Miasto

Człowiek do wszystkiego się może przyzwyczaić

Pan Antek rozkłada ręce: „żyjemy, bo żyjemy”. Pani Patrycja nie wierzy, że cokolwiek się poprawi, bo „urzędy i tak ich mają w dupie”. Pan Krzysztof przeprasza, że przeklina; zapewnia mnie, że gdybym pomieszkał w lokalu socjalnym, też bym przeklinał. Reportaż Jana Tomasza Rybickiego ze zdjęciami Martyny Chmury.

Kiedy pani Maja wprowadziła się do jednej z kawalerek na osiedlu, pomyślała: „Super!”. Co prawda była ich piątka i brakowało łazienki: nie tylko w mieszkaniu, ale nawet wspólnej na korytarzu. Czynsz za to był niski. Wcześniej z mężem Frankiem musieli harować oboje – on na wynajem, ona na życie. Kiedy pan Franek wracał z budowy, ona szła na popołudniową zmianę do żabki – zawsze ktoś był z dziećmi, ale siebie nawzajem nie widywali prawie wcale.

O mieszkanie socjalne starała się przez osiem lat. Obecnie, jak informuje Urząd Miejski w Gdyni, obowiązują jedynie dwa warunki: należy mieszkać w Gdyni przez co najmniej pięć lat i posiadać dochód nie wyższy niż 968 złotych brutto na osobę. Na lokal oczekuje 715 osób.

Pani Maja, która o mieszkanie zaczęła się starać ponad 20 lat temu, warunki jego otrzymania pamięta inaczej. Opowiada, że pani z pomocy społecznej poradziła jej któregoś dnia: „niech się pani wprowadzi do mamy, przemęczy rok czy dwa i wtedy dostanie pani to mieszkanie”. Rada okazała się skuteczna – w niewielkim mieszkaniu mamy musiało się pomieścić w sumie 11 osób, ale lokal w końcu otrzymali.

PiS spełnia marzenia deweloperów i kamieniczników

Ustawa o ochronie praw lokatorów z 2001 roku zakłada, że mieszkanie socjalne może mieć „obniżony standard”, nie precyzując, jak niski może on być. Konieczne jest 5 metrów kwadratowych na osobę i dostęp do wody. Za pierwszym razem rodzinie pani Mai zaproponowano mieszkanie w zagrzybionym, przystosowanym do mieszkania biurowcu. Kobieta skorzystała z prawa do odmowy i za drugim razem otrzymała kawalerkę na Zamenhofa.

Osiedle, na którym zamieszkała, miało swoją sławę. W Gdyni było znane między innymi z koncentracji mieszkań socjalnych i komunalnych, o teoretycznie wyższym standardzie. Łącznie jest w nich zameldowanych ponad 1400 osób – to przynajmniej połowa mieszkańców osiedla. W badaniu sprzed kilku lat połowa ankietowanych deklarowała, że nie ma dostępu do ciepłej wody bieżącej, a co dziesiąty nie miał w mieszkaniu łazienki. Jeden z bloków zapada się z powodu braku odpowiednich fundamentów. Sami mieszkańcy osiedla nie mieli dobrego zdania o swojej okolicy – większość uważała, że ich osiedle jest najbiedniejsze w Gdyni i że ludzie boją się tam zapuszczać.

Pani Maja pamięta bójki po meczach między blokami. Opowiada, że budynki otaczał piaszczysty plac, który po deszczu przypominał bagno. Kiedy pogoda dopisywała, zanim pozwoliła dzieciom wyjść się bawić, musiała sprawdzić, czy na starym placu zabaw nie walają się strzykawki po narkotykach.

– Dla wielu mieszkańców to nie było miejsce, które sami sobie wybrali i z którym czuli się związani, tylko raczej miejsce zsyłki – tłumaczy Jarosław Józefczyk, zastępca dyrektora gdyńskiego MOPS-u. – W to samo miejsce trafiały rodziny wieloproblemowe, borykające się między innymi z ubóstwem, bezrobociem czy uzależnieniami. Z biegiem lat kumulacja tych problemów, połączona z brakiem intensywnej pracy w środowisku, doprowadziła do dewastacji okolicy i dehumanizacji pobytu. Można powiedzieć, że po latach 90. odziedziczyliśmy nienaturalny twór społeczny, coś w rodzaju getta – podsumowuje.

Osiedle Zamenhofa – Opata Hackiego. Fot. Martyna Chmura

Z perspektywy pani Mai mieszkanie socjalne, które otrzymała, nie było miejscem zsyłki: było jej nowym domem, chciała tu normalnie żyć. Większy pokój od razu przedzielili ścianką na dwa: jeden, pięciometrowy, z dwuosobowym łóżkiem i dwoma biureczkami dla dwóch starszych synów, drugi dla nich i kilkuletniego synka. Myli się w wielkiej, czarnej balii do rozrabiania betonu. Dawali radę, marzyli o kupnie domu do remontu, za Gdynią. Potem pan Franek zmarł, a pani Maja została sama z trójką synów.

Jej matka, alkoholiczka, więcej wsparcia potrzebowała, niż sama mogła dać. Pani Maja pierwsze dziecko urodziła jako 16-latka; drugie, kiedy miała 18 lat. Była przyzwyczajona do tego, że musi sobie radzić sama.

Za dnia pracowała jako opiekunka starszych osób, a między obsługą kolejnych klientów zaprowadzała dzieci do szkoły, potem je przyprowadzała, robiła coś do jedzenia. Wieczorami biegła do żabki albo jechała na nocną zmianę w ochronie. Robiła wszystko, co mogła, żeby synom niczego nie brakowało. Na brak taty nie mogła poradzić. – Kiedy Franek wracał do domu, to przychodzili od razu pod drzwi z zeszytami – wspomina – a kiedy nie było taty, to hulaj dusza! Gdybym nie musiała być w pracy, tobym ich upilnowała…

Nastolatkom w okresie buntu łatwo było się wpakować w kłopoty, szczególnie na tym osiedlu. Najstarszy syn wagarował, koledzy wyciągali go na piwo. Kiedy pojawiły się narkotyki i drobne kradzieże, pani Maja zrozumiała, że sobie nie poradzi. Z wyrzutami sumienia poprosiła o przyjęcie 15-letniego syna do ośrodka wychowawczego. Patrzyła, jak wychodzi na prostą. Drugie dziecko wysłała już bez dylematu.

Trzeci, teraz nastolatek, na razie nie narobił sobie takich kłopotów. Pani Maja myśli, że w jego przypadku nie będzie musiała się uciekać do ostateczności. Osiedle się zmieniło, ona odchowała już prawie wszystkie dzieci i jest w lepszej sytuacji finansowej. Nawet prysznic w mieszkaniu zrobiła.

Dziesięć lat temu, na długo przed wysłaniem najstarszego syna pani Mai do oddalonego o 120 kilometrów ośrodka wychowawczego, władze miejskie zaczynały sobie uświadamiać, jak złe warunki panują na osiedlu i że trzeba coś z tym zrobić.

Dorastanie na osiedlu Zamenhofa – Opata Hackiego. Fot. Martyna Chmura

Ziemia niczyja, przestrzeń wspólna

Należało zacząć od zupełnych podstaw – zorientować się, kto właściwie mieszka na osiedlu i czego potrzebuje. Z dzielnicowego Ośrodka Pomocy Społecznej wydzielono zespół mający zajmować się tylko tym osiedlem. Pracownicy socjalni chodzili od drzwi do drzwi, proponując rozmowę i pomoc, prosząc o wypełnienie ankiet. Jarosław Józefczyk ocenia, że był moment, kiedy pracownicy pomocy społecznej znali na osiedlu każdą rodzinę, która miała jakiś większy problem.

Starali się namierzać liderów – ludzi, którzy potencjalnie byliby gotowi zaangażować się w działania na rzecz lokalnej społeczności; dać przykład i przełamać przekonanie, że osiedle to miejsce niczyje. Początki były więcej niż skromne – za sukces uznano, że udało się zorganizować zajęcia nordic walking, na których pojawiło się kilkoro chętnych, i że powstała z tego grupka licząca kilkanaście osób. Chodziło o to, żeby między blokami, na piaszczystym placu, wreszcie zaczęło się dziać coś ciekawego.

W okolicy działało kilka organizacji pozarządowych; z czasem udawało się coraz lepiej koordynować ich działania, pojawiały się nowe. Dzięki funduszom unijnym zorganizowano szereg warsztatów i spotkań.

W budynku po dawnej aptece stworzono klub, który miał być przestrzenią do rozmowy z mieszkańcami o ich problemach, do wspólnego zastanowienia się nad tym, co można zrobić, by poprawić sytuację osiedla. Czasem przychodziła tam pani Maja. – Malowaliśmy bloki, zbieraliśmy śmieci, robiliśmy ogródki – opowiada.

Gdzie państwo nie może, tam posyła pracowniczkę socjalną

– Jednak mimo wieloletniego zaangażowania w pracę społeczną problemem pozostawała nasza wiarygodność – opowiada Aleksandra Markowska, dyrektorka Laboratorium Innowacji Społecznych (LIS), jednostki budżetowej miasta, która ma za zadanie działać na rzecz zrównoważonego rozwoju. – Mieszkańcy mieli pretensje, że mimo obietnic wciąż nie ma żadnej zmiany infrastrukturalnej.

Ta nadeszła wraz z rozbudowanym programem rewitalizacji i innymi działaniami dla obszaru, wartymi ponad 50 milionów złotych. Zbudowano system odprowadzania wody, by po deszczu nie zostawały błotne kałuże, piaszczysty plac zastąpiono trawnikiem z wytyczonymi alejkami, postawiono ławki, place zabaw, instalacje z inicjałami osiedla – ZOH, Zamenhofa – Opata Hackiego. Okolica stała się po prostu ładna; ceny mieszkań wzrosły prawie dwukrotnie.

Aleksandrę Markowską cieszy, że mieszkańcy, szczególnie dzieciaki i młodzież, mają dostęp do bogatej oferty sportowej i kulturalnej, która nie stygmatyzuje ich jako „tych z osiedla”. Program rewitalizacji jest rozpisany na lata 2017–2026. Dyrektorka LIS-u ma nadzieję, że już przed datą końcową obszar przestanie wyróżniać się negatywnie na tle reszty miasta, przynajmniej pod względem przestępczości, bezrobocia i ubóstwa. Jeśli ma rację, będzie to oznaczać, że 15 lat pracy i inwestycji pozwoliło częściowo zrekompensować zaniedbania poprzednich kilkunastu lat.

Handlowa 9. Lokatorka przedstawia Justynę, wieczną lokatorkę zapisaną na elewacji. Fot. Martyna Chmura

Piętnasta przeprowadzka

Niektórzy mówią, że po osiedlu na Zamenhofa – Opata Hackiego jednym z najtrudniejszych miejsc w Gdyni pozostają dwa bloki przy ulicy Żeglarzy, w sumie 82 mieszkania. Część mieszkańców pamięta, że w jednym z nich znajdował się hotelowiec dla robotników ze stoczni, w drugim, bliźniaczym – podobno był kiedyś internat. Kabiny prysznicowe są wspólne, dzielone przez lokatorów z piętra. Zresztą nie tylko łazienki łączą sąsiadów – gipsowe ścianki są na tyle cienkie, że wspólna jest większość rozmów prowadzonych w mieszkaniach. Słychać je dobrze nawet na korytarzach.

– Kiedyś filozofia mieszkań socjalnych była inna – mówi Michał Guć, wiceprezydent miasta od 20 lat. – Z góry zakładano, że lokator mieszkania socjalnego to ktoś, kto nie będzie płacił, nie wywiąże się ze zobowiązań, a tylko zdewastuje, więc należy dać mu jak najniższy standard, bo i tak tego nie uszanuje i nie doceni.

Takie założenie okazało się samospełniającą się przepowiednią.

Jedną z pierwszych lokatorek była pani Wiktoria – niewysoka, trzydziestokilkuletnia kobieta. Mieszka na Żeglarzy od 20 lat. Wprowadziła się z rodzicami jako nastolatka; dziś wychowuje czwórkę dzieci. Wciąż pamięta świeżo odmalowany, pachnący farbą budynek. Teraz mówi, że wstyd jej kogokolwiek zaprosić.

Upiór w bloku

czytaj także

Upiór w bloku

Marta Rysa

Wszyscy lokatorzy, z którymi rozmawiałem, skarżą się na śmieci pozostawiane na klatkach i na firmę sprzątającą, która nie wywiązuje się z obowiązków. Podobno ktoś ma zwyczaj wypuszczać na klatkę psa, żeby załatwił swoje potrzeby. Gipsowe ściany na długim korytarzu są poznaczone dziurami po uderzeniach. Korytarze na kolejnych piętrach kiedyś rozdzielały drzwi, po których zostały tylko szkielety framug.

– Mój mąż ich złapał, gówniarzy, jak drzwi piłowali, żeby na złom wynieść! – opowiada pani Alicja, lokatorka od 18 lat. „Młodzież” dawała się we znaki wszystkim: – Wystawali całe dnie na klatkach, a jeśli im się podpadło, to co chwila walili w drzwi, rzucali w nie jajkami… Mąż im co chwila zwracał uwagę, aż w końcu przyszło dwóch wyrostków z ojcem i po prostu go pobili!

„Ale teraz już nie ma tej młodzieży” – przyznają zgodnie pani Alicja z sąsiadką. Zostały puste framugi po drzwiach i dziury w gipsowych ścianach. W bloku wciąż rozgrywają się kłótnie wokół tych samych problemów – dzieci, które komuś dokuczają, albo mieszkań, z których przed południem dobiegają krzyki i głośna muzyka.

– I jacy ludzie tu mieszkają! Taki jeden, wydziarany, „malowany” na niego mówimy. Po więzieniu… Jak chłopcy grają w piłkę, to od razu się drze, „mordy zamknąć”! – opowiada jedna z mieszkanek bloku.

W sumie problemów jest jednak mniej niż kiedyś, tak jak i samych mieszkańców. W wielu mieszkaniach zostali sami starsi ludzie, samotnie, bo ich dzieci zdążyły się wyprowadzić. W jeszcze innych zamontowano łazienki i przekwalifikowano je na lokale komunalne, o wyższym standardzie.

W jednym z nich zamieszkała pani Magda z mężem i szóstką dzieci. W całym swoim dorosłym życiu nigdy nie mieszkała tak długo w jednym miejscu, już pięć lat! Kiedy zaczyna wyliczać swoje przeprowadzki, wychodzi ich 15. – Od mamy na wynajem, z wynajmu do wujka, który miał na działce mały domek gospodarczy, potem znowu do mamusi, i potem na wynajem, na ulicę Kadmową… Tam było fajnie, mieliśmy dwa pokoje – mówi, mając na myśli swoją sześcioosobową rodzinę – ale trudno było gdzieś zagrzać miejsce. Nie mieliśmy stałych dochodów, a zresztą, kto wynajmie rodzinie z czwórką, piątką dzieci mieszkanie na czas nieokreślony? – pyta retorycznie.

W jej przypadku okazało się to niewykonalne. Właściciele wiedzą, że nawet jeśli rodzina z małymi dziećmi będzie zalegać z opłatami, może otrzymać eksmisję wyłącznie z prawem do lokalu socjalnego, na co niektórzy czekają kilkanaście lat. Najmujący mogą potem ubiegać się o odszkodowanie ze strony miasta, ale jak wynika z opowieści pani Magdy – większość woli nie ryzykować.

Pani Magda mówi, że dobrze się jej tu mieszka. Wie, że dopóki płaci, nikt nie każe jej się wyprowadzić. Nigdy nie miała kilkupokojowego mieszkania, a tu dwie dziewczynki mają swój pokoik, dwaj chłopcy – swój, a najstarszy, Krystian, ma własny, we wnęce przeznaczonej na garderobę. Pani Magda stara się ze wszystkimi dobrze żyć. – Gdyby tylko ktoś tę klatkę doprowadził do porządku – wzdycha.

Liderzy

To nie tak, że blok przy Żeglarzy pozostawiono własnemu losowi. Problem polega raczej na tym, że kiedy próbowano pomóc, robiono to zbyt małymi środkami i w zły sposób. Problemem był wandalizm na klatce? Zatrudniono firmę ochroniarską. Awantury i picie? W jednym z bloków znalazła się straż miejska. Zadłużenie mieszkańców w bloku razem z odsetkami wynosi, jak informuje ZBiLK, ponad 1,5 miliona złotych? Niech w bloku zainstaluje się bezpłatny punkt pomocy prawnej. Należy pomóc dzieciom? W salach na parterze umieszczono placówkę wsparcia dziennego.

– Obłożenie tych ludzi wszystkim, co było do dyspozycji, odgradzało ich tylko od reszty miasta. W ten sposób powstaje coś w rodzaju instytucji totalnej – tłumaczy Jarosław Józefczyk z MOPS-u.

– Taka enklawa, z której ludzie nie wiedzą, jak wyjść. – Podobną myśl wyraża Joanna Szymańska, zaangażowana w działanie placówki wsparcia jako „trenerka rodziny”, współpracująca z rodzinami między innymi potrzebującymi pomocy w rozwiązaniu problemów wychowawczych, opracowaniu strategii wychodzenia z zadłużenia czy wsparcia w aktywizacji zawodowej.

Niedawno placówka przeniosła się z bloku na Żeglarzy do pobliskiego budynku oddalonego o kilkaset metrów – nowego i ładnego, położonego bliżej przystanku i dużej, oświetlonej ulicy. Izabela Karolewicz, prezeska stowarzyszenia prowadzącego placówkę, ma nadzieję, że dzięki temu dzieci z Żeglarzy i innych regionów będą się ze sobą „mieszać” i wychodzić poza swoje konteksty.

Razem ze współpracowniczką opowiadają mi o zadłużeniu mieszkań socjalnych, które dla całego zasobu komunalnego wynosi obecnie około 40 milionów złotych. Rzeczywiście jest tak, że bardzo wielu lokatorów zalega z opłatami za mieszkanie – po kilka, kilkanaście tysięcy, a czasem zadłużenie potrafi iść w dziesiątki i setki tysięcy złotych.

– Ale niektórzy nie przyjmują do wiadomości wagi problemu, dopóki nie przyjdzie komornik – tłumaczą – bo całe życie jakoś dawali radę unikać opłat, że w ich przekonaniu kwota jest już zbyt wysoka, żeby udało się coś z tym zrobić, albo po prostu dlatego, że nauczyli się, że pieniądze trzeba wydać, kiedy są. Nie planują życia w dłuższej perspektywie.

Nie wystarczy umieścić pod blokiem darmowej pomocy prawnej; czasem trzeba do ludzi wyjść, poznać ich i pokazać alternatywy. Placówka wsparcia dziennego nie ma zasobów, by powtórzyć działania kalibru podobnego do tych, jakie zorganizowano na osiedlu Zamenhofa – Opata Hackiego. Do tego potrzeba więcej ludzi, skoordynowanego działania wielu podmiotów i przede wszystkim funduszy, które sprawią, że obietnice poprawy warunków życiowych będą miały pokrycie. W urzędzie miasta i w MOPS-ie mówi się, że takie działania mają już niebawem zostać podjęte.

Na razie obie panie starają się wspierać i zachęcać do działania tych lokatorów, którzy jeszcze coś chcą w swoim środowisku zmienić. – To najczęściej ludzie, którzy wprowadzili się niedawno. Jeszcze nie przyzwyczaili się do tego, jak blok wygląda – oceniają.

Eksmisja, czyli ostateczne wykluczenie

Teraz w bloku przy Żeglarzy 5 jest kilka osób, które gotowe są coś zrobić – kupić z własnych pieniędzy farbę i odmalować część korytarza albo odgrodzić płotem ogródek przed blokiem i posadzić tam krzewy za pieniądze ze zbiórki sąsiedzkiej i miejskiego dofinansowania.

Jedną z bardziej dziarskich i zaangażowanych osób jest pani Kasia, kobieta po czterdziestce, mieszkająca na Żeglarzy od dwóch lat. Mówi, że w życiu powinęła jej się noga, została sama z czwórką dzieci. Nie starczało jej na czynsz, dostała eksmisję z prawem do lokalu socjalnego, na który czekała 12 lat. Teraz stanęła już na nogi i chociaż pracuje ciągle na dwie zmiany, to kiedy tylko może, próbuje coś zrobić w pobliżu bloku.

Chciałaby, żeby ludzie bardziej dbali. Ale już teraz jest lepiej, bo przestają niszczyć. – Drobnymi kroczkami do przodu – mówi. Najbardziej się cieszy, kiedy włączy się ktoś nowy, wcześniej niechętny – na przykład pan Karol, ze względu na tatuaże nazywany „malowanym” – Zawsze był „na nie”, zawsze powtarzał „sąsiadka, to się nie uda”. Ale w końcu zszedł i pomógł nam z tymi krzewami – triumfuje.

Mieszkaniec Handlowej 9 demonstruje tatuaże, pamiątki po przeszłości. Fot. Martyna Chmura

Straszak

Wiceprezydentowi miasta Michałowi Guciowi marzy się sytuacja, w której bloki socjalne będą po prostu normalnymi miejscami do mieszkania – bez stygmatu patologii. Miasto stara się te bloki i osiedla, jedne po drugich, dźwigać. Jak tłumaczy, z jednymi udaje się szybciej, w innych potrwa to dłużej.

Handlowa 9 jest miejscem, gdzie na razie nie planuje się dużych zmian. Mogą trafić tam osoby, które „psują atmosferę” w innych blokach socjalnych, i ci, którzy „notorycznie nie płacą czynszu”. – W określonych przypadkach, gdy nie da się wpłynąć na zmianę postaw, „straszakiem” są coraz gorsze warunki. Wtedy jedyne, co można zrobić, to budować drabinkę mieszkań o coraz niższym standardzie – tłumaczy wiceprezydent.

Na dole tej „drabinki” znajduje się zaadaptowany do mieszkania biurowiec, położony na terenach fabrycznych. Miasto kupiło go w pierwszej dekadzie XXI wieku. – To był pomysł, żeby ludzi przestraszyć, żeby zobaczyli, że może być gorzej – przyznaje Guć.

Mieszkalnictwo postawione na głowie

Tym, co czyni z Handlowej straszak, jest między innymi wilgoć i grzyb, o których mówią prawie wszyscy mieszkańcy. Dyrekcja Zarządu Lokali Socjalnych i Komunalnych Gdyni uprzejmie informuje, że izolacja budynku została położona i zagrzybienie jest „prawdopodobnie związane z normalnym bytowaniem – praniem i gotowaniem, przy jednoczesnym nieodpowiednim wietrzeniu pomieszczeń oraz niedogrzaniu”. Zwraca uwagę na to, że mieszkania mają przecież indywidualne ogrzewanie na prąd, a najemcy często na ogrzewaniu oszczędzają.

Pan Marek zaprzecza, że nie grzeje. Rzeczywiście musi oszczędzać, bo ma 645 złotych renty, a musi kupić leki. Jego mieszkanie to jeden pokoik, kanapa, na której śpi obok kuchenki, a i tak za prąd zimą płaci 150 złotych. Ma dość ciepło. Grzyba też ma.

Mieszkaniec lokalu przy Handlowej 9 pokazuje środek, którym usiłuje chronić swoje mieszkanie przed pleśnią. Fot. Martyna Chmura

Starsze małżeństwo z parteru również zarzeka się, że grzeją. Wprowadzili się kilka lat temu, po eksmisji z poprzedniego mieszkania, za które nie płacili. Demonstrują płyny na grzyba i mówią, że regularnie myją ściany. Pani Krystyna płacze, chciałaby normalnie żyć, ale ubrania w szafie i meble jej pleśnieją, tak od dołu ciągnie wilgocią.

– Zależy, jak kto dba – łagodzi sąsiadka z piętra wyżej, która mieszka z mężem. Teraz na wiosnę będą skrobać i malować, kolejny raz w ciągu sześciu lat, od kiedy się tu wprowadzili. Opowiada, że w zasadzie tylko zimą jest problem, ale wystarczy co jakiś czas odsunąć meble i wyszorować ściany. Ostatnio próbowała domestosem. Kiedy rozmawiamy, ściana pod oknem akurat jest znów sczerniała od grzyba. Ale już niedługo będzie malowanie.

Z blokiem przy Handlowej sąsiaduje oddział Archiwum Państwowego. Z dokumentacją, która tam trafia, postępuje się z najwyższą troskliwością – dezynfekuje się ją w specjalnej komorze, a niszczejące dokumenty z okresu PRL poddaje się procesowi odkwaszania papieru, kartka po kartce, tak by przetrwały jak najdłużej. Mają zapewnione określone warunki – urządzenia czuwają, by względna wilgotność powietrza wahała się pomiędzy 45 a 65 procent, a temperatura między 15 a 18 stopniami Celsjusza. Zgromadzone tam papiery przechowywane są na zawsze, by mogli z nich korzystać hobbyści, historycy, prawnicy.

Dokumenty przechowywane na Handlowej 11 kryją wiedzę o tym, co było kiedyś. Są potrzebne i ważne.

Handlowa 9. Fot. Martyna Chmura

Dom z przypadku

Na Handlowej 9 mieszka wiele osób z chorobą alkoholową. Ludzi, którzy mieli kiedyś problemy z prawem. Wielu jest po eksmisjach z innych lokali socjalnych. Niektórzy to po prostu starsze, samotne osoby.

Pan Marek, który ma 645 złotych renty, przez osiem lat był bezdomny. Z zawodu jest rzeźnikiem. W zakładach mięsnych przepracował 18 lat. Opowiada, że praca przy uboju była tak ciężka, że nie życzyłby jej najgorszemu wrogowi: kwik, smród wyjmowanych jelit i osierdzi, para, wysoka temperatura na wielkiej hali. Przyzwyczaił się. Mówi, że ze względu na trudne warunki podupadł na zdrowiu w późniejszym czasie.

W Rybniku smog dusi nawet w domach

Po rzeźni przez jakiś czas pracował w zakładzie garmażeryjnym. A potem przyszła transformacja i zakłady zamknięto. Stracił pracę. Po mieszkanie przyszedł komornik. Został mu alkohol. Próbował się powiesić.

Przez osiem lat mieszkał w ośrodku dla bezdomnych. Pracował tam z psychologiem, o którym mówi, że przywrócił mu chęć do życia. Za jego radą zgłaszał się do małych prac w ośrodku – malowania ścian, pomocy w ogródku. Zakwalifikował się do programu wychodzenia z bezdomności, dzięki któremu mógł przy wsparciu pomocy społecznej wynająć mieszkanie, i w końcu doczekał się przydziału mieszkania socjalnego. Mówi, że tak się ucieszył, że wziął w ciemno.

Uważa, że mieszkanie dostał dzięki swojej pracy w ośrodku, że został w ten sposób wyróżniony. Tylko że do najbliższego sklepu są prawie 2 kilometry, a on jest po zawale i wylewie. Zakupy to dla niego wyprawa na półtorej godziny. Niedługo osiągnie wiek emerytalny. Z każdym kolejnym rokiem droga do sklepu będzie coraz dłuższa.

Jego sąsiad z parteru nie czuje się wyróżniony, wręcz przeciwnie. Otrzymał wyrok eksmisyjny ze względu na zadłużenie poprzedniego mieszkania. Mówi, że to wziął bez oglądania, dla świętego spokoju, ponieważ był do tego namawiany w urzędzie. Dopiero po fakcie zorientował się, gdzie będzie mieszkał. Czuje się oszukany przez administrację i planuje wejść na drogę sądową.

Niektórzy lokatorzy po prostu nie wiedzieli, że mieli prawo poprosić o inny lokal. Inni nie byli już w stanie dłużej czekać i wzięli pierwszy, który im zaproponowano.

„Zaczęło się od pana Jana”. O księgowej, która pomaga bezdomnym w Warszawie

Kilkoro spodziewało się, że będą tu mieszkać przez krótki czas – tak jak pani Wiesława, która od pięciu lat czeka na przydział mieszkania komunalnego, albo pani Anna, która mówi, że miała tu mieszkać ze względu na remont drogi przechodzącej obok jej domu. Przydzielono jej mieszkanie socjalne ze względu na obawę, że stary domek – „barak”, jak o nim mówi – zostanie uszkodzony podczas prac. Opowiada, że do domku wprowadzili się bezdomni, którzy zaprószyli ogień, i nie miała już gdzie wracać.

Pan Krzysztof również sądził, że wprowadza się na dwa lata – jak standardowo stoi w umowie najmu lokalu socjalnego na czas określony.

– Dwa i jeszcze dwa, i jeszcze dwa, kurwa, i już 20 tu mieszkam – wylicza, jak gdyby miał za chwilę wybuchnąć. Przeprasza, że przeklina. Zapewnia mnie, że gdybym tutaj pomieszkał, to też przestałbym mówić tak kulturalnie.

Lokator z Handlowej. Fot. Martyna Chmura

Ja i tak niedługo umrę

Wiceprezydent Michał Guć, mówiąc o „drabince” coraz gorszych mieszkań, zastrzega, że ograniczenie jest czysto humanitarne. Jak tłumaczy, nie skieruje na Handlową rodziny z dzieckiem, bo nie może karać dzieci za to, że mają takich rodziców.

Nie jest jednak tak, że na Handlowej nie mieszkają rodziny z dziećmi. Dzieci jest przynajmniej siódemka, do czego można doliczyć dwie nastolatki i Krystynę, która jest dorosła, ale ze względu na zespół Downa mieszka z rodzicami – emerytami. Pani Asia, jej matka, powtarza po raz kolejny tę samą historię: na Handlowej zamieszkała 16 lat temu, po wyroku eksmisyjnym. Sześć lat temu okazało się, że przysługuje jej mieszkanie komunalne, o normalnym standardzie. Mówi, że była już na pierwszym miejscu w kolejce i nie rozumie, dlaczego spadła na trzecie.

Patrycja z Antkiem mieszkają tu od 15 lat. Na Handlowej odchowali dwójkę dzieci, teraz zostali z trzecim synem, który ma zespół Tourette’a i astmę oskrzelową. Pan Antek jest budowlańcem – praca dobra, o ile jest. Jego żona sprząta mieszkania. Syn Kubuś ma szkołę online. W okolicy nie bardzo ma z kim się bawić. Zresztą – gdzie?

– Większość ludzi, którzy tu mieszkają, pewnie sobie na to zasłużyła, ludzie lubią sobie golnąć – mówi pan Antek. On sam został dźgnięty nożem na klatce. – Ale to dlatego, że wcześniej dałem w mordę tamtemu mężczyźnie – dorzuca, jak gdyby to wszystko wyjaśniało.

Klatki są otwarte, każdy może wejść, niektórzy robią w mieszkaniu „melinę” i zapraszają różnych ludzi. Należy zamykać drzwi, bo rzeczy z mieszkań znikają. Do ich sąsiada, mieszkającego na parterze, weszli w nocy jacyś i go pobili. Jest przekonany, że zostali nasłani przez inną sąsiadkę.

Później słyszę, jak dwóch innych mężczyzn dogaduje starszemu sąsiadowi o podkrążonych oczach, który człapie wokół bloku i toczy nieprzytomnym spojrzeniem. „Co chcesz Kazik? Kopa w dupę?” „Jakie chciałeś życie, takie masz!” „Chciałeś grzać, to grzej!” Pan Kazik mamrocze coś i oddala się chwiejnie.

– My żyjemy, bo żyjemy – rozkłada ręce pan Antek. Nie było ich stać na wynajem, przyjęli mieszkanie, które im zaproponowano. Teraz już się urządzili, grzyba zwalczyli chemią. O zmianę mieszkania nie prosili. Patrycja mówi, że nie wierzy, że to cokolwiek może dać, „a urzędy i tak ich mają w dupie”.

Pan Krzysztof, który liczył, że wprowadza się tylko na dwa lata, ma ósemkę dzieci. Teraz wychowuje dwóch najmłodszych synów. Jeden po chorobie niemowlęcej ma niesprawne jedno płuco i astmę, drugi – alergię. Grzyba już zwalczył, kładąc listwy grzejne na ściany. Opowiada, że jego niedawno zmarła żona nie płaciła za mieszkanie, o czym on nawet nie wiedział, i przez to zablokowała możliwość zamiany lokalu. Teraz dług już spłacił i nagle pojawiło się kolejnych kilka tysięcy, zalegających nie wiadomo z kiedy. Uważa, że w urzędzie go oszukują, nie może już patrzeć na urzędy, sądy, instytucje. – Z nikim się pan nie dogadasz, rozpierdala mnie to wszystko – mówi, zaciągając się głęboko papierosem.

Mimo grzyba, wilgoci, lokalizacji i kumulacji rodzin z problemami bardzo niewielu lokatorów, których poznałem, ubiega się o zmianę mieszkania.

– Ja i tak niedługo umrę – mówi z uśmiechem żylasty staruszek.

– Przynajmniej się człowiek nie nudzi – mówi inna pani, komentując dudniącą na korytarzu muzykę, która dobiega z mieszkania obok. – Naprawdę nie ma tragedii. Człowiek do wszystkiego się może przyzwyczaić.

**
Jan Tomasz Rybicki – z wykształcenia historyk i (niebawem) filozof. Publikuje w kwartalniku „Więź”, w „Kontakcie” i „Poznaj Świat”, współpracuje z „Tygodnikiem Powszechnym”. Mieszka w Gdańsku.

*
Materiał powstał dzięki wsparciu Fundacji im. Róży Luksemburg.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Zamknij