Powiedzmy to na wstępie: produkcja TVP Wojna zastępcza, serial przedstawiający walkę polskich i rosyjskich służb na początku lat 90., nie jest udana. Zgrzebna realizacja, narracja w tempie przystosowanym do preferencji widzów telenowel, tandetna emocjonalność oraz niedbałe oddanie realiów, uniemożliwiające imersję w opowiadaną historię nie tworzą dobrej telewizji.
Jednocześnie serial jest ciekawy z dwóch powodów. Po pierwsze, zarzutów o „powielanie rosyjskiej narracji”, jakie sprowokował; po drugie – z powodu polityki historycznej na temat naszej wewnętrznej polityki lat 90., jaką niezbyt udanie próbuje uprawiać.
Nie ruska propaganda, tylko popularny narracyjny schemat
O powielanie prorosyjskiej narracji serial oskarżyło dwóch byłych oficerów służb: ppłk. Marcin Faliński oraz ppłk. Marcin Korowaj. Zarzucają oni serialowi, że „ośmiesza polskie służby, sprowadzając funkcjonariuszy do poziomu niepoważnych, pogubionych chłopaczków” oraz pokazuje polskich oficerów jako „niekompetentnych, tchórzliwych, łatwo manipulowalnych”. Tymczasem Rosjanie, jak twierdzi Faliński, mają być przedstawiani w serialu jako „działający bardzo profesjonalnie”, a do tego grają ich przystojni aktorzy. Zdaniem Falińskiego osoby odpowiedzialne za produkcję i emisję serialu powinny podlegać kontrwywiadowczemu rozpracowaniu służb.
Obaj oficerowie mają rację, że znajdujemy się w stanie wojnie kognitywnej z Rosją i produkowana w Polsce popkultura nie powinna powielać rosyjskich narracji. Jako osoba, która z pewnością gorzej zna się od obu oficerów na służbach, ale lepiej na serialach, w Wojnie zastępczej widzę nie tyle „rosyjską narrację”, co pewien znany narracyjny schemat: grupa młodych oficerów wkracza na zawodową ścieżkę, a wyjątkowe czasy stawiają przed nimi wyjątkowe zadania. Początek lat 90., gdy Polska zmieniła ustrój, system gospodarczy i dokonała odwrócenia sojuszy, z pewnością był takim wyjątkowym okresem.
Serial zaczyna się w momencie, gdy nowy szef UOP – dawny opozycjonista Roman Sadowski – by zbudować nowe, wolne od wpływów starego systemu służby rekrutuje grupę studentów i świeżo upieczonych absolwentów, aktywnych w schyłkowych latach PRL w organizacjach w typie Pomarańczowej Alternatywy.
Mamy więc dziewczynę, Zuzę, która ośmiesza Milicję Obywatelską, wypuszczając na ulice Warszawy setki czerwonych balonów, za którymi uginają się ciężko uzbrojeni w pały i tarcze funkcjonariusze. Mamy „Budynia”, byłego punka, który zasłynął, malując na różowo radziecki czołg, wystawiony jako pomnik „braterstwa”. Gutek jest ekspertem w sprawach technologii, telekomunikacji i komputerów. Najważniejszy z nich jest Artur, student filozofii z UW – w trakcie antykomunistycznej demonstracji w latach 80., podając się za agenta SB, uratował z milicyjnego kotła swojego przyszłego szefa w służbach, Sadowskiego. Obserwujemy czwórkę bohaterów przechodzącą wspólnie wywiadowcze szkolenie, wykonującą kolejne misje i trafiającą na trop rosyjskich głowic jądrowych, ukrytych na terenie Polski po ewakuacji rosyjskich wojsk.
Bohaterowie są nieopierzeni, ale bardzo sympatyczni, grają ich atrakcyjni aktorzy, widz ma bez wątpienia kibicować ich kolejnym wysiłkom, a nie patrzyć na nich z góry. Widzimy też, jak polskie służby współpracują z Amerykanami w wykonywaniu zadań, z którymi tamci sobie nie radzą – np. rekrutacją ukraińskiego fizyka jądrowego.
Owszem, oglądając serial można odnieść czasem wrażenie, że całe polskie służby w latach 90. to wyłącznie czwórka młodych ludzi i ich dwóch przełożonych. Brakuje obrazu całego instytucjonalnego zaplecza czy postaci doświadczonych oficerów, którzy odnaleźli się w służbie w nowym ustroju. Wynika to jednak raczej z niskiej jakości produkcji niż próby zbudowania świadomego obrazu polskich służb jako zbieraniny amatorów.
Rosja w serialu się głównie sypie
Serial z całą pewnością nie przedstawia też Rosjan w lepszym świetle od Polaków. Poradziecka Rosja jest w niej sypiącym się państwem, któremu dawne imperium wymyka się z rąk. Rosyjski system jest głęboko skorumpowany – głowice jądrowe znikają, bo grupa oficerów z Legnicy postanowiła sobie dorobić i sprzedać je temu, kto będzie w stanie zapłacić najwyższą cenę.
Owszem, czwórka głównych bohaterów zostaje kilkakrotnie przechytrzona przez Rosjan, są momenty serialu, gdy wydaje się, że to oni są górą. Takie są jednak reguły konstruowania narracji w gatunkowej produkcji. Serial, gdzie bohaterowie wygrywają każdą potyczkę, każde starcie, gdzie nie mają po drugiej stronie godnego, a nawet pozornie przewyższającego ich antagonisty byłby nie do oglądania. Bohater, byśmy mogli zainwestować w jego drogę, musi przecież pokonać prawdziwe przeszkody i przejść w ten sposób istotną przemianę, realizując zadanie, jakie wydawało się na początku drogi poza jego zasięgiem. Do końca jeszcze kilka odcinków i być może faktycznie serial ostatecznie pokaże pokonaną Polskę i triumfującą Rosję – ale zanim narracja się nie dopełni, warto wstrzymać konie z zarzutami.
W serialu nie brakuje też momentów pokazujących nieudolność Rosjan. Właściwie jedyne kompetentne postaci po tamtej stronie to agentka Nastia Poliakowa, z którą Artura łączy skomplikowana, osobista relacja oraz jej przełożony, Smirnoff. I jeśli w Wojnie zastępczej widziałbym gdzieś politycznie problematyczną narrację, to właśnie w tym, jak przedstawia tę dwójkę.
Produkcja pokazuje Rosję lat 90. jako państwo zarządzane przez niekompetentnych polityków, rozkradane przez własne wojsko, do głębi skorumpowane i niekompetentne, w którym działa jednak jedna instytucja: służby. To służby trzymają w kupie rozpadające się imperium, jako jedyne są w stanie odnosić sukcesy i prowadzić działania uwzględniając długotrwałe, strategiczne interesy państwa. I to jest narracja zgodna z tą, jaką na temat Rosji lat 90. przedstawia jej obecna elita, na czele z prezydentem-kagiebistą.
Można było to zrobić lepiej
Na tle tej szpiegowskiej historii serial próbuje też przedstawiać politykę lat 90. Politycy dawnej opozycji pielgrzymują do Sadowskiego w poszukiwaniu haków w teczkach SB na swoich oponentów. Obok Smirnoffa największym nemesis Sadowskiego i jego oponentów jest prawicowy polityk przedstawiany tylko jako „Antoni”. Fizjonomia aktora, obsesja na punkcie teczek czy żarty nawiązujące do podkomisji smoleńskiej nie pozostawiają wątpliwości, o jakiego Antoniego chodzi. Gdy po wyborach Sadowskiego zastępuje na stanowisku przedstawicielka postkomunistycznej lewicy, były szef UOP mówi Arturowi: „mogło być gorzej, twoim przełożonym mógł zostać Antoni”.
W serialu pojawia się też, wymieniany z imienia i nazwiska, Tadeusz Mazowiecki, któremu Artur towarzyszy w trakcie jego misji w Bośni. Były premier przedstawiony jest jako głęboko szlachetna postać, która nawet jeśli okazuje się bezsilna wobec horroru wojny w byłej Jugosławii, to zachowuje tragiczną wzniosłość.
Sadowski przyjmuje pozycję doradcy nowego postkomunistycznego prezydenta, realizując tym samym idee historycznego kompromisu najlepszej części postkomunistycznej i postsolidarnościowej elity.
Słowem, serial przedstawia politykę lat 90. tak, że w jej obrazie z zadowoleniem będą mogły się przejrzeć elity obecnej koalicji rządowej, ośmieszając przy tym prawicową opozycję. Nie mam nic przeciwko takiej polityce historycznej, szkoda, że na ekranie wychodzi ona średnio przekonująco. Niestety, tak jak w przypadku każdego elementu tej produkcji, jej twórcom można tylko powiedzieć: „naprawdę można to było zrobić lepiej”.




![Utracony kompas [o europejskiej lewicy]](https://krytykapolityczna.pl/wp-content/uploads/2026/03/plomienie_utracony_kompas-171x267.jpg)



!["Odwagi! [o zaangażowaniu młodych]" Dominika Lasota](https://krytykapolityczna.pl/wp-content/uploads/2026/04/odwagi-plomienie-okladka-173x267.jpg)

Komentarze
Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.