Kraj

Po co nam ci specjaliści?

Wbrew pozorom polskie uczelnie są znakomicie dopasowane do rynku pracy. Sektor prywatny oferuje stanowiska słabo płatne i niewymagające kwalifikacji, a sektor publiczny potrzebuje armii urzędników i nauczycieli.

Kilka dni temu odbył się okrągły stół biznesmenów i rektorów. Resort Barbary Kudryckiej w zadziwiającym jak na niego tempie zaraz po zakończeniu obrad rozesłał nam, pracownikom nauki, newsletter MNiSW, w którym czytam, że „rektorzy najlepszych polskich uczelni oraz szefowie i menedżerowie polskich przedsiębiorstw rozmawiali o współpracy na rzecz jak najlepszego przygotowania absolwentów do wyzwań nowoczesnego rynku pracy” oraz że „spotkanie zakończyło się przyjęciem deklaracji pod tytułem Gospodarka dla uczelni, uczelnie dla gospodarki”. I co z tego wynika? Nic.

Po pierwsze, nie jest pewien, czy wykorzystanie symboliki okrągłego stołu jest tu najlepszym pomysłem. Okrągły Stół to było jednak, co by nie mówić, porozumienie elit ponad głowami obywateli. Zaowocowało m.in. tym, że w ’89 prawie połowie z nich nie chciało się pójść na wybory, aby zalegitymizować ten deal na górze. Podobnie w debacie o szkolnictwie wyższym i nauce zapomina się często, że uniwersytet to nie tylko „rektorzy najlepszych polskich uczelni”. Tworzą go także pracownicy naukowi i nienaukowi, doktoranci i studenci. Bez dyskusji o kondycji akademii w tym gronie wszelkie zmiany pozostaną czystą fikcją. To nie rektorzy będą prowadzić praktyczne zajęcia ze studentami i nie prezesi firm zajmować się stażystami. Debaty takie jak ta powinno się zaczynać od dołu i stopniowo uogólniać – i organizować przed wprowadzeniem reformy, a nie już po. Czemu minister Kudrycka stawia wszystko na głowie?

Po drugie, nie widzę w tej dyskusji niczego nowego. Pracodawcy zawsze oczekują, że to państwo zajmie się szkoleniem pracowników, których oni potrzebują (najlepiej wyposażając ich w bardzo szczegółowe kompetencje potrzebne na danym stanowisku). I tak jest niezależnie od systemu. Kiedyś sprawdziłem, czym się zajmował miesięcznik „Nowe Drogi”, organ teoretyczny i polityczny KC PZPR, w roku mojego urodzenia, czyli 1977. Znalazłem tam analizy wskazujące, że polskie szkolnictwo nie odpowiada na potrzeby gospodarki i rynku pracy oraz dyskusję o tym, jak temu zaradzić.

Tymczasem szkoły, owszem, edukują, ale dostarczają raczej kompetencji ogólnych. Starają się dać ludziom wykształcenie otwierające im dostęp do kultury i uczestnictwa w życiu publicznym.

Po trzecie, mam wrażenie, że polskie uczelnie już są znakomicie dopasowane do rynku pracy. Kiedy na początku transformacji do Leszka Balcerowicza przychodziły pielgrzymki akademików zatroskanych stanem polskiej nauki z prośbą, aby zwiększył nakłady na nią, niezmiennie odpowiadał: „Nie, bo nie takie jest nasze miejsce w globalnym podziale pracy”.

I miał rację, jak nigdy. Sektor prywatny w Polsce oferuje głównie słabo płatną i niewymagającą kwalifikacji pracę w produkcji i usługach. Zapotrzebowanie na specjalistów generuje przede wszystkim sektor publiczny, wymagający armii urzędników i nauczycieli. I takich właśnie absolwentów wypuszczają polskie uczelnie: kandydatów do pracy w bankowym okienku, przy tablicy lub w urzędzie za biurkiem.

Po co mamy kształcić specjalistów, menadżerów, naukowców, którzy i tak wyjadą, szukając zatrudnienia w centrum światowego systemu gospodarczego? Niech ich sobie centrum samo wykształci. Jeśli chcemy coś w Polsce zmieniać, to zacznijmy od zmiany rynku pracy i biznesu, a potem dopiero zabierajmy się za kształcenie.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.