Kraj

Inwigilujmy władzę, a nie bojkotujmy – plan awaryjny na wybory majowe

Andrzej Duda

Głosowanie w takich warunkach to żaden obowiązek, ani prawny, ani moralny, to jednak wciąż święte prawo. Komentarz Michała Sutowskiego.


Wybory prezydenckie nie powinny się odbyć w maju. Ale co, jeśli PiS jednak do nich doprowadzi? Czy są jakieś dobre rozwiązania na wypadek głosowania, które będzie w oczywisty sposób niekonstytucyjne?

Sens miałby bojkot, ale tylko prowadzony przez wszystkich poważnych kontrkandydatów Andrzeja Dudy. Ogłoszenie go bowiem przez część przeciwników PiS („społeczeństwo obywatelskie”), ale już nie przez liderów opozycji byłoby dla opinii publicznej, a więc masy wyborczej, zupełnie niezrozumiałe. Sens miałby też wspólny kandydat, ten najsilniejszy w sondażach – udzielenie mu poparcia przez pozostałych dałoby szanse na mobilizację antypisowskiego elektoratu i rzucenie wyzwania faworytowi.

Tyle że żadna z tych opcji nie wchodzi w grę. Dlaczego? Bo każdy z kandydatów opozycji woli, by już z dwojga złego wygrał Duda, niż ktoś inny (niż on sam lub ona sama) tę opozycję zdominował. Bo wierzą, że nie jest to bój ich ostatni, za to za chwilę do bitwy dołączą generał Wirus i generał Kryzys. Bo zwyczajnie boją się utraty twarzy i zmiany narracji o 180 stopni. Bo są oportunistami i tchórzami bez właściwości, a może jednak ufają w swą wielką moc i osobisty wdzięk… niech sobie czytelnik wybierze właściwą interpretację. W zasadzie to bez znaczenia, bo pewne jest, że kandydaci opozycji nie dogadają się na żadną z tych dwóch „najmniej złych” opcji. Ani na solidarny bojkot majowego głosowania, ani na poparcie najsilniejszego spośród nich.

Te wybory są nielegalne

Co w tej sytuacji pozostaje? Po pierwsze, mówić wszem i wobec, miastu i światu, że te wybory są, kurwa, nielegalne. Że to hańba i zbrodnia PiS na Polakach, upiorny eksperyment na żywym organizmie, zamiana jako tako demokratycznej Polski w środkowoeuropejską republikę bananową. Bo przed wyborami nie ma normalnej kampanii, bo organizuje je upartyjniona Poczta Polska, bo nie można zamykać lasów i salonów kosmetycznych z powodu pandemii, za to wysyłać listonoszy do 30 milionów wyborców. Zresztą nie ma tylu listonoszy. Ani rekonstruktorów z obrony terytorialnej, ani radnych PiS, ani żon i mężów radnych PiS, ani ministrantów i kolegów ministrów z harcerstwa. Bo nie można, do ciężkiej cholery, drukować kart i organizować do pracy ludzi wedle praw i procedur, które nie istnieją, choć może powstaną. I tak dalej, i tym podobne. Mówić, szerować, przekonywać znajomych i sąsiadów. A jak już przyjdzie ten 10 czy 17 maja?

Patrzeć na ręce

Patrzeć gnojom na ręce, to jest etap drugi. Zorganizować wielką akcję inwigilacji władzy przez obywateli. Po co? Bo skoro mówiliśmy, że wybory to farsa, to teraz to udowodnimy. W każdej gminie, pod każdą skrzynką nadawczą szukamy zgubionych kopert z głosami i filmujemy kaszlących listonoszy. Zbieramy każdy sygnał od każdego, kto tej koperty nie dostał, bo choć głosowanie w takich warunkach to żaden obowiązek, ani prawny, ani moralny, to jednak wciąż święte prawo. Weryfikujemy te doniesienia, filtrujemy okiem prawników i dziennikarzy, fact checkerów i organizacji strażniczych.

Krótko mówiąc, zbieramy gigantyczny materiał dowodów na to, że cały wyborczy bajzel, jaki PiS ściągnął na głowę Polakom, faktycznie narusza standardy demokracji, ochrony życia narodzonego, a także rozum i godność człowieka.

PiS za tę farsę zapłaci

Po co to wszystko? Żeby uczynić te wybory jak najbardziej kosztownymi dla PiS. Żeby każdy, kto przykłada rękę do ich organizacji, miał świadomość, że łamie prawo, że jest obserwowany, że będzie ukarany, jeśli do prokuratury w Polsce wrócą cywilizowane standardy. Owszem, ktoś powie, że to już przecież nikogo nie obchodzi, że ludzi interesują praca, kredyty, utracone dochody i wolne miejsce na zakaźnym dla babci.

Wyborczy pojedynek na szosie

A jednak – jeśli do wyborów w maju dojdzie, tyle właśnie będziemy mogli zrobić jako społeczeństwo, dziś pozbawione wpływu nawet na „swoich” kandydatów. Dostarczyć wyborcom i światu dowodów, z jaką katastrofą organizacyjną mamy do czynienia (bo że z prawną, to już sprawa dla konstytucjonalistów). Sprawić, by na tym trybie wyborów stracił nie tylko prezydent Duda, ale i cały obóz rządzący – by jego wyborcy, ci sami, którzy wyborów przecież nie chcą, zyskali potwierdzenie dla swych słusznych złych przeczuć. By zrozumieli, gdzie ich własne zdrowie, ale i własne prawa wyborcze ma władza, którą dotąd popierali.

Już sama definicja problemu – podejrzenie urzędniczego przestępstwa i kompromitacji państwa na masową skalę – ustawia PiS w pozycji delikwenta, który musi się bronić. I się nie obroni, bo w tych warunkach nie da się przeprowadzić wyborów korespondencyjnych bez masowych nieprawidłowości. Sami tego chcieliście, Grzesie Dyndały, a przecież stan klęski żywiołowej mieliście w każdej chwili pod ręką.

Bojkot jest niezrozumiały

Dlaczego to lepszy pomysł niż bojkot? Bo ten będzie niezrozumiały dla ludzi, skoro kandydaci opozycji w wyborach jednak startują. Bo bojkot tylko zwiększa i tak duże szanse na zwycięstwo prezydenta Dudy w pierwszej turze, demobilizując wyborców jednostronnie. Bo obok już obecnych przepaści między kandydatami demokratycznymi, niezdolnymi się ze sobą dogadać dla wyższego dobra, wykopuje jeszcze jedną i największą. Mianowicie przepaść między obywatelami nieidącymi do wyborów z troski o demokrację, a politykami i tak już słabej opozycji, którzy w tych wyborach wystartują. Niby jedni i drudzy mówią to samo, że wybory niesłuszne, że boisko nierówne – ale wnioski wyciągają przeciwne. Kandydaci wystartują, część obywateli wybory zbojkotuje, inna część zagłosuje z zaciśniętymi zębami, jeszcze inni z nadzieją – a PiS będzie miał prezydenta przy umiarkowanej frekwencji. Co z tego, że odsądzanego od czci i wiary.

Zwolnienie, strajk czy wezwanie do wojska? Co czeka listonoszy podczas wyborów w maju?

Jarosław Kaczyński, korzystając z tego, że opozycja jest rozbita, chce zrobić z wyborów prezydenckich plebiscyt. Ustawiony nierówno, pod wyborców pragnących skonsolidowanej władzy i ciągłości, a przeciw całej reszcie, która sama nie wie, czy chce innego prezydenta, innej polityki, innego systemu politycznego czy po prostu ma to wszystko gdzieś.

Zamieńmy Kaczyńskiemu plebiscyt na proces

Spróbujmy mu ten plebiscyt zamienić na proces – zbiorowe postępowanie dowodowe w sprawie o zbrodnię na demokracji. Masowa inwigilacja obywatelska władzy to jedyna szansa, by konkurujący kandydaci demokratyczni pod jakimś przynajmniej względem zagrali do jednej bramki. By ich przekaz (odwrotnie niż przy bojkocie) zbiegał się z nastrojami najbardziej aktywnej części obywateli. By wreszcie to, co demokratyczne partie, organizacje pozarządowe, Rzecznik Praw Obywatelskich i zaangażowani obywatele mówią od tygodni, przełożyło się na projekt wspólnego działania, a nie wspólnego zaniechania.

Efekt udanego nawet bojkotu, czyli niższa frekwencja, znaczyć będzie tyle, że jacyś wyborcy nie chcieli głosować, ich prawo. A może po prostu nie lubią całej klasy politycznej? Nie ma powodu, by tę „czerwoną kartkę” zwycięski Duda miał brać akurat do siebie. Obywatelska kontrola wyborów wykaże za to, jak wielu zagłosować nie mogło. W tym zwolenników obecnej władzy.

A jeśli nastąpi cud i jakiś kandydat przejdzie do drugiej tury, zawalczy o zwycięstwo? To bardzo fajnie. Przecież nikt normalny nie uwierzy, że PiS ustawiał wybory na korzyść opozycji. Po prostu się okaże, że Kaczyński z Sasinem to nie tylko zabójcy demokracji, ale jeszcze do tego nieudolni.

A poza tym wciąż mam nadzieję, że do wyborów majowych nie dojdzie.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Bio

Michał Sutowski

| Publicysta Krytyki Politycznej
Politolog, absolwent Kolegium MISH UW, tłumacz, publicysta. Członek zespołu Krytyki Politycznej oraz Instytutu Studiów Zaawansowanych. Współautor wywiadów-rzek z Agatą Bielik-Robson, Ludwiką Wujec i Agnieszką Graff. Pisze o ekonomii politycznej, nadchodzącej apokalipsie UE i nie tylko. Robi rozmowy. Długie.