Kraj

Henryk Wujec, czyli dobro stosowane

Henryk Wujec

W zeszłym tygodniu zmarł Henryk Wujec. W poniedziałek w Warszawie odbył się jego pogrzeb. Legendę opozycji, polityka i społecznika wspomina Michał Sutowski.


Pojęcie dobra w polityce jest bardzo problematyczne. Jednym kojarzy się z etyką przekonań – dobre jest to, co wypływa z dobrych intencji, lecz tymi, jak wiadomo, piekło jest wybrukowane. Tylko krok stąd do stwierdzenia, że największych zbrodni dokonywali nie ludzie mali, oportuniści, lecz właśnie ci pewni, że czynią jakieś dobro, a ono przecież wymaga ofiar. Zdaniem innych z kolei dobro jest dobre dla filantropów, uprawiających „dobroczynność”, a więc niesienie ulgi w jakimś cierpieniu, łatanie jakichś dziur w systemie – ale bez dotarcia do źródeł problemu. W najlepszym razie: szlachetność, niestety… W najgorszym – poprawiająca sumienie fasada służąca podtrzymywaniu status quo. Wreszcie, może w najbardziej potocznym sensie, człowiek dobry w polityce to ktoś poczciwy, nieomal naiwny. A że polityka to brud i zło, to i sprytniejsi gracze zjedzą go i zadepczą. Jak u wielkiej polskiej socjolożki, co premiera RP nazwała kiedyś „dobrym człowiekiem”. I dodała kąśliwie, że dobrym, owszem, trzeba być, ale dla kotów.

Kłopot z pisaniem o Henryku Wujcu polega na tym, że bez pojęcia dobra trudno go uchwycić; z nim z kolei łatwo popaść w sentymentalizm lub, co gorsza, protekcjonalizm. Opisać tak, że zalety człowieka staną się równocześnie przyczyną jego niespełnień czy wprost porażek. Zostawmy już zatem abstrakcje i zejdźmy do konkretu – czyli biografii. Bo te blisko osiemdziesiąt lat życia w dwóch (trzech?) ustrojach, na Zamojszczyźnie i w Warszawie, w celach i w gabinetach, mówi nam strasznie dużo, jak żyć i co robić.

Henryk Wujec nie żyje

czytaj także

Henryk Wujec nie żyje

Krytyka Polityczna

Dobro się zatem oddaje. Na pewno od siebie „w miarę możliwości”, nawet jeśli nie da się „każdemu według potrzeb”. Henryk Wujec dzięki wsparciu matki, własnym talentom i wielkiej determinacji wyszedł z ubogiej wsi, a potem ukończył ze świetnymi wynikami elitarny wydział (fizykę) UW. Nie tylko jednak nie odciął się od swych korzeni, co byłoby raczej typową postawą wśród ludzi z awansu, ale też uznał, że zyskując nowe możliwości i narzędzia, dziś zwane kapitałem społecznym i kulturowym, ma jakby obowiązek pomagać innym – represjonowanym przez państwo, ale i tym, którzy zwyczajnie mieli mniejsze szanse. Choćby na przekór tej ludowej władzy, która mu awans umożliwiła – i który jej funkcjonariusze nieraz Wujcowi wypominali, grożąc, że wróci do pasania krów.

Nie robił kariery naukowej (choć całkiem udaną – inżynierską, zanim działalność KOR nie stała się dla władzy nieznośna), za to pomagał robotnikom w Ursusie i Radomiu i organizował kolportaż prasy podziemnej, zanim to było modne. Doradzał i budował wielką Solidarność, gdy modne już było, niemniej przez to trudne i ryzykowne. Bo za to przecież poszedł siedzieć, nie tylko do obozu internowania, gdzie zrobiono mu z kolegami kultowe zdjęcie, ale i do zwykłego więzienia, gdzie czekał na proces za rzekomą próbę obalenia ustroju przemocą, z dziesiątką innych wybitnych działaczy. Kosztem, dodajmy, wyjątkowo bolesnej rozłąki z ukochaną żoną i synem. Wreszcie, choć mógł po 1989 roku odcinać kupony i przyjmować ordery, zajął się mrówczą pracą budowy trzeciego sektora, społeczeństwa obywatelskiego, ekonomii społecznej, także poza metropoliami i bańką wielkich instytucji. A była to nieraz prawdziwa – nomen omen – orka na ugorze. W sam raz dla chłopskiego dziecka, które żadnej pracy się nie boi.

Dobro jest w działaniu, to kolejna lekcja z tej niesamowitej biografii. Najlepiej, dodajmy, w działaniu zorganizowanym, skoro zło zazwyczaj bywa zorganizowane jak jasna cholera. W kontekście polskiej tradycji, zdominowanej przez wątki heroiczne i martyrologiczne, wyjęte wprost ze szlacheckiego imaginarium, podlanego sarmackim indywidualizmem, chłopski pragmatyzm i dobrze rozumiana przyziemność kierowały Henryka Wujca tam, gdzie niejeden inteligent z pochodzenia brzydzi się nawet zajrzeć. Do roboty go kierowały, znaczy. Nie miał problemu, by na własnych plecach dostarczyć gdzieś wagon zakazanych książek, nielegalny zdaniem władzy pieniądz dla potrzebujących czy kluczową informację. Przede wszystkim koordynował jednak i aranżował bardzo ryzykowną, kosztowną – bo liczoną w zdrowiu – i po prostu trudną pracę mnóstwa ludzi, którzy składali się na organizm przedsierpniowej samopomocy. A potem solidarnościowego zrywu i wreszcie transformacyjnego przełomu. One wszystkie nie zrobiły się same, lecz właśnie mocą połączonych i zorganizowanych wysiłków dziesiątków, setek, aż w końcu tysięcy ludzi. Którzy wreszcie, dodajmy, zamiast pod znakiem Orła, Pogoni, kotwicy czy solidarycy iść w bój bez broni, postanowili zbudować ruch, by naprawdę ruszyć z posad bryłę świata, a nie tylko wzruszyć do łez potomnych. Wujec – organizator, koordynator, sekretarz i ogólny ogarniacz wszystkiego – to nie ikona na sztandar, lecz archetyp kogoś, dzięki komu wszystkie te cuda roku 1980 i 1989 mogły się udać.

Jego poświęcenie zawsze doceniała autorytarna władza, usuwając go z pracy, tłukąc na słynnym wykładzie w mieszkaniu Jacka Kuronia, zamykając niezliczoną ilość razy na milicyjnym dołku na „cztery osiem”, wreszcie pakując do mokotowskiego więzienia. Nie zawsze doceniali liderzy jego obozu – „czuj się odwołany” w telegramie Lecha Wałęsy do byłego odtąd sekretarza Komitetu Obywatelskiego Henryka Wujca przeszło do historii jako przykład buty, instrumentalnego traktowania ludzi i rażącej niewdzięczności za tytaniczny wkład pracy.

Wreszcie, do dobra się wychowuje. Z pierwszej ręki wiemy, jak wspaniałym był ojcem, że z dziećmi rozmawiał „jak z dużym człowiekiem” (©Agnieszka Graff, jako dziecko sąsiadka Wujców na warszawskich Stegnach). Ale rozumiał też ogromną rolę takich miejsc jak Klub Inteligencji Katolickiej, który wychowywał właśnie, formował kilka pokoleń i środowisk, a dla niego, obok środowiska studenckiego, był wehikułem wejścia do nowego świata wielkomiejskich, zbuntowanych inteligentów. Mniej ekspresywny niż Jacek Kuroń, tak samo doceniał to, jak rozmowa – także z ludźmi o innych poglądach – ale przede wszystkim wspólne działanie, spędzanie wolnego czasu na obozach, wycieczkach, jak również nielegalnych wykładach czy seminariach nie tylko układają ludziom świat na nowo, ale też budują więzi nieraz trwalsze od tych rodzinnych czy ideologicznych.

Wujcowie: Nie robiliśmy znowu takiej strasznej konspiry

czytaj także

No właśnie, a czy dobro jest pozaideologiczne? Zapewne nie jest własnością tej czy innej strony w tym czy innym momencie – Wujec szukał inspiracji i towarzystwa chrześcijan i niewierzących, Żydów, Polaków i Ukraińców, konserwatystów, liberałów i socjalistów, anarchiści też by się pewnie znaleźli, nie wiem jak z monarchistami. To nie był wyraz jakiegoś planowego eklektyzmu, lecz raczej przekonania o złożoności świata i rządzących nim idei, a przede wszystkim o bogactwie mądrości ludzi napotkanych na swej drodze.

A jednak droga życia Henryka Wujca składa się w dość konkretny zestaw decyzji i wyborów. Oddolny, motywowany etycznie, pokojowo antysystemowy KOR zamiast „odgórnej”, autorytarnej i coraz bardziej bezideowej PZPR; ekumeniczny KIK zamiast zamordystycznego PAX-u; dużo bliżej księdza Ziei niż prałata Jankowskiego. A potem ekonomia społeczna zamiast rynkowego darwinizmu, a także obrona III RP mimo jej wszystkich wad i sprzeciw wobec tej IV, mimo pewnych jej zalet.

A poza tym był chyba jedynym na świecie człowiekiem, w którego ustach pytanie: „a co o tym myśli młoda lewica” nie brzmiało irytująco, lecz wyrażało szczere, głębokie zainteresowanie i ciekawość. Był człowiekiem, który potrafił z równym zaangażowaniem wspierać Krytykę Polityczną, co – też Polityczną – Teologię, bo wierzył w pluralizm i wartość współistnienia, czasem też konfrontacji idei. I który będąc człowiekiem permanentnego zaangażowania społecznego, najbardziej chyba na świecie kochał swoją Żonę.

Owszem, bywają ludzie niezastąpieni. Kogoś takiego dzisiaj żegnamy.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Bio

Michał Sutowski

| Publicysta Krytyki Politycznej
Politolog, absolwent Kolegium MISH UW, tłumacz, publicysta. Członek zespołu Krytyki Politycznej oraz Instytutu Studiów Zaawansowanych. Współautor wywiadów-rzek z Agatą Bielik-Robson, Ludwiką Wujec i Agnieszką Graff. Pisze o ekonomii politycznej, nadchodzącej apokalipsie UE i nie tylko. Robi rozmowy. Długie.