Michał Sutowski: Instytut Pamięci Narodowej ma w tym roku 600-milionowy, choć liczyli na blisko 700. Dla porównania oficjalny budżet Agencji Wywiadu wynosi 440 milionów złotych, a budżet wszystkich programów Ministra Kultury – na teatr, muzykę, czasopisma i inne – to łącznie 562 miliony złotych. Dużo czy mało wydajemy na tę pamięć narodową?
Adam Leszczyński: Zastanówmy się, co właściwie jako podatnicy dostajemy za te pieniądze. Według mnie to jest kilka rzeczy istotnych, które można by jednak dostać znacznie taniej, oraz szereg rzeczy nieistotnych (albo szkodliwych), które są bardzo drogie. Jeśli chodzi o to, co państwo polskie musiałoby robić i tak, gdyby nawet IPN-u nie było, to na pierwszym miejscu jest opieka nad archiwami. To kosztuje, o ile pamiętam, około 130 milionów złotych rocznie.
Podobno jest tam 19 kilometrów bieżących akt.
Archiwa są gigantyczne i w ten czy inny sposób musiałyby być przechowywane i udostępniane, więc pieniądze na nie i tak trzeba wydać. Drugi konieczny wydatek to poszukiwania i ekshumacje ofiar zbrodni komunistycznych. Dzisiejsze państwo polskie jest im to po prostu winne – trzeba tych ludzi odnaleźć, zidentyfikować i godnie pochować. I to są dwie bardzo ważne rzeczy, które robi dziś IPN i które muszą kosztować. Pytanie brzmi, co dostajemy za resztę, czyli około 450 czy 400 milionów złotych rocznie.
Np. pion śledczo-prokuratorski IPN.
W teorii zajmuje się ściganiem zbrodni popełnionych np. przez reżim PRL. Nawet środowiska wspierające IPN postulowały jego likwidację. Prokuratorzy w IPN-ie zarabiają bardzo dużo…
To źle?
Jestem za tym, by urzędnicy państwowi zarabiali dobrze, ale pensja musi być związana z zakresem odpowiedzialności i nakładem pracy. A tej prokuratorzy w IPN mają bardzo mało, ponieważ sprawcy zbrodni totalitarnych zazwyczaj już nie żyją. Czy ściganie tych zbrodni było efektywne, kiedy jeszcze niektórzy z nich żyli, to inna sprawa, niemniej już nieaktualna. Jeśli by znalazły się jeszcze jakieś przypadki do zbadania i osądzenia, to może się nimi zająć Prokuratura Krajowa, dokąd należałoby IPN-owskich prokuratorów przenieść.
Chyba więcej emocji niż stalinowscy prokuratorzy czy oficerowie śledczy budziła w Polsce kwestia – kto był TW? Co prowadzi nas do kwestii pionu lustracyjnego, przez który toczyły się o IPN największe boje u jego zarania.
Ta sprawa też jest już nieistotna. Wchodzimy w drugą połowę czwartej dekady od końca PRL, więc kto miał zostać zlustrowany, ten został. Ze względów czysto życiowych osoby, których kariera zaczynała się w okresie Polski Ludowej, powoli przechodzą na emeryturę, a już na pewno nie wchodzą po raz pierwszy do polityki. Szanse, że dowiemy się czegoś nowego, są więc bliskie zera, nawet zakładając, że koniecznie chcemy się tego dowiadywać. Dlatego myślę, że z obydwu tych zadań IPN spokojnie można by było zrezygnować.
Natomiast oprócz tego mamy do czynienia z ideologiczną nadbudową tej instytucji, czyli pionem naukowo-badawczym i pionem edukacyjnym. Działają cały czas w duchu polityki historycznej PiS-u – mimo że kolejny rząd, działający od 2,5 roku, ma już inną politykę pamięci. Do tego – może na szczęście! – IPN prowadzi je w sposób niesłychanie mało efektywny.
Co to znaczy?
Przejrzałem ostatnio nowości wydawnicze wydawnictwa IPN i są to przede wszystkim publikacje przyczynkarskie, bardzo niewiele wnoszące, pisane w duchu – sądząc po już tytułach – katolicko-narodowym: Dzieje Kościoła katolickiego w Toruniu w latach 1945–1992. Wybrane zagadnienia; Bishop Gawlina’s Position on Jews during the Second World War; tom 11. zapisków Prymasa Wyszyńskiego…
Ale są też Bezbronni i utracone nadzieje. Ludność cywilna wobec wydarzeń wojennych 1944 roku. Czyli historia od strony cywili.
To mogą być jakoś wartościowe przyczynki. IPN od lat jednak właściwie nie wydaje tekstów, które prowokują naukową dyskusję, nie mówiąc już o zainteresowaniu opinii publicznej. Nie jestem przeciwny ukazywaniu się niszowych prac, ale w tak dużej instytucji powinno panować większe zróżnicowanie ideowe i polityczne, a po drugie – można to robić znacznie taniej. Państwo polskie może i powinno dotować prace naukowe. Istnieje przestrzeń na wydawnictwa źródłowe czy niszowe badania. To jednak nie musi kosztować kilkadziesiąt czy sto kilkadziesiąt milionów złotych rocznie.
Dla porównania dodam, że cały budżet dużego instytutu humanistycznego czy społecznego Polskiej Akademii Nauk, łącznie ze wszystkimi kosztami, utrzymaniem budynków, płacami naukowców itd. to jest kilkanaście milionów złotych rocznie. Jeżeli więc wydajemy w sumie na całą instytucję 600 milionów, do tego obdarzając jej prezesa immunitetem takim jak poselski, to mam wrażenie, że jako podatnicy znacznie przepłacamy.
IPN propaguje też politykę historyczną państwa za granicą, stąd np. to opracowanie o pewnym biskupie w języku angielskim.
Odpowiedzmy więc sobie na pytanie, w jakim celu, jeszcze za PiS-u, został powołany Instytut Pileckiego, dublujący w dużej mierze zadania IPN? Otóż ja sądzę, że PiS również zdawał sobie sprawę z tego, że ta instytucja po prostu bardzo źle działa – abstrahując od tego, jak my będziemy oceniać politykę pamięci PiS.
Pieniędzy nie brakowało, to czemu źle działa?
Nie znam mechanizmów z wnętrza IPN-u, ale patrząc po efektach, mamy do czynienia z niezdolnością wychodzenia poza własną niszę i podejmowania jakiegokolwiek ryzyka, a także biurokratycznym skostnieniem. Patrząc na dorobek publikacyjny IPN-u, widzę niemal wyłącznie bezpieczne z punktu widzenia PiS-owskiej polityki pamięci prace przyczynkarskie, a te anglojęzyczne są wręcz propagandowe. Zwłaszcza te dotyczące relacji polsko-żydowskich w czasie wojny są pisane z tezą: mają budować narrację o bohaterskich Polakach i Polkach pomagających Żydom. Tymczasem rzeczywistość okupacyjna była, jak wiemy z prac niezależnych badaczek i badaczy, bardziej skomplikowana.
Rozumiem, że nie odpowiadają ci ich założenia, ale dlaczego zakładasz, że to musi być nieefektywne w oddziaływaniu na zewnątrz? Że nawet PiS był tego świadom?
Dlatego, że żadna praca na temat relacji polsko-żydowskich w czasie II wojny światowej wydana przez IPN, z całą jego historią, genezą i wpisaną w jego misję polityczną rolą, nie będzie poważnie traktowana w międzynarodowym środowisku naukowym. Zawodowi zagraniczni badacze, do których te prace są adresowane, doskonale wiedzą, jaka to instytucja, więc nie będą ich cytować, ani traktować jako źródła, którego nie można pominąć. Rozumiem, że politycy PiS czuli się lepiej, kiedy ktoś im pokazał książkę po angielsku i powiedział: „daliśmy odpór szkalowaniu Polski”. Ale to są po prostu źle wydane pieniądze, nawet przyjmując perspektywę polityki historycznej PiS-u. Który, przypominam, nie rządzi już od 2,5 roku.
A nowy rząd ma jaką politykę historyczną… wróć, politykę pamięci? Ktoś ją w ogóle zdefiniował?
Oczywiście, mamy np. dokument strategiczny przygotowany jeszcze za czasów Hanny Wróblewskiej i wprowadzony w życie przez nową szefową ministerstwa kultury, Martę Cienkowską. Brałem udział w pracach nad jego powstaniem. Jest publicznie dostępny, można go przeczytać. Ta strategia przykłada wagę do takich wartości jak pluralizm tradycji patriotycznych, demokratycznych i patriotyzm obywatelski, a nie tylko ten militarny, na dodatek z nacjonalistycznym przechyłem. I ja uważam, że publiczne instytucje zajmujące się polityką pamięci powinny, w miarę możliwości, realizować ją w zgodzie z rządową strategią.
Strategia strategią, ale obecny rząd jest koalicyjny. I tak się składa, że najnowszy kandydat na prezesa IPN może zostać wybrany głosami opozycji, czyli PiS i Konfederacji, oraz jednego z koalicjantów, czyli PSL. To by chyba znaczyło, że w rządzie panuje duży pluralizm…
Rozumiem, że to aluzja do listu historyków protestujących przeciwko kandydaturze pana dra Mateusza Szpytmy, dotychczasowego wiceprezesa IPN. Mojego podpisu akurat tam nie ma, ale w pełni popieram jego przesłanie: uważam, że ten kandydat nie zapewni żadnej zmiany w Instytucie, lecz kontynuację złej polityki i złego stylu zarządzania.
A skąd to wiemy?
Dlatego, że Szpytma zajmuje w nim kierownicze stanowiska od wielu lat oraz, podobnie jak poprzedni kandydat, odrzucony przez Sejm prof. Karol Polejowski, był bliskim człowiekiem prezesa IPN w latach 2021-2025, a dziś prezydenta RP, Karola Nawrockiego. I to za czasów pracy dra Szpytmy dochodziło m.in. do eliminacji i wypchnięcia poza IPN – zwolnienia lub zmuszenia do odejścia – mnóstwa badaczek i badaczy, którzy myśleli choć trochę inaczej niż kierownictwo. Jeżeli kogoś się wyrzuca za to, że ma złe wyniki badań, tzn. takie, które się przełożonym nie podobają, to wywołuje to efekt mrożący dla pozostałych. Już wiedzą, że mają prowadzić badania bezpieczne, prowadzące do bezpiecznych wniosków.
A jakiego rodzaju wyniki badań się kierownictwu nie podobały?
Mogę podać dobrze mi znany przykład prof. Adama Puławskiego. Jego badania dotyczyły przede wszystkim stosunku polskiego rządu na uchodźctwie w czasie II wojny światowej do zagłady Żydów. Odkrył on i upublicznił fakty niepasujące do oficjalnej linii w tej sprawie: wynikało z nich, że rząd londyński nie prezentował wystarczającego zaangażowania czy wręcz zainteresowania obroną obywateli RP żydowskiego pochodzenia, traktował ich jeśli nie jak ciało zupełnie obce, to przynajmniej obywateli drugiej kategorii. I że mógł był zrobić w tej sprawie więcej.
Podobnie było w przypadku dra Marcina Zajączkowskiego, który badał stosunki polsko-ukraińskie na Lubelszczyźnie w roku 1945, w tym zbrodnię oddziału Narodowych Sił Zbrojnych na ludności Wierzchowin. Takich przypadków było więcej. Natomiast co do działalności edukacyjnej Instytutu, to dziś gigantyczne pieniądze nie są już nawet wydawane na propagandę historyczną, tylko po prostu „przepalane”.
Co to znaczy?
Mam wrażenie, że przekaz IPN w sferze publicznej, nawet jeśli ma ten sam przechył co poprzednio, jest po prostu mniej widoczny. Być może, choć to tylko hipoteza, środowisko bliskie PiS uznało, że w tym momencie rola przetrwalnikowa – przechowalni dla ludzi prawicy – jest zwyczajnie ważniejsza, więc lepiej się nie wychylać.
To co właściwie szkodzi, żeby sobie tam… trwali w tym IPN?
W obecnej postaci IPN to nie tylko mechanizm transferu pieniędzy publicznych do partyjnego środowiska, ale przy okazji utrzymywanie gigantycznego, a niezbyt efektywnego aparatu, który nie jest w pełni ani urzędniczy, ani badawczy. Wspominaliśmy już, że nawet PiS zdawał sobie sprawę, że IPN nie działa, jak trzeba, więc nie zlecił mu kwestii polityki pamięci na użytek zagranicy, tylko stworzył w tym celu nową, też bardzo kosztowną instytucję, czyli Instytut Pileckiego.
Krytycy zarzucają IPN, że przy rosnącym budżecie – uwzględniając inflację od 2016 roku – zwiększył się o połowę – zatrudnienie zwiększyli minimalnie, natomiast podwoili liczbę pionów organizacyjnych, co powoduje, że stanowisk kierowniczych jest dwa razy więcej. Tu chodzi o synekury?
To akurat może wynikać z faktu, że jeżeli chcesz dać komuś podwyżkę, bo bardzo mało zarabia, ale nie możesz, bo nie pozwala ci siatka płac, to musisz go zrobić kierownikiem. Ale to też problem instytucji, której realnie nikt z niczego nie rozlicza, bo jest tak mocno umocowana prawnie i z prezesem, którego nie sposób odwołać. Uważam, że zostało to źle skonstruowane u podstaw, gdyż w założeniu miało zabezpieczyć przed upolitycznieniem, a stało się czymś, co umożliwiło trwałe upartyjnienie pomimo decyzji wyborców.
W liście historyków mowa jest o radykalnym upartyjnieniu tej instytucji od czasów rządów PiS. Ale czy wcześniej było tak, jak być powinno? Czy IPN wcześniej było instytucją niepartyjną?
Zawsze w mojej opinii miał wyraźny przechył w stronę prawicy, ale z upływem czasu coraz bardziej radykalnej. Jako publicysta wielokrotnie pisałem, że IPN nie powinien w ogóle powstać w tej postaci, tzn. jako hybryda, która jest równocześnie jednostką naukową, edukacyjną, archiwistyczną i jeszcze do tego zajmuje się śledztwami prokuratorskimi. Koncentrowanie tak wielu różnych zadań pod jednym dachem, bez żadnej kontroli, było receptą dokładnie na to, co się wydarzyło. Czyli na upolitycznienie, ideologizację, a w późniejszej fazie przerost, biurokratyczną sklerozę i skostnienie.
Prezesa IPN wybiera Sejm, ale kandydata nominuje kolegium. Ono z kolei wybierane jest przez Sejm, Senat i prezydenta na 7-letnią kadencję. Ale obecne wybrano w roku 2023, czyli za rządów PiS-u.
W związku z czym składa się ono prawie wyłącznie z przedstawicieli czy nominatów obozu Zjednoczonej Prawicy, z dwoma wyjątkami: dra Bartosza Machalicy i prof. Grzegorza Motyki.
Zmiany przed upływem kadencji wymagałyby zmiany ustawy…
…a to jest niemożliwe przy obecnym układzie sił.
Czyli do 2030 roku będziemy mieli, wszystko na to wskazuje, prezesa wybranego de facto przez starą większość parlamentarną. Ale gdyby tak mieć czarodziejską różdżkę do zmiany prawa, to w jakim kierunku reforma IPN miałaby sens?
Uważam, że Instytut powinien zostać zreformowany i podzielony. Z archiwów należałoby zrobić osobną instytucję, zlikwidować pion prokuratorski i lustracyjny. Kwestie poszukiwania szczątków ofiar totalitaryzmu mógłby przejąć np. Urząd ds. Ochrony Kombatantów i Osób Represjonowanych, który należałoby zasilić środkami zaoszczędzonymi w IPN. Natomiast część edukacyjno-ideologiczna powinna zostać radykalnie zreformowana.
To znaczy?
Na jej miejsce należałoby powołać nową instytucję badawczą z zadaniami edukacyjnymi i wydawniczymi, która kosztowałaby znacznie taniej i robiłaby dużo więcej. Jeżeli chcemy uprawiać państwową politykę historyczną – a chcemy z różnych względów, także międzynarodowych – to można byłoby tę nową instytucję połączyć z Instytutem Pileckiego i zrobić jedną instytucję od spraw polityki pamięci adresowanej i na zewnątrz, i do wewnątrz, próbując ją oczywiście zabezpieczyć przed nadmiernym…
Upolitycznieniem?
Raczej upartyjnieniem. Nie ma lepszej recepty na zakusy polityków niż zatrudnienie w niej dobrych badaczek i badaczy, którzy będą potrafili utrzymać niezależność. Obecna konstrukcja, jak się przekonaliśmy, w ogóle tego nie gwarantuje.
Na czym się tak naprawdę skupiała oficjalna polityka pamięci poprzedniego rządu?
Na kwestiach polsko-żydowskich w czasie wojny, z naciskiem na historię ratowania Żydów przez Polaków oraz na opowieści o zbrodniach niemieckich, głównie na użytek polityki ówczesnego rządu wobec Niemiec. Żeby było jasne: badanie np. strat wyrządzonych Polsce podczas okupacji niemieckiej uważam za ważny temat badawczy, tym bardziej że wielu rzeczy jeszcze o tym nie wiemy. Tyle że musi to być robione w sposób uczciwy i bezstronny, a więc i wiarygodny dla naszych zagranicznych partnerów ze środowiska naukowego. PiS tego nie rozumiał. Ani nie chciał, ani nie potrafił tego zrobić. Nawet skutecznej propagandy nie potrafił robić.
To jakie badania powinniśmy prowadzić i jaką opowieść promować z myślą o publiczności zagranicznej?
Myślę, że przede wszystkim powinna to być polityka pamięci kraju, który się nie wstydzi, to znaczy nie próbuje wymazywać albo zacierać złych rzeczy, które się działy w przeszłości, np. zbrodni, które także niektórzy Polacy popełnili na Żydach w czasie okupacji. Po pierwsze dlatego, że oszukiwanie świata po prostu jest nie w porządku, a po drugie, bo to nie zadziała – zbyt wielu jest niezależnych badaczy i badaczek tworzących światowy obieg naukowy na ten temat. Dobrze pokazała to afera wokół nowelizacji ustawy o IPN ograniczającej swobodę badań nad Zagładą w 2018 roku. PiS ją najpierw uchwalił, a potem skończyło się gigantyczną międzynarodową awanturą i de facto jego kapitulacją w tej sprawie. Wydanie kolejnych milionów złotych nie zmieni naukowego konsensusu. Trzeba to w końcu pojąć.
Należy finansować badania i pokazywać w obiegu światowym rzeczy, które są tam mniej znane czy interesujące: złożoność sytuacji polskiej pod okupacją, wielki wysiłek rządu polskiego w Londynie, że byliśmy wtedy jednak filarem wolnego świata, nawet jeśli okupowanym. I że ideały polskiego podziemia były ideałami demokratycznymi, wypływały z wartości świata zachodniej demokracji. Natomiast nie można liczyć na to, że zatrudni się historyków do badania archiwów, a oni potem z przyniosą stamtąd teksty pasujące do politycznego zamówienia. Bo nawet jak przyniosą, to świat i tak tego nie kupi. To nie jest takie proste.
IPN od samego początku miał wyznaczony zakres czasowy tematów, którymi się zajmuje: II wojna światowa i PRL. Czy taka instytucja powinna zajmować się na przykład rządami sanacyjnymi albo z drugiej strony historią polskiej transformacji?
Ja bym chciał, żeby taka zreformowana instytucja, która by powstała na miejsce IPN-u – niech by to był Instytut Badań nad Totalitaryzmami czy Instytutem Badań nad XX stuleciem – zatrudniła naukowców, którzy robią realne badania na poziomie światowym, które są publikowane za granicą. Nie mówię, że obecni badacze z IPN-u w ogóle nie prowadzą realnych badań, ale powinniśmy ściągnąć ludzi, którzy są po doktoracie lub po dobrych stażach podoktorskich na zagranicznych uczelniach. Którzy napisali lub wydali jedną, góra dwie monografie, za to znają zachodni obieg naukowy, są obyci w świecie, są w stanie opublikować teksty w prestiżowym wydawnictwie za granicą. Tym ludziom trzeba dobrze zapłacić i dać im odpowiednie warunki do pracy. I to jest zadanie na lata, więc taka instytucja pewnie przez 3-4 lata lub nawet więcej nie wytwarzałaby dużo, ponieważ dobre badania trwają.
A co powinni, twoim zdaniem, badać, czego dziś jest w polskiej nauce historii za mało?
Ja osobiście, jako i socjolog, i historyk zajmujący się kiedyś historią społeczną PRL-u, zajmowałbym się zmianą społeczną w PRL-u, ale też kwestią stosunków polsko-żydowskich i polsko-ukraińskich w okresie przedwojennym i wojennym, ale w szerszej perspektywie socjologicznej. Oczywiście te tematy są już dość intensywnie badane, ale zwrócę uwagę, że najważniejsze prace w tych obszarach wcale nie wyszły z IPN, lecz spod piór badaczy, którzy mają zazwyczaj bardzo nisko płatne posady na uniwersytetach czy w PAN. Dlatego, notabene, doskonale rozumiem tych historyków, którzy protestują przeciwko likwidacji IPN-u i mówią, że trzeba go tylko zreformować.
Bo liczą, że kiedyś sami dostaną tam pracę?
Uważają, że dzięki tej instytucji, kiedy się ją trochę zreformuje, będą mogli pozyskać jakieś sensowne fundusze na badania. Choć przecież badania historyczne, w porównaniu z tymi w dyscyplinach nauk ścisłych czy przyrodniczych, są bardzo tanie. Nie potrzeba drogiej aparatury, która potrafi kosztować miliony, nie trzeba wielkich laboratoriów. Potrzebny jest laptop, czasem bilet i hotel na kwerendę w archiwum, dostęp do czasopism zagranicznych i narzędzia do badań cyfrowych. Wciąż bardzo niewiele. Potrzebny jest także czas, gdyż te badania trwają.
Rozumiem, że mówimy o perspektywie, która realnie może się otworzyć po 2030 roku? Po końcu kadencji nowego prezesa, kolegium IPN i z nowym prezydentem?
Chciałbym, ale obawiam się, że to się po prostu nie zdarzy. I będziemy sobie żyli po wieczne czasy z niezreformowanym IPN-em, który będzie coraz bardziej kostniał, coraz mniej robił i coraz więcej kosztował.
**
Adam Leszczyński – dyrektor Instytutu Myśli Politycznej im. Gabriela Narutowicza. Historyk i socjolog, profesor Uniwersytetu SWPS w Warszawie. Autor dwóch książek reporterskich, Naznaczeni. Afryka i AIDS (2003) oraz Zbawcy mórz (2014), dwukrotnie nominowany do Nagrody im. Beaty Pawlak za reportaże. W Wydawnictwie Krytyki Politycznej ukazały się jego książki Skok w nowoczesność. Polityka wzrostu w krajach peryferyjnych 1943–1980 (2013), Eksperymenty na biednych (2016), Obrońcy pańszczyzny (2023). W 2020 roku ukazała się jego Ludowa historia Polski.




![Utracony kompas [o europejskiej lewicy]](https://krytykapolityczna.pl/wp-content/uploads/2026/03/plomienie_utracony_kompas-171x267.jpg)



!["Odwagi! [o zaangażowaniu młodych]" Dominika Lasota](https://krytykapolityczna.pl/wp-content/uploads/2026/04/odwagi-plomienie-okladka-173x267.jpg)

Komentarze
Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.