Kraj

Czy minister powinien zarabiać 20 średnich krajowych?

Polskim elitom politycznym odwzorowanie podziału dochodów z czasów II RP byłoby bez wątpienia na rękę. Dzięki temu z miejsca stałyby się również elitami finansowymi (do których dziś im nieco jednak brakuje). Osoby na szczytach władzy zarabiały doskonałe pieniądze, ale zdecydowana większość szeregowych pracowników musiała zadowolić się okruchami z pańskiego stołu.

„Powołamy zespół ekspercki i chcemy przygotować rzeczywiście prawdziwą reformę wynagrodzeń w Rzeczpospolitej, ale nie mówię tu tylko o politykach, żeby było jasne, nie mówię tylko o samorządowcach, nie mówię tylko o budżetówce. Chcemy przygotować system trochę wzorowany na II Rzeczpospolitej, gdzie to było zdecydowanie bardziej przejrzyste i zrozumiałe”. Te słowa wypowiedział niedawno marszałek Senatu, w reakcji na podwyżki dla parlamentarzystów i najwyższych osób w państwie, które okrężną drogą, bo przez rozporządzenie prezydenta, przeprowadza właśnie partia rządząca.

A dlaczego to właśnie system z czasów II RP był według marszałka Grodzkiego warty odwzorowania? Ponieważ „każdy od początku swojej kariery wiedział, że jak idzie na robotnika, będzie zarabiał maksymalnie tyle, jak na maszynistę – tyle, jak na pułkownika Wojska Polskiego – tyle, a jak na nauczyciela – to tyle” – uzupełnił marszałek. W tej wizji polskie społeczeństwo powinno być więc trwale uporządkowane, a każdy winien znać swoje miejsce i horyzont aspiracji, jasno określone już na wstępie kariery zawodowej. Dzięki temu uniknęlibyśmy niepotrzebnych przepychanek i artykułowania nieuzasadnionych roszczeń.

Opozycja nie może dać się ograć Kaczyńskiemu w sprawie podwyżek

To umiłowanie porządku popularne wśród polskich konserwatystów, jak i konserwatystów w ogóle, często zwodzi ich jednak na manowce. Na przykład skutkuje zupełnie niezrozumiałym mitologizowaniem czasów II Rzeczpospolitej, która miała być rzekomo niezwykle udanym projektem politycznym, kierowanym przez światłych i cnotliwych mężów, którzy przekazywali te cnoty swoim bohaterskim potomkom, ginącym później za Polskę (między innymi) w powstaniu warszawskim.

Na gruncie tych wyobrażeń, w dwudziestoleciu międzywojennym mądre elity kierowały się niemal wyłącznie dobrem wspólnym, zaś świetnie wykształceni młodzi ludzie rozdyskutowani byli w tematach niezwykle ważkich, w codziennym życiu kierowali się spójnym kanonem moralnym, a nawet zakochiwali się od pierwszego wejrzenia i już na całe życie. Na tym tle obecna III RP stanowi regres kulturowy i moralny względem tamtych czasów. Wszystko się pomieszało i stanęło na głowie, nikt już nie słucha i nie docenia autorytetów, zaś oglądający całymi dniami patostreamerów na jutubie plebs ciągle wysuwa jakieś dziwne żądania.

Korporacyjne nierówności

Oczywiście, akurat polskim elitom politycznym odwzorowanie podziału dochodów z czasów II RP byłoby bez wątpienia na rękę. Dzięki temu z miejsca stałyby się również elitami finansowymi (do których dziś im nieco jednak brakuje). W czasach Polski przedwojennej zarobki pracowników sektora publicznego były, to warto podkreślić, szczegółowo opisane, choć trudno powiedzieć, żeby ta przejrzystość współgrała z interesem większości zatrudnionych. Rozpiętość płac była bowiem olbrzymia: osoby na szczytach władzy zarabiały doskonałe pieniądze, ale zdecydowana większość szeregowych pracowników musiała zadowolić się okruchami z pańskiego stołu. I tak, w 1935 roku składająca się z 13 osób druga grupa uposażenia w administracji cywilnej (najważniejsi członkowie rządu) otrzymywała 2 tys. zł wynagrodzenia zasadniczego miesięcznie.

Grupa szczebel niżej, czyli kolejne 43 osoby ze szczytów władzy, dostawała po 1,5 tys. zł. Największa grupa uposażenia, czyli dziewiąta, liczyła 45,5 tys. osób. Ich wynagrodzenie zasadnicze wynosiło zaledwie 210 zł (dla porównania, to więcej niż zarabiali hutnicy – najlepiej sytuowana kategoria robotników w II RP; przeciętne pensje robotnicze w drugiej połowie lat 30. bliższe były kwocie 100-120 złotych, a w niektórych sektorach blisko 1/3 robotników zarabiała zaledwie około 40 złotych). Tak więc członkowie rządu zarabiali niemal 10 razy więcej niż szeregowi urzędnicy, choć ci ostatni i tak nieźle wypadali na tle reszty społeczeństwa.

Portfel posła – głupi populizm kontra reprezentatywność

To są gigantyczne rozpiętości, także na tle współczesnych. Według GUS w 2018 roku przeciętne wynagrodzenie „przedstawicieli władz publicznych, wyższych urzędników i kierowników” wynosiło 9,6 tys. zł brutto miesięcznie. Przeciętne wynagrodzenie szeregowych urzędników wynosiło ok.  4 tys. zł miesięcznie, więc było jedynie 2,5 razy niższe.

Także w innych działach sektora publicznego zarobki były bardzo rozwarstwione. W przedwojennym wojsku generał dywizji zarabiał 10 razy więcej niż plutonowy (dziś około 2,5 razy więcej), a generał broni również 10 razy więcej niż podporucznik (dziś – jak wyżej). Równie duże nierówności płacowe notowano wśród zatrudnionych w PKP i w Poczcie Polskiej. Poza tym osoby funkcyjne mogły liczyć na szereg dodatków, związanych nawet z miejscem pełnienia funkcji, co jeszcze bardziej podbijało ich realne dochody. Ówczesny sektor publiczny polityką płac przypominał więc prywatną korporację, a do pewnego stopnia też strukturę feudalną, opartą na rozbudowanych przywilejach.

Pracujący biedni z budżetówki

Niezwykle wysoko premiował najwyższe funkcje (niekoniecznie związane z rzeczywistymi kwalifikacjami, o czym świadczą np. bardzo nierówne kompetencje wysokich dowódców wojska w kampanii wrześniowej), co zapewne miało się przełożyć na doskonałe wyniki (a także wynagradzać patriotyczne cnoty rządzącej elity, zazwyczaj wywodzącej się ze środowisk inteligenckich, głównie ziemiańskich i postziemiańskich).

Dogmatyczna polityka

O patriotyzmie można dyskutować, natomiast tych doskonałych wyników z pewnością nie było. Wspaniale wynagradzani politycy II RP prowadzili bowiem przez lata nieudaną politykę ekonomiczno-społeczną, która utrwalała wyjściowe, tzn. odziedziczone po zaborach i nie tylko, zacofanie naszego kraju. Przejawiała się ona przede wszystkim w elitarystycznym z ducha i konserwatywnym przywiązaniu do dogmatu utrzymywania wysokiej wartości waluty oraz zerowej inflacji. Elity II RP, trochę podobnie jak elity III RP, otrzymały „na wejściu”, w tym wypadku po wojnie, ogromną inflację, którą musiały zdusić. W czerwcu 1921 roku sięgnęła nawet 104 procent. Ten epizod z galopującą (niektórzy twierdzą, że wręcz hiper-) inflacją doprowadził do zakorzenienia w polskich elitach przekonania, że wysoka wartość waluty oraz zerowa inflacja to fundamentalne cele polityki ekonomicznej. Miały one świadczyć o powadze państwa, wzbudzać zaufanie międzynarodowe i przeczyć stereotypowi Polski jako „państwa sezonowego”. Skutki tego były jednak fatalne.

Wiosną 1924 roku udało się zdusić inflację do zera, dzięki reformie walutowej Władysława Grabskiego. O skutkach tej reformy i późniejszej polityki monetarnej możemy przeczytać w książce Paradoks euro Stefana Kawalca i Ernesta Pytlarczyka. Wartość nowej waluty została powiązana z ceną złota według takiego samego parytetu co frank szwajcarski. Drastyczny wzrost wartości waluty błyskawicznie doprowadził do potężnego deficytu na rachunku bieżącym, gdyż Polska zaczęła importować towary, a tych naszych, bardzo drogich za sprawą waluty, nikt za bardzo nie chciał kupić.

Wyjątkiem był węgiel kamienny, choć i ten sprzedawaliśmy (a raczej sprzedawały wydobywające go spółki) po cenach dumpingowych. Straty rekompensowali im krajowi konsumenci oraz budżet państwa. Żeby utrzymać stały kurs waluty, bank centralny nieustannie interweniował, uszczuplając swoje rezerwy. W 1927 roku Polska musiała otrzymać pożyczkę stabilizacyjną z USA, a przy okazji zdewaluowano walutę o 42 procent. Przyjęty wtedy parytet wymiany na złoto obowiązywał już do końca II RP. Uporczywe trzymanie się parytetu złota, szczególnie gdy inne państwa z niego rezygnowały, oznaczało konieczność prowadzenia polityki deflacyjnej, opartej między innymi na utrzymywaniu niskich płac.

Problem polegał na tym, że w 1929 roku nadszedł Wielki Kryzys, a polityka deflacyjna w czasie recesji jest zabójcza, gdyż jeszcze ją pogłębia, dusząc popyt wewnętrzny. Podczas gdy wszystkie państwa dookoła rezygnowały z parytetu złota, dewaluując swoją walutę, co wzmacniało ich eksport (inna sprawa, że blokowany cłami sąsiadów), to Polska uparcie trwała w „złotym bloku” aż do końca jego istnienia. Deflacyjna polityka faktycznie przynosiła oczekiwane rezultaty (na gruncie ówczesnych dogmatów, spadek cen miał prowadzić do przywrócenia równowagi rynkowej). W 1933 roku ceny hurtowe w Polsce spadły do 61 proc. cen z 1929 roku. Problem w tym, że spadła również produkcja przemysłowa – aż do 56 proc. – i przede wszystkim płace realne (do 78 proc. poziomu z 1929). Przykładowo, w USA płace realne w tym czasie spadły jedynie do 83 proc., a w Wielkiej Brytanii do 95 proc. poziomu sprzed recesji. Z powodu fatalnej polityki monetarnej Polska była jednym z krajów, które najciężej przeszły Wielki Kryzys.

Niesprawiedliwa Rzeczpospolita

II RP prowadziła więc skrajnie konserwatywną politykę gospodarczą, wedle której płace mas należy trzymać w ryzach, za to elity należy doskonale wynagradzać, gdyż ich kompetencje oraz cnoty zaprowadzą nas do raju, względnie mocarstwowej potęgi. Jej skutki były jednak dosyć żałosne. Przed wojną nie używano jeszcze kategorii PKB, a podstawowym wskaźnikiem rozwoju gospodarczego była produkcja przemysłowa. I tak, dopiero w 1937 roku udało się nam osiągnąć poziom produkcji przemysłowej, który na ziemiach polskich notowano w… 1913 roku. Europa Zachodnia dogoniła poziom produkcji sprzed wojny już w 1924 roku, a w 1937 roku przebiła ją o 40 proc. Tak więc w czasie dwudziestolecia Polska nie tylko nie nadgoniła zapóźnienia względem Europy Zachodniej, ale ledwo udało się jej dobić do poziomu rozwoju gospodarczego sprzed wojny.

PKB: wygodny i zawodny [wyjaśniamy]

Oczywiście, w tym czasie dokonywał się pewien postęp społeczny, jednak siłą rzeczy ograniczony problemami gospodarczymi państwa. W 1930 roku analfabetyzm sięgał 23 proc., a więc niemal co czwarty Polak i Polka nie potrafili czytać. Dekadę wcześniej wskaźnik analfabetyzmu sięgał 35 proc., a więc w tym czasie udało się ograniczyć to zjawisko o jedną trzecią. Tymczasem Czechosłowacja dokładnie w tym samym czasie ograniczyła analfabetyzm o połowę – z 8 do 4 proc. Francja zmniejszyła analfabetyzm z 8 do 5 proc., a Szwecja w ogóle go zlikwidowała.

Polska utrzymywała także zacofaną strukturę ekonomiczno-społeczną. W 1939 roku aż 70 proc. ludności mieszkało na wsi. 15,5 miliona mieszkańców stanowili chłopi, a kolejne 3,2 mln robotnicy rolni. Klasa robotnicza obejmowała jedynie 5,3 miliona osób, a pracowników umysłowych było 1,3 miliona. Mieliśmy za to całkiem sporą grupę rentierów – mowa o 565 tys. osób, dla których polityka deflacyjna była idealnym rozwiązaniem, gdyż zwiększała ich realny majątek.

Siłą rzeczy panowały więc ogromne nierówności ekonomiczne. W 1929 roku wskaźnik Giniego wynosił aż 0,48 (obecnie to 0,3), czyli pod tym względem przypominaliśmy dzisiejsze Chiny lub Indie. Mediana płac stanowiła tylko dwie trzecie średniej krajowej – obecnie mediana wynosi 82 proc. przeciętnego wynagrodzenia w kraju. Według wyliczeń Marcina Wrońskiego, ówczesne górne 0,01 procenta kontrolowało 15 proc. krajowego majątku. W przedwojennej Szwecji górny 0,01 proc. kontrolował 9 proc. majątku, a w Szwajcarii jedynie 5 proc. Nadwiślańska oligarchia trzymała się więc mocno. Górny 1 proc. Polaków kontrolował ponad jedną trzecią majątku w kraju.

Nieprzyjazna i nieudana

II RP nie była też dobrym krajem dla kobiet. Chociaż dosyć szybko wprowadzono dla nich prawa wyborcze, to w praktyce ich partycypacja w biernym prawie wyborczym była stopniowo ograniczana, o czym pisał prof. Marcin Łysko w artykule Udział kobiet w życiu publicznym II Rzeczypospolitej Polskiej. W Sejmie III kadencji (1930-35, a więc po tzw. wyborach brzeskich) kobiety stanowiły 3,1 proc. ogólnej liczby posłów i był to najlepszy wynik w dwudziestoleciu międzywojennym. W dwóch kolejnych Sejmach stanowiły one już odpowiednio tylko 0,9 i 0,4 proc. posłów. Sekowano je także z innych ważnych stanowisk. Na Górnym Śląsku (co prawda, korzystającym w ten sposób ze swej autonomii względem Warszawy) wprowadzono „ustawę celibatową”, która uniemożliwiała zatrudnianie zamężnych kobiet w śląskim szkolnictwie.

Niezmiernie rzadko piastowały też wyższe funkcje w administracji. „Fakt braku kobiet na wyższych stanowiskach administracyjnych tłumaczono tym, że nie posiadały one kwalifikacji zawodowych oraz nie były przygotowane pod kątem mentalnym do pełnienia odpowiedzialnych funkcji kierowniczych. W międzywojennej Polsce panował negatywny stereotyp kobiety-urzędniczki, jako osoby niedouczonej i niekompetentnej, która koncentrowała się na życiu towarzyskim w miejscu pracy, a nie sumiennym wykonywaniu pracy zawodowej” – pisze prof. Łysko.

Kobiety zarabiały też znacznie mniej niż mężczyźni. Płciowa luka płacowa w II RP wynosiła 50 procent, tymczasem obecnie wynosi 16 proc. i słusznie uznawana jest za zdecydowanie zbyt wysoką.

Zamiast szklanych domów – szklane ściany i sufity

II RP była więc zdecydowanie mniej udanym projektem niż III RP – rozwarstwionym, zoligarchizowanym i niesprawiedliwym, nawet jeśli punkt startowy w międzywojniu był nieporównanie gorszy niż po epoce PRL. Elity władzy otrzymywały bardzo wysokie uposażenia, ale w żaden sposób nie przekładało się to na sprawność rządzenia, którego wyniki były co najmniej niezadowalające. Zdecydowanie gorzej opłacani politycy po 1989 roku osiągnęli bez porównania lepsze wyniki, a obecna Polska pod każdym względem jest lepsza od tej z międzywojnia, także na tle innych krajów Europy.

Jak widać wysokie zarobki polityków niekoniecznie zapewnią nam doskonałe kadry na szczytach władzy. Najpewniej elity będą dokładnie takie same, tylko że ich pensje będą wyższe. II RP uczy nas także, że sztywne przywiązanie do wartości waluty przynosi zdecydowanie więcej szkód niż pożytku, a na polityce deflacyjnej traci większość społeczeństwa, nie licząc rentierów. Co także jest bardzo cenną konkluzją w kontekście obecnej dyskusji o wzroście cen.

Ciągłe przywoływanie przez konserwatystów II RP jako rzekomego wzoru dla współczesnych jest więc efektem jedynie jakiegoś niezrozumiałego sentymentu, a nie faktów. Fakty są takie, że w II RP przeciętny Polak był niewykształcony, biedny i wyzyskiwany. Nie ma na czym się tu wzorować.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Piotr Wójcik
Piotr Wójcik
Publicysta ekonomiczny
Publicysta ekonomiczny. Komentator i współpracownik Krytyki Politycznej. Stale współpracuje z „Nowym Obywatelem”, „Przewodnikiem Katolickim” i REO.pl. Publikuje lub publikował m. in. w „Tygodniku Powszechnym”, magazynie „Dziennika Gazety Prawnej”, dziale opinii Gazety.pl i „Gazecie Polskiej Codziennie”.
Zamknij