Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Obserwuj Obserwuj

„Mój (powstańczy) ból jest większy niż twój (wehrmachtowski)”. To ostatni moment, by obejrzeć wystawę „Nasi chłopcy”

W Polsce opowiada się historię z perspektywy Krakowa i Warszawy. Skąd Polacy mają wiedzieć, że na Pomorzu czy Śląsku byli ludzie, którzy niekoniecznie dobrowolnie podpisywali folkslistę?

Row of vintage portrait cards of young men in military uniforms lined up on a display table in a museum setting. Rozmowa
Walka

Od inauguracji wystawy Nasi chłopcy. Mieszkańcy Pomorza Gdańskiego w armii III Rzeszy minęło osiem miesięcy. Dwadzieścia lat temu mieliśmy z kolei awanturę o „dziadka z Wehrmachtu”, przez którego, jak sądzą niektórzy, Donald Tusk przegrał wybory prezydenckie z Lechem Kaczyńskim. Wydawać by się mogło, że ta lekcja historii została przez Polki i Polaków odrobiona, ale wasza wystawa dowiodła, że to nieprawda. Nadal nie mamy wystarczającej wiedzy na temat tego, co działo się na Pomorzu czy Śląsku podczas II wojny światowej. Zeszłego lata wokół Naszych chłopców wybuchła potężna afera. Jak to się odbiło na samej wystawie? Pytam przede wszystkim w kontekście darczyńców, którzy udostępnili swoje pamiątki rodzinne, żeby ta wystawa w ogóle mogła powstać. Ktoś się wycofał?

Andrzej Hoja: Musieliśmy wycofać jeden eksponat, Soldbuch [niemiecka książeczka żołdu, będąca podstawowym dokumentem tożsamości wydawanym każdemu żołnierzowi służby czynnej w III Rzeszy – przyp. red.], książeczkę wojskową i kilka kopii zdjęć. Darczyńca wycofał się właśnie wskutek afery, która rozpętała się wokół wystawy. W jego rodzinie doszło do poważnej kłótni i podziału na tych, którzy chcą opowiadać tę historię i tych, którzy wolą milczeć. Ci ostatni nie chcieli, by nazwisko ich przodka znajdowało się na wystawie.

Janusz Marszalec: Rodzina innej osoby żądała wygumkowania epizodu służby w Wehrmachcie i pokazania dziadka wyłącznie jako żołnierza Andersa, czyli w mundurze Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie. Darczyńca nie miał jednak wątpliwości, że o Wehrmachcie też trzeba opowiedzieć, bo inaczej historia pradziadka nie będzie pełna i prawdziwa.

Czytaj także „Nasi chłopcy” z Wehrmachtu. Jestem Kaszubką i wnuczką jednego z „nich”. Stasia Budzisz

Wydawało mi się, że ta awantura pchnęła temat do przodu. Że coś zmieniła, że ludzie na fali oburzenia, z racji, że nie pozwala się im opowiedzieć własnej historii, powiedzieli w końcu „dość”. Nie chodzi przecież o to, by być dumnym ze swojego przodka, który służył w Wehrmachcie, nie chodzi o wybielanie zbrodniczej armii Hitlera, ale o to, że historia Polski nie jest czarno-biała. Okazało się jednak, że ludzie częściej wolą schować głowę w piasek, niż mówić głośno o tym, jak naprawdę było. Dlaczego?

JM: Jest różnie, ludzie się podzielili. W lipcu zeszłego roku, gdy po wernisażu „ziemia zadrżała”, myślałem, że Nasi chłopcy będą przełomem. Wydawało mi się, że rodziny byłych żołnierzy zrzucą brzemię i przestaną się bać. Dziś wiem, że ten proces dopiero się zaczął. Nie brakuje polityków, którzy zainteresowani są polaryzowaniem społeczeństwa i podsycaniem antyniemieckich fobii, zaś szkoła, która powinna edukować również w tej kwestii, nie jest zainteresowana tematem. Nie widziałem na wystawie grup szkolnych. Nie chcę jednak narzekać, bo podczas różnych wydarzeń publicznych spotykam ludzi, którzy łapią mnie za guzik i opowiadają o swoich dziadkach i rodzinnych historiach już bez wstydu, otwarcie i z wdzięcznością, że temat został poruszony.

Latem zeszłego roku poprosiłam publicznie, by osoby, które chciałyby się podzielić swoją opowieścią o „dziadku z Wehrmachtu”, napisały do mnie mail. Odzew był większy, niż się spodziewałam, ale niemal w każdym z mailu czytałam, że adresat nie jest do końca pewny, czy powinien opowiedzieć tę historię, czy to aby na pewno jest bezpieczne. Czego się boimy?

JM: To kolejny dowód, że przełom nie nastąpił. Z jednej strony jest chęć podzielenia się swoją historią, z drugiej obawa przed społecznym potępieniem, zwłaszcza jeśli przodek nie miał szczęścia dostać się do Andersa, a w szufladzie zamiast Virtuti Militari leżą odznaczenia niemieckie. Na naszej wystawie tłumaczymy tę zawiłość – odznaczenie nie jest dowodem, że ktoś gorliwie i dobrowolnie służył w hitlerowskim wojsku, bo na wojnie, aby przeżyć, trzeba zabijać… Po prostu.

Ani na otwarciu wystawy, ani na promocji katalogu nie było przedstawicieli miasta Gdańska. Dlaczego?

JM: To prawda, władze miasta nie zainteresowały się tym tematem, ale pamiętajmy, że wystawa powstała w instytucji miejskiej i za pieniądze gdańskich podatników. Nie bez znaczenia jest też fakt, że pracowaliśmy bez skrępowania.

Obecność i akceptacja władz nie jest potrzebna nam, kuratorom wystawy, ale jest ważna dla darczyńców i wszystkich tych, dla których temat jest istotny. Ma też znaczenie w innym kontekście. Otóż Nasi chłopcy są również opowieścią o ludziach, którzy stanowili część społeczności Gdańska i bardzo angażowali się w jego rozwój. Mam tu na myśli choćby Henryka Bajduszewskiego, wieloletniego prezesa Pomorskiego Zarządu Wojewódzkiego Związku Kombatantów Rzeczpospolitej Polskiej i Byłych Więźniów Politycznych w Gdańsku. Podobnie jak inni bohaterowie naszej wystawy, został on napiętnowany podczas manifestacji przed muzeum latem zeszłego roku. Młody radny PiS-u krzyczał przez megafon, że „nasi chłopcy” walczyli na Westerplatte i Oksywiu, a nie służyli u Hitlera. Nikt wtedy nie stanął w obronie społecznika Bajduszewskiego, żołnierza Wehrmachtu oraz Polskich Sił Zbrojnych, i nie powiedział, jak ważną był postacią zarówno dla Gdańska, jak i całego ruchu kombatanckiego. Nikt też nie wsparł rodzin naszych bohaterów. Nie zapytał, jak się czuli, gdy rzecznik rządu Adam Szłapka czy Władysław Kosiniak-Kamysz dołączali do chóru krytyków.

Na końcu wystawy znajduje się pomieszczenie, w którym odwiedzający mogą podzielić się swoją opinią. Jakie głosy najczęściej padają?

AH: Zebraliśmy kilka tysięcy karteczek z refleksjami i myślę, że jakieś 97 procent z nich to głosy pozytywne. Nie wiem, czy krytycy po prostu nie przyszli zobaczyć Naszych chłopców, czy może po obejrzeniu zmienili zdanie i nie decydowali się nim podzielić. Owszem, zdarzają się głosy krytyczne, ale dysproporcja jest porażająca.

Ile osób odwiedziło wystawę?

AH: Oficjalne dane pokazują, że 90 tysięcy.

Powstały też dwie petycje – jedna z żądaniem zamknięcia wystawy, druga o zmianę jej tytułu i treści. Tę drugą podpisał prezydent Karol Nawrocki oraz posłowie Prawa i Sprawiedliwości – m.in. Kazimierz Smoliński, Jarosław Sellin i Kazimierz Kalwitter. Niektórzy z nich są Kaszubami i także mieli przodków w Wehrmachcie. Petycję podpisało też wielu członków Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego z podobnymi historiami w rodzinach. Dlaczego Nasi chłopcy tak spolaryzowali nie tylko polskie społeczeństwo, ale także Pomorze?

JM: W Polsce opowiada się historię z perspektywy Krakowa i Warszawy. Zaszczytne miejsce w tej opowieści znajdują Kresy, bo stanowią mityczny teren, w którym polskość kwitła najpełniej w swojej kontuszowej formie. Jeśli więc szkoła koncentruje się na takiej perspektywie, to skąd Polacy mają wiedzieć i rozumieć, że na Pomorzu czy Śląsku byli ludzie, którzy niekoniecznie dobrowolnie podpisywali folkslistę?

Czytaj także Spadkobiercami faszyzmu są „turbopatrioci” na granicach, nie potomkowie Polaków wcielonych do Werhmachtu Dariusz Zalega

Folksdojcz powszechnie kojarzy się z filmem Zakazane piosenki, który zaszczepił się w Polsce, i z, która zadawała się z Niemcami i w ramach kary została ogolona na łyso przez żołnierzy konspiracji. Reakcja szeroko pojętej Polski wynika więc z braków w edukacji i wrażliwości na pamięć regionalną. Co do Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego to rzeczywiście, część członków tej organizacji podpisywała petycje, ale oficjalnie ZK-P z Janem Wyrowińskim na czele poparło wystawę. Kaszubi też są podzieleni. Część z nich jest po prostu związana z PiS i powtarza „przekaz dnia”, mimo że sami mieli dziadków w Wehrmachcie. Inni, wychowani w centralistycznym państwie, w którym nie uczy się szacunku do inności, a na tożsamość regionalną patrzy się z podejrzliwością, widząc w niej zaczątek separatyzmu, uznali, że wystawa jest przedwczesna albo zbytnio prowokująca.

Pewne jest jedno – nie da się przejść obok Naszych chłopców obojętnie. Wystawa wzbudza skrajne emocje.

JM: Zawsze jest tak, że krzykaczy słychać najbardziej. Tak naprawdę nie wiemy przecież, ilu ludzi jest za, a ilu przeciw. Takimi informacjami niezwykle łatwo manipulować, kreując zarówno obrazy oburzonych, jak i zachwyconych. Niemniej, karteczek nie pisał obywatel Piszczyk, tylko ci, którzy rzeczywiście wystawę odwiedzili. A w nich kipi od emocji. Na Kaszubach zauważyłem jeszcze jedną ciekawą rzecz – podejście rożni się w zależności od wieku. Ludzie mniej więcej do czterdziestki najczęściej nie mają kłopotu z wystawą, ale wiedzą, że o zdanie w kwestii ujawnienia swojej opowieści muszą zapytać starszyznę. Starsi z kolei wolą milczeć, nie ruszać tego tematu.

Muzeum Powstania Warszawskiego napisało post na Facebooku, w którym zamieściło zdjęcie z powstania z podpisem „Nasi chłopcy”. Czytam to jako zwrot ku temu, byśmy zamilkli i ustawili się w odpowiednim miejscu w szeregu. Co o tym myślicie?

JM: Tolerancja centrali wobec regionów ma swoje granice i Jan Ołdakowski, dyrektor Muzeum Powstania Warszawskiego, tym postem dał temu wyraźny wyraz. Pokazał palcem, co jest fundamentem polskiej tożsamości i co jest w porządku, ale między wierszami zasugerował, co nie jest. Moim zdaniem ten wpis wepchnął z powrotem do szafy część rodzin, które zdecydowały się otworzyć i podzielić swoją przez lata skrywaną opowieścią. Niektórzy najchętniej znów schowaliby te wspomnienia na dno szuflady, wycięli dziadka ze zdjęcia czy zamalowali mu mundur. To pokazanie, że „mój (powstańczy) ból jest większy niż twój (wehrmachtowski)”.

„Naszych chłopców” nie można nawet opłakać ani publicznie wspomnieć. Ich potomkowie nie mają prawa do cierpienia nawet po tych, którzy byli ofiarami nazistowskiej polityki, bo tak trzeba nazwać ludzi, którzy zostali siłą wcieleni do wrogiej armii. Nie chodzi o to, by stawiać im pomniki, ale o to, żeby móc o nich pamiętać.

AH: Esencją naszej polskiej przeszłości jest bycie bohaterem lub ofiarą. W tym kontekście najlepszym przykładem jest coroczna celebracja zwycięstwa pod Monte Cassino. Upamiętnia ona bowiem udział polskich żołnierzy w kampaniach wyzwalających ziemie włoskie czy też północnej Francji, Belgii i Niderlandów. Zapomina się przy tym wspomnieć, że miesiące walk umożliwiły zasilenie polskich wojsk 90 tysiącami żołnierzy, którzy przeszli na naszą stronę z Wehrmachtu. Tacy sami żołnierze leżą pod Monte Casino na niemieckim cmentarzu, tyle że oni nie zdążyli dostać się do niewoli. Nie zdążyli zdezerterować. O nich zapominamy w przemowach.

Czytaj także Więcej obywateli Polski służyło w Wehrmachcie niż w AK Kaja Puto

JM: Dwa lata temu Lech Parell, szef Urzędu do Spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych, upomniał się podczas uroczystości o tych, którzy walczyli w Polskich Siłach Zbrojnych. Co jednak zrobić z tymi, którzy nie zdążyli przejść, którym się to nie udało, którzy zginęli? To przecież niezwykle skomplikowane. Babcia jednego z darczyńców opowiadała, że troje jej synów poszło na wojnę w mundurach Wehrmachtu. Dwóm się udało i wrócili do domu jako żołnierze PSZ, ale jeden zginął w złym mundurze. Pamięć tych dwóch można publicznie czcić, ale trzeci musi zostać zapomniany albo ograniczony do „domowego ołtarzyka”. Wiele rodzin boryka się właśnie z czymś takim. Nie ma już pokolenia matek, które wysyłały dzieci na front, ale są ci, którzy wspominają ich ból.

Profesor Cezary Obracht-Prondzyński krótko po inauguracji wystawy, ale już po tym, jak zaczęło być wokół niej głośno, udzielił wywiadu Tomaszowi Sekielskiemu. Powiedział w niej, że Kaszubi mają prawo żądać przeprosin za „dziadka z Wehrmachtu” od Jacka Kurskiego i od tych, którzy na tym skorzystali. Oczywiście słowa skruchy nigdy nie padły i zapewne nie padną. Powinniśmy ich żądać?

AH: Dla mnie osobiście nie jest to takie ważne, ale rozumiem, że ktoś może tego potrzebować. Bez wątpienia było to przekroczenie granicy i przeprosiny mogłyby stanowić pewien przełom. Nie można rzucać tego typu oskarżeń bez żadnych konsekwencji.

JM: Walijczycy zaproponowali, aby karać polityków za kłamstwa – to ciekawy pomysł, może lepszy, niż domaganie się od nich przeprosin. Wolałbym, żeby zamiast przepraszania ktoś w Warszawie zgodził się na regionalne programy edukacyjne, a dyrektor Muzeum Powstania Warszawskiego zrozumiał, że słynnym już wpisem z lipca 2025 roku otworzył nie tylko licytację na bohaterów, ale również ośmielił tysiące komentatorów, którzy atakowali rodziny byłych żołnierzy Wehrmachtu z Pomorza.

**

Dr Janusz Marszalc – historyk i muzealnik, zastępca dyrektora Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku ds. badań i rozwoju. Absolwent historii Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, gdzie w 1998 roku obronił doktorat. Pracował m.in. w Muzeum Diecezjalnym w Pelplinie, Instytucie Pamięci Narodowej oraz Muzeum Gdańska. Współtworzył Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku i był jednym ze współautorów scenariusza jego wystawy głównej. Autor książki Ochrona porządku i bezpieczeństwa publicznego w Powstaniu Warszawskim.

Dr Andrzej Hoja – historyk, kurator i archiwista, związany z Muzeum Gdańska oraz Centrum Badań Historycznych Polskiej Akademii Nauk w Berlinie. Od 2011 roku uczestniczy jako kurator w przygotowywaniu wystaw stałych i czasowych w instytucjach muzealnych w Polsce i Niemczech, m.in. w Pommersches Landesmuseum w Greifswaldzie, Muzeum Miasta Gdyni, Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku, Muzeum Piśmiennictwa i Muzyki Kaszubsko-Pomorskiej w Wejherowie oraz Muzeum Gdańska. Jest twórcą i koordynatorem Gdańskiego Archiwum Historii Mówionej.

***

Wystawę można zobaczyć do końca maja 2026 roku w Muzeum Gdańska.

Katalog wystawy można nabyć tutaj.

Komentarze

Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
Komentarze w treści
Zobacz wszystkie
0
Komentujące wszystkich krajów, łączcie się!x