Kraj

„Pigułki wypisuje mi weterynarz”, czyli antykoncepcja jest tylko dla bogatych

Dlaczego Polki są zmuszane do ryzykownych wyborów?

Aptekarz realizuje receptę:

„Klacz Awantura, lat 12, rasa śląska. 63 tabletki Marvelonu [tabletki antykoncepcyjne – przyp. MN]”. Podpisana przez lekarza weterynarii.

– Koń, jak rozumiem, potrzebuje większej dawki? – pyta Agnieszki, która jest właścicielką „Awantury”.

– Tak, 600 kg, to i potrójna dawka hormonów.

Po wyjściu z apteki Agnieszka dzwoni do znajomego weterynarza z podziękowaniami. Wie, że powinna robić regularne badania i dostawać receptę na pigułki od ginekologa. Ale też wie, ile to kosztuje. Nie stać jej. A tym bardziej nie stać na zajście w ciążę.

Receptę wystawia przede wszystkim ginekolog. Wypisuje ją na 2–3 miesiące. Później obowiązkowa jest kolejna wizyta. I kolejne koszty.

Agnieszka opowiada: – Kiedy miałam 24 lata, pani ginekolog upewniła się, że kończę właśnie studia i mam męża. Wtedy odmówiła wypisania recepty na tabletki, bo „najwyższy czas zajść w ciążę”.

Pigułki przepisuje więc jej weterynarz.

Antykoncepcja tylko na receptę

Tabletki antykoncepcyjne są dziś jedną z najbardziej popularnych metod zapobiegania ciąży. Według raportu prof. Zbigniewa Izdebskiego „Seksualność Polaków 2011” 30% Polaków decyduje się na ten sposób zabezpieczenia. Ich ceny wahają się od kilkudziesięciu złotych do nawet kilkuset. Ceny różnią się w zależności od miasta i apteki. Różnica może wynosić nawet 15 zł na opakowaniu. W ciągu ostatnich 6 lat ceny tabletek hormonalnych wzrosły o ponad 100%.

– Tabletki są coraz droższe. Często dziewczyny przychodzą, słyszą cenę i proszą o tańszy zamiennik. Jeśli coś mamy, to sprzedajemy, ale jest coraz mniej zamienników. Zastanawiać może fakt, że lekarze nie przepisują zwykle tabletek refundowanych, a przecież już takie mamy – mówi pani Krystyna, farmaceutka z Wrocławia z apteki Zielonej.

Refundacja? Bez szans…

Wielokrotnie próbowano wpisać na listę leków refundowanych środki antykoncepcyjne, w tym także pigułki przyjmowane po stosunku. Projekty zostawały przez wiele lat na papierze. Dopiero 25 kwietnia 2012 roku minister zdrowia ogłosił w wykazie leków refundowanych na 2012 rok 7 leków antykoncepcyjnych. Przez to ich ceny spadły do około 10 zł. Są to m.in. leki jak Cyprest: (na ulotce napisane jest, że nie jest wskazany do antykoncepcji, gdyż nie zapobiega ciąży), Cyprodiol (zamienny dla Diane, przepisywany głównie w przypadku trądziku, nie do stosowania dłużej niż przez 6 miesięcy), OC-35 (dosłowny cytat z ulotki: „wskazania do stosowania: leczenie u kobiet chorób androgenozależnych takich, jak trądzik, szczególne postacie nasilone I przebiegające z łojotokiem (…). Pomimo, że preparat OC-35 ma również działanie antykoncepcyjne, nie nalezy go stosować u kobiet w wyłącznie celu antykoncepcyjnym, lecz wówczas, gdy konieczne jest leczenie wymienionych chorób androgenozależnych”). Najbardziej popularnym z refundowanych leków jest Levomine.

 – Wszystko są to leki tzw. starszej generacji, z lat 80. XX wieku. Oczywiście służą antykoncepcji, choć wiele z nich używa się przy innych schorzeniach. Obecnie, przy zmianach jakie zaszły w produkcji leków, same w sobie byłyby tanie. Wszystkie leki wpisane na listę mają ten sam skład – i to jest problem. Nowe pigułki mają zminimalizowane skutki uboczne, jak zatrzymanie wody w organizmie, przybranie masy ciała czy spadek libido. Leki refundowane – nie – mówi ginekolog Andrzej Szewczuk z Wrocławia.

Klauzula sumienia

Przypadek ginekologa, który odmówił wypisania recept, bo „czas na dziecko”, nie jest odosobniony. Nie brakuje w Polsce lekarzy, którzy zgodnie ze swoją wiarą antykoncepcji nie uznają – tylko naturalne planowanie rodziny zgodnie z nauką Kościoła. Płacąc więc za wizytę, recepty można nie dostać. A otrzymanie recepty wcale nie łączy się z zakupem tabletek.

W czerwcu zeszłego roku rozpoczęły się strajki aptekarzy, którzy, powołując się na rezolucję Rady Europy z 2010 r. Prawo do klauzuli sumienia w ramach legalnej opieki medycznej”, chcieli odmawiać sprzedaży środków antykoncepcyjnych. Cała kampania bazowała na cierpieniach moralnych, które mają przeżywać farmaceuci, bo nie mogą odmówić przepisywania środków służących „morderstwu”, czy, jak nazywają to przeciwnicy przerywania ciąży, „eutanazji domowej”. Przede wszystkim chodzi tu o tabletki przyjmowane 72 godziny po stosunku. Kampania nie osiągnęła zamierzonego politycznego skutku. Aptekarze nie mają prawa odmówić sprzedaży leków, opierając się na klauzuli sumienia.

Ale problem antykoncepcji w kraju katolickim istnieje. Biskupi wielokrotnie wypowiadali się w listach duszpasterskich przeciwko niej. Kościół sądzi, że takie środki są nie tylko nieetyczne, ale również działają na niekorzyść osób je zażywających. Według księży i katolickich publicystów powodują m.in. problemy zdrowotne (otyłość, wymioty, wypadanie włosów, podatność na różne choroby), społeczne (spadek liczby urodzin), psychologiczne (prowadzą u kobiet do klinicznej depresji, ponieważ są uprzedmiotowiane).

Powszechność zjawiska

Aleksandra Jodko (seksuolog, SWPS) komentuje: – Nie można powiedzieć, że kobiety w Polsce masowo zastępują antykoncepcję aborcją, ale w publicznych gabinetach pojawiają się kobiety, które chcą usunąć niechcianą ciążę, w którą zaszły, bo środki antykoncepcyjne były dla nich zbyt drogie. Czasem są to nastolatki, które uważają, że martwić się będą poźniej o pieniądze na zabieg. Na comiesięczny wydatek na tabletki ich nie stać, a rodziców o pieniądze przecież nie poproszą. W Skandynawii tabletki antykoncepcyjne dla nastolatek dostępne są bez recepty, dotyczy to także antykoncepcji „po”. W Polsce taka sytuacja jest nie do wyobrażenia – pokutuje myślenie o antykoncepcji jako o lekach, czyli połączenie z wizytami u lekarza i obowiązkowymi badaniami.

A prezerwatywa? Ludzie naturalnie liczą pieniądze. Prezerwatywa kosztuje od 2 do 10 zł. Jeśli para uprawia seks raz dziennie przez trzy tygodnie w miesiącu, koszty będą takie same jak tabletki. A wizyty u ginekologa i tak są obowiązkowe. Choć może rzadziej.

Polki, oczywiście, jakoś sobie radzą. Można prosić o wypisywanie recept weterynarza. Można znaleźć aptekę, która sprzedaje środki antykoncepcyjne bez recepty (zapewne większość młodych kobiet zna takie), choć nie ma w nich zwykle wszystkich firm. Można znaleźć kogoś w rodzinie lub wśród znajomych, kto pracuje w aptece lub jest lekarzem. I wypisze receptę lub wyniesie lek bez recepty.

To są jednak rozwiązania dla osób, które mają dochód umożliwiający im wydatek 50 zł miesięcznie (zamiast 150 zł wraz z wizytą u specjalisty). A co z pozostałymi?

Kalkulacja jest bardzo prosta – choć czasem przerażająca. Prywatny ginekolog plus tabletki to nawet 1200–1800 zł rocznie. Aborcja farmakologiczna (nielegalna w Polsce, do 9 tygodnia) to 70 euro, czyli 250 zł (oferowana przez internet przed organizację Women of Web). Usunięcie późniejszej ciąży to 400 euro – 1600 zł (informacja z października 2012 roku, cena obowiązująca w Holandii i Niemczech). Kalkulacja? Ryzyko może się opłacić.

Dla kobiet, którym nie odpowiada wybór, przed którym stawia je państwo – seks prokreacyjny albo abstynencja – taka kalkulacja ma sens.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać