu dziury. Wystarczy zjechać w boczną uliczkę, aby zobaczyć Kraków, o którym w magistracie zapomniano.

– A komunikacja miejska? Szkoda gadać. Zamiast rozładowywać ruch, potęguje korki – denerwuje się mężczyzna. – Wiem, bo moje dzieci dojeżdżają codziennie do liceum. Autobusy albo podjeżdżają na przystanek jeden za drugim, albo przez pół godziny nie uświadczysz żadnego. Miasto tnie kursy, rozkłada ręce i mówi, że w kasie pusto. No to skąd oni nagle wezmą te miliardy na obiecywane metro?

Spostrzeżenia taksówkarza potwierdza częściowo Mikołaj Sazonov, urbanista i działacz społeczny.

– Swoszowice to ciekawy przykład. Czy jesteśmy w stanie stworzyć dla nich ofertę transportu zbiorowego, która będzie bardziej atrakcyjna niż transport samochodowy? Nie ma co się łudzić, raczej nie – przyznaje ekspert. – To konsekwencje rozwoju przestrzennego, który całkowicie uzależnił mieszkańców od samochodów. Trudno więc oczekiwać, że ludzie nagle z nich zrezygnują.

Sytuacji nie poprawia systemowy chaos. Miasto i gminy ościenne od lat przerzucają się odpowiedzialnością za finansowanie siatki połączeń, która usprawniłaby ruch pomiędzy centrum, obrzeżami i okolicznymi miejscowościami. Gdyby samorządy złożyły się na ten cel wspólnie, wyszłoby to z korzyścią dla wszystkich. Podział kosztów uwolniłby środki na dodatkowe kursy autobusów, które obsłużyłyby mieszkańców całej aglomeracji. Według Sazonova ten pat mogłaby rozwiązać ustawa metropolitalna.

Uporządkowanie finansów to jednak tylko połowa sukcesu. Aby zmniejszyć uzależnienie od samochodów, ekspert wymienia dwa kluczowe warunki.

– Po pierwsze, należy nadać priorytet transportowi zbiorowemu, nawet jeśli wymaga to podjęcia trudnych i niepopularnych decyzji. Po drugie, tak formować miasto, żeby jak najwięcej spraw dało się załatwić na piechotę lub rowerem. Żeby wybór auta był podyktowany jednorazową potrzebą załatwienia czegoś, a nie codzienną koniecznością bez sensownej alternatywy – podsumowuje.

A co z miliardami na metro? Jak tłumaczy Sazonov, inwestycje podziemne są niezbędne, bo naziemna sieć tramwajowa doszła do ściany i kursy z nowych tras po prostu nie zmieszczą się w centrum miasta. Zaznacza jednak, że zejście pod ziemię musi być częścią spójnej wizji dla całej krakowskiej aglomeracji, a na jej realizację trzeba znaleźć zewnętrzne środki.

– Nie ma większego znaczenia, czy nazwiemy to metrem. Ważne, by powstała spójna sieć transportowa i by miasto pozyskało na nią środki zewnętrzne – mówi Sazonov.

Dla Darka wieloletnie plany i urzędowe strategie to na razie jedynie melodia przyszłości. Wrzucenie kartki do urny podczas referendum było jego osobistym wetem wobec dotychczasowej polityki.

Strefa czystych rozczarowań

Sąsiad, z którym Darek wolał nie krzyżować spojrzeń, to Tomasz. Od 22 lat prowadzi małą firmę budowlaną. Na wyłożonym betonową kostką podjeździe przed jego domem stoi biały Fiat Ducato z trzylitrowym silnikiem diesla. Dla niego Kraków to plac budowy, na który codziennie dowozi materiały, sprzęt i ludzi.

– Czym podrzucę chłopakom zbrojenie? Rowerem? – piekli się, odpalając papierosa. – Robią z nas wariatów. Sześć lat temu kazali nam powymieniać piece w domach na gazowe, to posłuchaliśmy. Teraz wzięli się za samochody. Co wymyślą jutro?

Według przedsiębiorcy miarka przebrała się po wprowadzeniu Strefy Czystego Transportu w styczniu tego roku. Granice wylały się na przedmieścia. Żeby jednak uniknąć buntu mieszkańców, urzędnicy wymyślili sprytny system. Jego zasady były proste: jeśli odprowadzasz podatki w Krakowie i wpiszesz swój samochód do specjalnie stworzonej miejskiej bazy danych, miasto przymknie oko na to, co masz pod maską. Dostaniesz wirtualną przepustkę na okres przejściowy, a kamery na granicach strefy nie wystawią ci mandatu. Władza liczyła, że w ten sposób uspokoi negatywne nastroje, ale Tomasz wie swoje.

– Przyzwyczają ludzi i zaraz zmienią przepisy. Córka wybudowała się pięć kilometrów dalej. Na działce, którą dostała od babci. Tuż za zieloną tablicą z napisem „Kraków”. Żałowała później, że się tam zameldowała. Ma Skodę w dieslu z 2011 roku i żeby teraz wjechać do miasta, w którym pracuje, musi zapłacić.

Były prezydent na zwoływanych w pośpiechu konferencjach przekonywał, że Strefa Czystego Transportu to nie fanaberia, lecz konieczność. Opowiadał o europejskich standardach i gonieniu zachodnich metropolii. Tłumaczył, że wyrzucenie starych aut z centrum to jedyny ratunek dla płuc mieszkańców.

Twarde dane były po jego stronie. Według analiz za połowę emisji tlenków azotu odpowiadają rury wydechowe samochodów. Po wygranej walce z piecami to właśnie transport stał się trującym wrogiem numer jeden.

Problemem było jednak to, że – jak wynika z oświadczeń majątkowych – wielu architektów tych zmian wozi się po mieście nowymi SUV-ami. Z technicznego punktu widzenia mają czyste ręce – nowe pojazdy muszą spełniać bardziej rygorystyczne normy emisji tlenków azotu i pyłów. Umknęło im jednak, że taki kolos generuje średnio o 20 proc. więcej dwutlenku węgla niż klasyczny sedan i ogromne ilości pyłów zawieszonych z racji swojej masy. Wystarczy, że pojazd spełnia najnowsze normy. System wita go z otwartymi ramionami, nadając mu status ekologicznego.

Na temacie SCT próbowała ugrać swoje prawica. Politycy tej frakcji grzmieli o „ekoterrorze”, uderzając w dobrze znane antyunijne tony. I choć taka narracja trafiała głównie do ich twardego elektoratu, temat był na tyle nośny, że budził wątpliwości niezależnie od poglądów.

Klasowość nowych przepisów kłuła w oczy już nie tylko lewicowych wyborców i miejskich aktywistów, wyczulonych na społeczne nierówności. Ludzie na osiedlach tłumaczyli sobie, że w tej walce nie chodzi o to, jak bardzo trujesz miasto, ale wyłącznie o to, czy stać cię na wystarczająco drogi samochód.

Tomasz gasi przy mnie papierosa o betonową kostkę i wypuszcza resztę dymu.

– Zresztą, o jakiej ekologii oni gadają? Nam każą kupować nowe auta, a dwie ulice stąd do dziś nie ma kanalizacji i ludzie leją szambo prosto w ziemię – ucina zrezygnowany.

Poszedł na referendum ze złości. Nie z powodu ideologii, choć z prezydentem dzieliło go wiele.

Dorosłość na piętrze u rodziców

Natalia ma 26 lat. Śpi w pokoju na piętrze. Za ścianą co wieczór jej młodsza siostra uczy się do matury. Na dole urzędują dziadkowie, resztę góry dziewczyna dzieli z rodzicami. Ten piętrowy, szary klocek z lat osiemdziesiątych, jakich pełno na obrzeżach miasta, mieści sześć osób. Poranny harmonogram wejść do łazienki musi być tu ułożony co do minuty.

– Ciocia na każdych urodzinach pyta, kiedy wreszcie pójdę na swoje – opowiada dziewczyna. – A ja milczę. Bo co mam jej odpowiedzieć? Wyciągnąć telefon i pokazać stan mojego konta? Zarabiam cztery i pół tysiąca na rękę. Pracuję w korpo od poniedziałku do piątku. Przecież nie pójdę zapytać banku o kredyt, bo algorytm odrzuci mnie, zanim doradca w ogóle otworzy wniosek.

Natalii zostaje wynajem. Oglądała kawalerkę na Ruczaju. 35 metrów kwadratowych – trzy tysiące z opłatami. Jeśli będzie to przelewać obcemu człowiekowi co miesiąc, zostanie jej tysiąc z hakiem. Na jedzenie, bilet i szampon do włosów.

Pod względem tempa wzrostu cen mieszkań i czynszów Kraków bije rekordy nie tylko w Polsce, ale i w Europie. Problemem jest to, że pensje młodych ludzi za tą europejską czołówką nie nadążają.

– Samo miasto nam nie pomaga. Skończyłam studia, więc straciłam wszystkie ulgi. Teraz nawet bilet miesięczny uderza mnie po kieszeni, bo przeskok z 42 do 109 złotych to wcale niemało.
Dziewczyna na chwilę zawiesza głos.

Szybko okazało się, że po ukończeniu 26. roku życia i utracie ulgi podatkowej PIT wypłata Natalii także odczuwalnie stopniała. 

– Wiem, że i tak jestem w uprzywilejowanej sytuacji, bo mam chociaż ten pokój – przyznaje. – Moja koleżanka ze studiów nie miała takiej możliwości, więc po obronie dyplomu spakowała walizki i wróciła do swojego rodzinnego domu w Tarnowie. Z pracą w Krakowie nie jest łatwo. Mnie się poszczęściło, ale umówmy się, korporacja nie jest spełnieniem moich marzeń.

Czytaj także Porażka mimo sukcesów? Krakowska Nowa Lewica po odwołaniu Miszalskiego Jakub Majmurek

Studiując zarządzanie mediami i reklamą na Uniwersytecie Jagiellońskim, Natalia marzyła o pracy w agencji marketingowej. Na zajęciach analizowała duże kampanie, budowała strategie i dyskutowała o rynkowych trendach. Po obronie dyplomu wysłała kilkadziesiąt CV. Odpowiedziała jej cisza.

Nie wiedziała, że weszła na rynek w najgorszym możliwym momencie dla absolwentów. Średnie miesięczne wynagrodzenie w mieście oscyluje wprawdzie w granicach jedenastu tysięcy brutto, jednak z analiz branżowych wynika, że ten wzrost napędzają głównie stanowiska eksperckie i liderskie. Zarobki na juniorskich stanowiskach w usługach wynoszą około sześć tysięcy brutto, co w zestawieniu z rosnącymi kosztami życia nie pozwala na zbyt wiele.

Kiedy Natalia wysyłała CV, zderzyła się ze ścianą, ponieważ liczba ofert dla juniorów rośnie dziś znacznie wolniej niż liczba kandydatów. Gdy w końcu zaproszono ją na rozmowę do jednego z wielkich, szklanych biurowców, nie mogła odmówić. Brała, co było.

– Mój tytuł w stopce to dumnie brzmiące Junior Project Specialist – ironizuje. – Ale praca polega głównie na pilnowaniu budżetów w Excelu i odpisywaniu na maile. Nie wymyślam haseł ani strategii. Pracuję z osobami po zupełnie różnych kierunkach studiów. Przy biurku obok siedzi chłopak po telekomunikacji i dziewczyny po rachunkowości, a i tak wszyscy robimy to samo.

Kraków od kilkunastu lat stoi outsourcingiem. To europejskie zagłębie usług biznesowych, w którym ponad sto tysięcy osób obsługuje procesy dla firm z całego świata. Problem w tym, że i to korporacyjne „eldorado” powoli się kończy. Miasto, które wyrosło na relatywnie taniej, a jednocześnie dobrze wykształconej sile roboczej, staje się dla globalnych przedsiębiorstw po prostu zbyt drogie.

– Takie juniorskie stanowiska idą pod nóż jako pierwsze – wzrusza ramionami. – Po co płacić ludziom w Krakowie, skoro pracownik w indyjskim oddziale zrobi to samo za ułamek tej stawki?

Natalia cieszy się, że nie podzieliła losu znajomych. Nawet gdyby teraz straciła pracę, nikt jej z domu nie wyrzuci. W pokoju z czasów dzieciństwa jest ciepło, a rachunki za prąd i wodę wciąż biorą na siebie rodzice.

– Ale ja się tu duszę – przyznaje. – Życie na obrzeżach to wegetacja. Jedyne, co na naszym osiedlu w miarę działa, to klub seniora.

Gdy zaczęła się zbiórka podpisów za odwołaniem prezydenta, w jej domu nie wywołało to szczególnych emocji. Rodzice wzruszyli ramionami, a dziadkowie powiedzieli, że nie będą głosować przeciwko swojej partii.

– Mama powiedziała, że nie idzie głosować, bo to i tak nic nie zmieni. Czy rządzi ten, czy inny, miasto będzie należeć do deweloperów i urzędasów – mówi dziewczyna. – Ale ja poszłam. Trochę z przekory – dodaje po chwili.

Kto przejmie gniew obrzeży

W referendalną niedzielę Darek, Tomasz i Natalia poszli do urn z zupełnie innych powodów. Prezydenta udało się odwołać. Ocalała jedynie rada miasta, gdzie większość utrzymują politycy Koalicji Obywatelskiej i Nowej Lewicy.

Obecny komisarz Stanisław Kracik nie podejmuje żadnych strategicznych decyzji. Nie cofa starych reform, nie proponuje nowych rozwiązań.

Miasto czeka na nowe otwarcie, ale – jak mówił na łamach Krytyki Politycznej prof. Jarosław Flis – Warszawa gra na czas, bo wybory w środku wakacji nie służą frekwencji i mogłyby zaszkodzić partyjnym interesom. Choć początkowo mówiło się o sierpniu, wybory ostatecznie wyznaczono na 27 września. 

Pytanie, czy teraz, kiedy nowa kampania wreszcie ruszy, kandydaci pofatygują się do Swoszowic, Sidziny czy Tyńca, żeby porozmawiać z mieszkańcami, których złość doprowadziła do tego starcia. Na razie Kraków stoi w miejscu. Jak letnie powietrze tuż przed nadejściem burzy.

**
Jagoda Janicka – absolwentka dziennikarstwa i filmoznawstwa na Uniwersytecie Jagiellońskim. Wrażliwa na problemy grup wykluczonych i bezgranicznie zakochana w kinie zaangażowanym. Członkini Młodej Redakcji Fundacji Współpracy Polsko-Niemieckiej. Fascynuje ją życie kulturalne i polityczne Krakowa, które dostarcza równie dużo materiału do analiz co niepokoju.

*

Dofinansowano ze środków Fundacji im. Róży Luksemburg.

Komentarze

Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
0
Komentujące wszystkich krajów, łączcie się!x