Kraj

O ulgach rodzinnych bez taryfy ulgowej

Ilekroć mowa o potrzebie zmian w polityce rodzinnej, politycy zaczynają majstrować przy systemie podatkowym.

Niedawno rząd zaakceptował projekt zmian w prawie podatkowym dotyczącym przyznawania ulg rodzinnych w zależności od dochodu i liczby dzieci. Wprowadza on limit korzystania z ulgi dla rodzin z jednym dzieckiem, które osiągają łączny roczny dochód powyżej 112 tysięcy rocznie brutto, a jednocześnie zwiększa ulgę o 50 procent na trzecie dziecko (teraz miesięcznie wyniesie 139 złotych) i o 100 procent (wyniesie 185,34 zł) na czwarte i kolejne dziecko, niezależnie od dochodów rodzin. Bez zmian pozostanie sytuacja rodzin, gdzie wychowuje się dwoje dzieci, a także rodzin z jednym dzieckiem, których dochód nie przekracza wspomnianego limitu.

Do czego potrzebne są ulgi na dzieci?

Ulga podatkowa na dziecko może pełnić dwie funkcje z punktu widzenia rodzin: motywacyjną i kompensacyjną. Pierwsza opiera się na założeniu, że rodziny, wiedząc o uldze, będą się mniej obawiać decyzji prokreacyjnych. Druga służy kompensacji kosztów ponoszonych z tytułu wychowania dzieci, by łatwiej im było wiązać koniec z końcem. Warto się jednak zastanowić, czy ulga faktycznie przynosi zakładane korzyści – czy jest najlepszą zachętą do posiadania i wychowywania dzieci, w którą warto inwestować publiczne pieniądze (ulga zmniejsza przecież dochody budżetu państwa).

Dotychczasowe doświadczenia tego nie potwierdzają. Ulga na dziecko miała marginalne znaczenie w polskim prawie podatkowym aż do schyłku rządów PiS, kiedy postanowiono podnieść jej kwotę. Wtedy stała się istotnym narzędziem polityki prorodzinnej. Nie przełożyło się to jednak na wzorce dzietności, nie powstrzymało też narastania biedy w rodzinach, zwłaszcza wielodzietnych. Co więcej, ulga nie znosi tych barier ograniczających dzietność, na które w badaniach opinii publicznej wskazują sami Polacy.

Według tegorocznego raportu CBOS do zwiększenia liczby dzieci mogłaby się przyczynić pomoc państwa w powrocie do pracy lub w znalezieniu zatrudnienia dla matek małych dzieci (56 procent odpowiedzi), zwiększenie liczby żłobków i przedszkoli (33 procent), podniesienie progu dochodowego uprawniającego do zasiłków rodzinnych (27 procent), wydłużenie urlopów macierzyńskich (25 procent), zmniejszenie kosztów opieki przedszkolnej w placówkach publicznych (21 procent). Zmian w uldze podatkowej nie uznano więc wcale za kwestię priorytetową.

A może wynika to z tego, że ulgi się po prostu sprawdziły, dobrze działają, i ankietowani wskazują inne fronty, na których rząd powinien się „podciągnąć”? Znowu: badania nie dają twardych podstaw ku takim przypuszczeniom. Ulga rodzinna jest oceniana ambiwalentnie – aż 43 procent respondentów stwierdziło, że jako wsparcie dla osób decydujących się na posiadanie dzieci ma ona znaczenie małe lub żadne.

Wyniki te nie zaskakują. Cóż po uldze rodzinnej, jeśli rodzina nie ma wystarczających dochodów, żeby ją sobie odliczyć? Cóż po uldze, jeśli zjadają ją rosnące opłaty za żłobki i przedszkola? A kiedy matka małego dziecka musi opuścić rynek, dochód w rodzinie spada. Koło się zamyka.

Dlatego tak ważne są rozwiązania typu work-life balance, pozwalające godzić życie rodzinne z zawodowym, a także dostępność niedrogich usług opiekuńczych, które odciążają chcące pracować choćby w niepełnym wymiarze młode matki. Pamiętajmy również, że inwestycja w publiczną opiekę to też tworzenie miejsc pracy. Szwecja, w której polityce rodzinnej akurat ulg podatkowych na dziecko nie ma, osiąga wysokie wskaźniki dzietności m.in. właśnie dzięki szerokiemu dostępowi do usług opiekuńczych i rozwiązaniom sprzyjającym aktywności kobiet na rynku pracy.

Niezamożni nie odetchną z ulgą

Kto właściwie korzysta z ulg i w jakim stopniu? Polityka społeczna powinna być uwrażliwiona na nierówności w warunkach życia rodzin. Czy jest tak w Polsce? I jak się do tego mają proponowane przez rząd zmiany? Raport Centrum Analiz Ekonomicznych pokazuje, że na reformach polityki podatkowo-transferowej z lat 2006–2011 najwięcej skorzystały najbardziej zamożne rodziny, mniej – te uboższe. Polityka rodzinna miała w tym niestety swój udział.

Po pierwsze, przez osiem lat nie podwyższano progów uprawniających do świadczeń rodzinnych (zasiłku rodzinnego i siedmiu dodatków do niego, np. z tytułu urodzenia dziecka, rozpoczęcia roku szkolnego, kształcenia dziecka poza miejscem zamieszkania, rehabilitacji dziecka niepełnosprawnego itp.), w efekcie czego duża liczba rodzin z dziećmi wypadła poza system wsparcia. Ci najbiedniejsi, którzy w nim zostali, mogli liczyć jedynie na niewielkie, nieadekwatne do potrzeb zwiększenie kwoty zasiłku, przy zachowaniu dodatków na dotychczasowym poziomie. Od listopada tego roku próg na szczęście ma wzrosnąć (choć już nie dodatki).

Po drugie, z ulgi na dziecko mają korzyść głównie rodziny zamożniejsze, które mogą odliczyć jej pełną kwotę od podatku. Ubodzy nie mają na to szans. Podobnie nie korzystają z tego instrumentu rodziny rolnicze, które nie rozliczają się w skali podatkowej i nie składają rocznego rozliczenia PIT 36 lub PIT 37, a wśród nich zagrożenie deprywacją materialną jest szczególnie wysokie. Funkcja kompensacyjna ulgi działa więc słabo i selektywnie, wykluczając tych, którym wsparcie materialne byłoby najbardziej potrzebne. Czy obecne propozycje zmian korygują ten podstawowy mankament? Niespecjalnie. Sytuacja rodzin, które były wykluczone z tego rodzaju wsparcia lub korzystały z niego w ograniczonym wymiarze, się nie zmieni.

Owszem, środki, jakie budżet zyska z likwidacji ulgi na jedno dziecko dla nieco zamożniejszych rodzin, dają pewne pole manewru, co pozwala zwiększyć odpis dla rodzin wielodzietnych. Tyle że znów tylko tych, które osiągają odpowiednie dochody. Tymczasem wiele rodzin wielodzietnych żyje w skrajnej ubóstwie, co pokazuje raport GUS. One nie odetchną z ulgą na skutek tych zmian. Potrzebne są inne działania na rzecz rodzin ubogich, w tym wielodzietnych – zasiłki, a przede wszystkim różne formy pomocy rzeczowo-usługowej w sferze edukacji, opieki i rekreacji, dające szanse uczestnictwa dzieciom z tych rodzin.

Polityka rodzinna? Ani fiskalna, ani socjalna

Od kilku lat słyszymy, że wsparcie dla rodzin powinno odchodzić od polityki socjalnej na rzecz polityki fiskalnej. Wydaje się to jednak wyważaniem otwartych drzwi. Mamy już instrumenty fiskalne, a ich skutki – jak widać – są dyskusyjne. Natomiast wymiar socjalny polskiej polityki rodzinnej właśnie kuleje. Kluczowe jednak jest to, by dostrzec, że pomiędzy rozwiązaniami  typowo fiskalnymi i typowo socjalnymi jest całe spektrum możliwych działań, które nie mieszczą się w powyższym podziale, takie jak aktywizacja zawodowa kobiet, powszechnie dostępne instytucje opiekuńcze dla dzieci czy związane z poradnictwem dla rodzin). Ważne jest też, by miały one wymiar uniwersalny, czyli były adresowane do grup o różnej sytuacji i potrzebach. Na tym fundamencie powinna się opierać nowoczesna polityka rodzinna, czego dowodzą przykłady krajów osiągających sukcesy na tym polu. Ulgi podatkowe i inne instrumenty fiskalno-transferowe mogą być tylko jej uzupełnieniem

Rafał Bakalarczyk – doktorant w Instytucie Polityki Społecznej UW, ekspert fundacji Norden Centrum, doradca do spraw polityki oświatowej Demokratycznego Zrzeszenia Studenckiego.

Bio

Rafał Bakalarczyk

| Doktor nauk społecznych
Doktor nauk o polityce publicznej, współredaktor naczelny pisma „Polityka senioralna”, członek komisji ekspertów ds. osób starszych przy RPO, współpracownik m.in. Fundacji Norden Centrum, OMS im. Ferdynanda Lassalle'a. Magazynu Kontakt i portalu Więź.pl. Ekspert Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego. Zajmuje się polityką społeczną, głównie senioralną, rodzinną, wobec osób z niepełnosprawnościami, opieką długoterminową oraz ubóstwem i wykluczeniem.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.