Kraj

Sutowski: Lekcje KOR

Co sprawiło, że grupa zdeterminowanych inteligentów ruszyła z posad bryłę świata? Jaka stąd nauka na dziś?

Czułem, że historia rzuca nam wyzwanie, i uważałem, że musimy temu sprostać. Jakiś pisarz – chyba Paustowski – powiedział, że może się zdarzyć człowiekowi gwiezdny czas, to znaczy taki moment, kiedy można ulecieć w gwiazdy. Jeśli się tę chwilę przegapi, to nie wróci nigdy .

Jacek Kuroń

Czterdzieści lat temu ukazał się Apel do społeczeństwa i władz PRL, którego autorami byli Antoni Macierewicz, Jan Olszewski, Jan Józef Lipski oraz Jerzy Andrzejewski; podpisało go 14 osób – członków-założycieli Komitetu Obrony Robotników. Zapowiedziano w nim organizację jawnej pomocy ludziom represjonowanym po robotniczych protestach z czerwca 1976 roku; autorzy i sygnatariusze dali tym samym wyraz przekonaniu, że „czas sztuki epistolarnej” minęły. Po epoce listów otwartych do władz, a czasem też palenia komitetów przyszła pora na ich zakładanie. Organizacja pomocy prawnej i finansowej dla kilkuset represjonowanych i ich rodzin oraz akcja informacyjna wykiełkowały kolejnymi przedsięwzięciami: Biuletynem Informacyjnym, Biurem Interwencyjnym KOR (prowadzonym przez Zofię i Zbigniewa Romaszewskich), później regularną publikacją dwutygodnika „Robotnik” i całą masą inicjatyw – z Wolnymi Związkami Zawodowymi na czele – które działalność Komitetu zainspirowała. A potem była Solidarność…

Bohaterowie zasługują na hołdy i szacunek, ale ich dzieło – przede wszystkim na zrozumienie.

Przemyślenie tamtego doświadczenia, niemal równie silnie jak Solidarność zmitologizowanego bardzo nam się przyda w ciekawych czasach po zeszłorocznej klęsce III RP. Dlatego warto przy okazji rocznicy przypomnieć „czynniki siły” KOR: co sprawiło, że grupa zdeterminowanych inteligentów ruszyła z posad bryłę świata?

Po pierwsze, prawa człowieka. Podpisany w 1976 roku Akt Końcowy KBWE w Helsinkach wielu „niezłomnych” antykomunistów poczytało za kolejną zdradę Zachodu: oto państwa Wolnego Świata przyklepały prawnie geopolityczne status quo po Jałcie. Tzw. trzeci koszyk porozumień, zawierający zobowiązanie do przestrzegania praw obywatelskich, państwa bloku wschodniego traktowały jak listek figowy – twórcy KOR to wykorzystali, by odtąd łapać władze za podpisane przez nie słowa. Płynęli na międzynarodowej fali, bo język praw człowieka wciągnęły na sztandary – inna sprawa, że instrumentalnie – państwa Zachodu, a konflikt ideowy toczyć się zaczął na niewygodnym dla państw autorytarnych terenie.

Źródłem siły tego języka nie były jednak pieniądze CIA, ani fale Wolnej Europy, lecz zdolność przepisania go na codzienny, życiowy konkret, excusez le mot, zwykłego człowieka. Z abstrakcyjnych i przez mało kogo czytanych dokumentów – Paktów Praw Człowieka i Obywatela, ale także Konstytucja PRL – wywiedziono prawo i możliwości walki o godne i bezpieczne warunki pracy, ochronę przed represjami i prześladowaniem, a przede wszystkim samoorganizację do obrony swych interesów.

Po drugie, antypolityka. Świeży i wówczas adekwatny koncept dla działalności politycznej par excellance: podważał logikę władzy (partia i państwo, przynajmniej nominalnie, decydują o wszystkich sferach życia zbiorowego, więc wszystko jest polityczne) i dawnej opozycji rewizjonistycznej (reformy możliwe są tylko dzięki zmianie kursu partii) na rzecz oddolnego nacisku i samoorganizacji społeczeństwa, zapowiedzianych przez Adama Michnika w Nowym ewolucjonizmie. Przy okazji jakoś osłaniał przed zarzutami o chęć obalenia ustroju i przejęcia władzy (i tak wtedy niewykonalne w świetle doświadczenia Praskiej Wiosny).

Wbrew pozorom nie chodziło natomiast o walkę na linii: autonomiczna jednostka kontra opresyjny kolektyw, lecz o prawo jednostek i grup do zbiorowego samostanowienia – z tradycji KOR-owskiej bliżej do Samorządnej Rzeczpospolitej niż do planu Balcerowicza.

Po trzecie: wizja dobrego, moralnego życia związanego z oporem wobec władzy. Zamianę polityki na moralność z pozycji teoretycznych krytykował już Carl Schmitt, a jej współczesne efekty uboczne („na koniec zaprowadziła dawnych opozycjonistów, Havla i Michnika, na pustynie Mezopotamii”) trafnie wskazał choćby Jacques Rupnik. Wówczas jednak zalety przeważały: idea „życia w prawdzie” sprzyjała trendsetterom nonkonformizmu, otwierała drzwi do sojuszu przeciw władzy z „otwartymi katolikami” (a na zasadzie twórczego nieporozumienia, także z mniej otwartymi…), a dystynkcję („jesteśmy od nich lepsi”) kierowała przeciw bezpiece i nomenklaturze, ale już nie – ludowi pracującemu miast i wsi.

To „życie w prawdzie” budowało KOR-owcom kapitał wiarygodności. Oczywiście nie dlatego, że idea była taka genialna, tylko dlatego, że – znowu – znalazła swój życiowy, praktyczny wyraz w akcji pomocy ludziom prześladowanym i wsparciu tych, którzy chcą się organizować. W kontekście podejmowanych wysiłków, nawet „pochodzenie z establishmentu” (KOR-owcy byli w końcu społeczną kontr-, ale jednak elitą) nie przeszkadzało. Jacek Kuroń wspomina, jak Komitet w oczach robotników uwiarygadniał fakt, że nazwisko jego członka, Jerzego Andrzejewskiego, można znaleźć w encyklopedii.

Wreszcie, kwestia klasowego układu sił. Na rocznicowej konferencji w Fundacji Batorego jeden z twórców KOR przypomniał, że to z robotnikami – klasą nominalnie wiodącą – partia musiała się liczyć, mając w pamięci choćby ten prosty fakt, że to właśnie robotniczy protest wymiótł z politbiura poprzednią ekipę. Świadomi tego byli sami robotnicy („czy się leży, czy się stoi, partia płaci, bo się boi”), świadomi byli inteligencji, którzy latem i jesienią 1976 roku pospieszyli im na pomoc, a potem zaczęli drukować „Robotnika” („żeby przy następnym buncie naprzeciw władzy stanęła zorganizowana klasa robotnicza, a nie zatomizowana klasa robotnicza”, mówił Wojciech Onyszkiewicz).

KOR odwoływał się do całości klasy robotniczej na poziomie języka i symboli, praktycznie pomagał głównie ludziom z jej marginesu (bo w nich najboleśniej uderzała władza), angażował do współpracy jednostki wybitne i najczęściej (jak na Wybrzeżu) jakoś już doświadczone politycznie, ale dla „zdrowego trzonu” masy robotniczej i tak przez długi czas stanowił bandę agentów i prowokatorów.

Angażowanie ludzi do samoorganizacji i kiełkowanie kolejnych instytucji (wolnych związków, konkurencyjnych organizacji niezależnych, uniwersytetów latających, wydawnictw i pism) trwało niemal cztery lata, aż do jakościowego skoku latem 1980 roku – ani to leninowskie „wnoszenie świadomości przez intelektualistów”, ani spontaniczny ruch samoświadomych mas pracujących. To było mozolne wciąganie ludzi – od Celiny Budzyńskiej po Kazimierza Świtonia, od studentów UJ i reżimowych niegdyś pisarzy po tokarzy i spawaczy z wielkich fabryk – w politykę życia codziennego (od obrony zwalnianych z pracy kolegów, przez petycje w sprawie nadmiernego zapylenia, aż po publiczne prostowanie bzdur głoszonych w prasie czy z katedr uniwersyteckich). Tak, p o l i t y k ę właśnie, nawet jeśli nazywaną „antypolityką”, „życiem w prawdzie” czy budową „społeczeństwa niezależnego”.

Zostawiając na boku oczywisty upływ czasu (zmiana struktury i hierarchii społecznej, podważenie autorytetu inteligencji, nowe warunki komunikacyjne, inny parasol geopolityczny), co najmniej dwa główne czynniki siły KOR z drugiej połowy lat 70. są dziś już (bądź jeszcze) nieaktualne.

Po pierwsze, siła nacisku międzynarodowej ideologii praw człowieka – jest większa o tyle, że jesteśmy w Unii Europejskiej i NATO, a nie w RWPG i Układzie Warszawskim, ale wyraźnie ulega fali, mówiąc słowami Victora Orbana, „nieliberalizmu”. W naszym lokalnym kontekście przywódcom na „opinii Zachodu” zależy coraz mniej (bo UE ma większe problemy i traci swój cywilizacyjny powab z lat 90.); Gierkowi pod koniec lat 70. zależało coraz bardziej (rosnące zadłużenie). Sam Zachód, a zwłaszcza Unia Europejska zdaje się ściągać „prawa człowieka” ze swych sztandarów, bo nie są już tak funkcjonalne jak w czasach Zimnej Wojny, a przeszkadzają twardej Realpolitik (casus Turcji).

Wreszcie, przed czterdziestu laty tamten język był nowy i świeży, atrakcyjny dla intelektualistów i przekładalny na codzienny konkret studenta i robotnika, dziś go łatwo dezawuować jako anachroniczną mantrę zdziadziałych dysydentów, narzędzie interesów globalnych sił czy po prostu abstrakcję nieprzekładalną na los „zwykłego człowieka”. Zwłaszcza dopóki, dopóty jakiś ruch czy środowisko nie pokaże takiej konkretnej translacji („kogo i jak broni Konstytucja”) w akceptowanej przez większość praktyce, takiej jak kiedyś obrona bitych i więzionych robotników.

Druga kwestia to delegitymizacja ówczesnej władzy przez kryzys gospodarczy i zawiedzione w oczach społeczeństwa obietnice, połączone z rosnącymi nierównościami (badylarze, nomenklatura, pracujący na kontraktach za granicą…). Gierek zawarł ze społeczeństwem umowę (wcale nie jednostronną), której filary były dwa: dobrobyt będzie rósł, władza nie będzie strzelać. W zamian – naród z partią i pokój społeczny, od święta nawet entuzjazm. „Regulacja cen mięsa i jego przetworów” (czyli podwyżka, ekonomicznie zresztą całkowicie uzasadniona wobec nawisu inflacyjnego) była pierwszym tej umowy naruszeniem, potem następowały kolejne. Polska, zamiast rosnąć w siłę (by ludzie żyli dostatniej), wpadała w pętlę podwójnego zadłużenia, przymus eksportu do strefy dewizowej drenował rynek krajowej konsumpcji, a obietnicę szynki na codziennym stole szlag trafił. Dla władzy, która obok geografii ma za argument wyłącznie dobrobyt, to musiał być potężny cios. Po kilku latach przerw w dostawie prądu, systemu czterobrygadowego i kolejek po masło i cukier nawet sąsiedztwo ZSRR przestało ludzi paraliżować. Ale gdyby ktoś ich zachęcał do buntu chwilę wcześniej, np. wtedy, gdy oddawano półmilionowe (w latach 70.) mieszkanie, płace (przy stałych cenach) rosły najszybciej w historii i otwarto granice z NRD – skończyłby jak nieszczęśni „pietraszewcy” Dostojewskiego, którym ciemni chłopi spalili ich postępowy falanster.

W dzisiejszej Polsce jesteśmy jeszcze na etapie Rodziny 500+, minimalnej stawki godzinowej i obniżonego wieku emerytalnego – czyli trochę jak sfrustrowany Jacek Kuroń po wyjściu z więzienia.

KOR to wielka lekcja polityki sensu stricto – pracy w historii nad kształtem wspólnoty, w imię wybranych wartości w danych warunkach.

Nie można w nowym teatrze zagrać nowej sztuki w starych kostiumach i dekoracjach, ale można spróbować powtórzyć proces tamtego przewartościowania czy, jak to nazwał Dariusz Gawin, „wielkiego zwrotu”. Twórcy Komitetu gotowi byli zakwestionować stare narracje („znakowy” neopozytywizm, rewizjonizm) i wymyślić nowe sojusze (byli komandosi, KIK-owcy, Czarna Jedynka i starsi państwo z PPS) w poprzek swych biografii; zdołali popłynąć na fali nowego, międzynarodowego języka politycznego (prawa człowieka) i przełożyć abstrakcyjne dokumenty i nieratyfikowane nawet pakty prawne na konkret działania wokół siebie (walka o reprezentację pracowniczą i BHP, pomoc prawna dla prześladowanych), a do tego zdołali zbudować wiarygodną narrację moralną – motywującą do empatii i zaangażowania, zamiast wyższości nad bierną hołotą. Wreszcie, dotarli do słabo im w gruncie rzeczy znanej siły społecznej, która w sojuszu z symboliczną kontrelitą zapoczątkowała masowy ruch.

Dużo tego. Takie przypadki w skali świata zdarzają się raz na kilka dekad.

Dlatego też naiwnością byłoby wierzyć, że przekazanie sztandaru, werbalne poparcie dawnych bohaterów i podobne nazewnictwo wystarczą na ruch, który dziś odmieni Polskę.

Tamto doświadczenie trzeba przemyśleć i zrozumieć, o ile nie chcemy, by nasza historia powtarzała się jako farsa.

Lipski-Idea

 

**Dziennik Opinii nr 267/2016 (1467)

Bio

Michał Sutowski

| Publicysta Krytyki Politycznej
Politolog, absolwent Kolegium MISH UW, tłumacz, publicysta. Członek zespołu Krytyki Politycznej oraz Instytutu Studiów Zaawansowanych. Współautor wywiadów-rzek z Agatą Bielik-Robson, Ludwiką Wujec i Agnieszką Graff. Pisze o ekonomii politycznej, nadchodzącej apokalipsie UE i nie tylko. Robi rozmowy. Długie.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.