Kraj

Hardkor hardkoru, czyli Pietrzak, Wolski i „Studio Yayo”

Problem z dowcipami politycznymi polega na tym, iż czasem zostają wybrane do władzy.

Dobrą zmianę interpretować można różnie. Rację będą mieli ci, którzy będą widzieli w niej część populistyczno-autorytarnego zwrotu w Europie; jak i ci, którzy czytać ją będą jako rachunek, jakie polskie społeczeństwo wystawiło liberalnym elitom. Nie bez racji są także ci, którzy widzą w niej głównie ruch aspirującej i już nie muszącej tak bardzo aspirować klasy średniej, której poprawiało się zbyt wolno i, by poprawiało się szybciej, sprzymierzyła się z siłą planującą destrukcję starych elit. Jest jednak jeszcze jeden aspekt dobrej zmiany, jakiemu chciałbym się tu z wami przyjrzeć: komediancki.

Mało śmieszny żart mówi, że problem z dowcipami politycznymi polega na tym, iż czasem zostają wybrane do władzy. Przyznam szczerze, że dla mnie dobra zmiana – przy całej jej smutnej powadze – ma w sobie właśnie coś ze złego politycznego żartu, który staje się rzeczywistością. Z jednej strony coraz więcej zachowań rządu i jego zwolenników wygląda jak zły kabaret z lat 90., tyle że realizowany na serio. Z drugiej strony satyrycy, którzy swoje chwile chwały po raz ostatni przeżywali, gdy o Oscary walczyła Filadelfia, a Edyta Górniak święciła triumfy w Eurowizji, za sprawą władzy odzyskują widoczność, nie tylko jako jej nadworni trefnisie, ale ktoś w rodzaju komisarzy politycznych ds. śmiechu.

Tak jakby to, co jakoś sympatyczne, a przynajmniej znośne w latach 90. – tamtejsi kabareciarze, odjechane prawicowe pomysły funkcjonujące jako żart w kabarecie – wracały w zmutowanej, przerośniętej, złośliwie rakowatej formie.

Satyra z władzą…

Sytuacja, w której kabaret kadzi władzy i śmieje się z opozycji, skonfliktowanych z władzą autorytetów i środowisk w demokracjach liberalnych, jest czymś niespotykanym.

Dobra zmiana wytwarza tu więc innowację na skalę światową, towarzyszy jej bowiem cała rzesza satyrycznych lizusów: Marcin Wolski, Jan Pietrzak, Janusz Rewiński czy Ryszard Makowski.

Dobra zmiana wytwarza innowację na skalę światową.

Wszystkich ich łączy to, że swoje ostatnie zawodowe triumfy przeżywali w trakcie pierwszej kadencji Kwaśniewskiego. Potem wypadli z głównego obiegu, ich żarty stawały się coraz mniej śmieszne, kolejne produkcje – jak ciągle zamawiane przez TVP noworoczne szopki Wolskiego – w najlepszym wypadku prowokowały kłopotliwe milczenie. Satyrycy ci związali się z prawicową niszą i tkwili w niej dopóty, dopóki ta odsunięta była od władzy. W erze hegemonii PO Jan Pietrzak nagrywał chałupniczo piosenki na youtube’a, raz śpiewał o „plagach Tuska”, innym razem o katastrofie w Smoleńsku w sposób, który mógł konfudować, czy satyryk na serio rozpacza, czy robi sobie jaja. Na pewno ze wszystkich tych jego „podziemnych” produkcji bił smutek i samotność najgłębszych odmętów Youtube’a.

Wszystko to zmienia się, gdy mała ustawa medialna oddaje władzę w TVP Jackowi Kurskiemu i jego ekipie. Od razu sypią się propozycje dla „satyryków wyklętych”. Jan Pietrzak dostaje program Szafa Pietrzaka – rzecz o misternej, szkatułkowej konstrukcji, w oczywisty sposób przywodzącej na myśl Rękopis znaleziony w Saragossie. Stojący przed tytułową szafą Pietrzak – złorzecząc na ubeków i cytując raporty inwigilujących go w PRL służb, puszcza widzom swoje stare kawałki. Niestety – na ogół z okresu, gdy dawno już nie był śmieszny, za to jak najbardziej po linii dobrej zmiany. W linkowanym odcinku nie tylko Pietrzak śpiewa nieśmieszną piosenkę, ale i zapowiada go nieudolnie próbujący rozbawić publiczność Rafał A. Ziemkiewicz.

Pietrzak, zanim wrócił do TVP, wprost sformułował program nowej, dobrozmianowej satyry: ma się ona śmiać tylko z opozycji nie władzy. Jak powiedział w wywiadzie dla „Super Expressu”: „Opozycja jest dużo gorsza od władzy. Tak głupiej opozycji jak teraz Polska jeszcze nie miała. To kupa idiotów. W dodatku popieranych przez ludzi w rodzaju Lisa, Olejnik, Gugały. Ja nie chcę być w tym towarzystwie. […] To oszuści. Oni kłamią. Ich programy są fałszywe. Siłą rzeczy muszę być po stronie ludzi, którzy Polskę naprawiają. A taką właśnie mamy władzę”.

i władza satyryka

Satyryczną doktrynę Pietrzaka realizuje także program Marcina Wolskiego, produkowany wspólnie m.in. innymi ze wspomnianym Ziemkiewiczem, zatytułowany W tyle wizji. Mian on być odpowiedzią TVP PiS na Szkło kontaktowe TVN. Tego drugiego nigdy nie lubiłem, wydawało mi się czymś w rodzaju Rozmów niedokończonych dla wyborców PO, jednostajność i jednokierunkowość żartów męczyła, a humor nie miał w sobie drapieżności, jakiej oczekuję od tego typu audycji.

Jednak na tle W tyle wizji nawet Szkło kontaktowe jaśnieje. Prowadzący walą na odlew we wszystkie niemiłe władzy środowiska, bez cienia przewrotności, subwersji, jakiej tradycyjnie jednak oczekujemy od satyry. Uwagi władzy widocznie to jednak nie uszło, gdyż Marcin Wolski został szefem telewizyjnej dwójki.

Jacek Kurski z pewnością nie takimi menadżerskimi wskaźnikami się kieruje.

Ktoś patrzący na telewizję przy pomocy zimnych, menadżerskich kategorii mógłby zastanawiać się, czy zbliżający się do siedemdziesiątki emeryt, który ostatnio dobrą telewizję robił za Wałęsy, jest dobrym kandydatem, by poprowadzić jedną z najważniejszych anten TVP w dobie, gdy telewizja zmaga się z potężną konkurencją dziesiątek kanałów w cyfrowym multipleksie, gdy widzów zabiera jej internet, a przyzwyczajenia odbiorców radykalnie się przekształcają. Jacek Kurski z pewnością nie takimi menadżerskimi wskaźnikami się kieruje. W jego wizji telewizji dużo jest nostalgii za jego wspaniałą młodością w telewizji pampersów, w czasach, gdy prezesem spółki przy Woronicza był Wiesław Walendziak. Telewizja Kurskiego wskrzesza formaty, które już w czasie gdy kręcił Nocną zmianę były dość anachroniczne: Sondę, Teleranek w zapowiedziach jest też Wielka gra. Czy równie anachroniczna i nie wyczuwająca czasu nie okaże się dwójka Wolskiego? W tyle wizji nie zostawia wiele nadziei na to, że Wolski ma pomysł na telewizję XXI wieku. Jak bardzo z XX by jego antena nie była, na pewno będzie stała z obecnym rządem.

Co oni tam nadają

Wolski i Pietrzak zawsze mogą się pocieszać, że od tego, co oni robią jest jeszcze coś gorszego: Studio Yayo.

Dla dobrej zmiany w TVP Studio Yayo jest tym, czym czysty spirytus dla alkoholi, heroina dla substancji psychoaktywnych, zespół Mayhem dla skandynawskiego black metalu czy film Cannibal Holocaust dla kina grozy. Ekstremą ekstremy, hardkorem hardkoru.

W programie tym najbardziej ekstremalne cechy estetyki pionierskiej ery najntisów – psychodelia i paździerz – wracają w podkręconej, zmutowanej formie, jak jakieś Pokemony na sterydach.

W tę estetykę włożeni są oni – Paweł Dłużewski i Ryszard Makowski. Ten drugi od dawna antyszambrujący na dworze PiS, śpiewający tam takie piosenki jak Dudy dzień:

czy Pakuj się Bronek:

W Studio Yayo też są piosenki między innymi o końcu Magdalenki albo o żydowskiej finansjerze załamanej zmianą władzy w Polsce w zeszłym roku. Te jednak jakoś wpisują się w główny nurt humoru dobrej zmiany. Skecze w formacie stylizowanym na „fake news” – nie.

Jak w swoim fejsbukowym wpisie zauważył Wiktor Rusin, Dłużewskiemu i Makowskiemu udaje się rzecz niesłychana: łączą ze sobą sztuczność i zmęczenie starych wyjadaczy z nieudolnością i szkolnymi scenicznymi brakami amatorów. Są jednocześnie zmęczonymi rutyniarzami i nieudolnymi dyletantami. Żarty zmierzają donikąd lub urywają się bez puenty. Jak w zyskującym od razu status klasyka dowcipie o kibicach oglądających euro przy „kawie i ciasteczkach”.

Zażenowani są widzowie, ale nie wiadomo, czy nie sami prowadzący, do końca mamy nadzieję, że jest jakiś meta poziom, że ta cała porażkowość jest jakoś zamierzona, ale z każdą minutą przekonujemy się, że chyba nie jest. Z odcinka na odcinek Makowski coraz głębiej wchodzi w psychotyczną ekranową personę szalonego klauna, kogoś, kto mógłby urwać się z bardzo złej adaptacji To Stephena Kinga. Czasem trzeba zobaczyć, by przekonać się, że to może być aż tak bardzo.

W to szaleństwo włożone są typowe dla polskiej prawicy rasizm (żarty o uchodźcach pobierających socjal), często towarzyszący antyelitarnemu populizmowi klasizm (kpiny z „Dżesiki z Wąbrzeźna”), czy połajanki pod adresem KOD.

Uciec ze złego żartu

Studio Yayo wydaje się być jakimś złym snem, jaki „dobra zmiana” śni o sobie samej. Nie tylko oglądając ten program można się poczuć jak więzień żartu, który przestaje śmieszyć i zmienia się w koszmar.

Retoryka obecnej władzy coraz częściej wygląda jak mówiony zupełnie na serio żart z naśmiewających się z prawicy gdzieś w erze rządu Suchockiej kabaretów. Pamiętacie parodiujące prawicowe zadęcie piosenki z Kabaretu Olgi Lipińskiej? Zwolennicy PiS na serio produkują dziś coś, co przebija to wszystko.

 

„Dobrą zmianę” można by śledzić oglądając stare gagi z Za chwilę dalszy ciąg programu. Co tam było żartem, dziś odgrywane jest na serio. Skecz o zmianie nazw ulic będzie wkrótce toczył się w tysiącach samorządach wdrażających ustawę dekomunizacyjną.

Skecz o byłym partyjnym pędzącym poświęcić długopis i poleżeć krzyżem wygląda, jakby napisany był o prokuratorze Piotrowiczu.

Za chwilę w Sejmie, niestety zupełnie na poważnie posłowie odgrywać będą skecz Czy kobieta to człowiek, debatując nad całkowitym zakazem aborcji.

Giorgio Agemben, włoski filozof, pisał kiedyś iż żyjemy w epoce, gdzie wyzwaniem jest „profanacja tego, co nieprofanowalne”. Żyjąc pod dobrą zmianą, zaczynamy rozumieć, o co mu chodzi. Śmiech zawsze był narzędziem walki z opresyjną władzą. Jak jednak walczyć śmiechem z władzą, która jest jak Studio Yayo – sama się ośmiesza, sama bierze na klatę żenadę, a przy tym jest w ogóle nieśmieszna? Jak uciec z jakiejś potwornej powtórki początków lat 90., gdy farsowe wówczas żarty z prawicy dziś materializują się – tak samo groteskowe, ale tym razem na serio?

 

**Dziennik Opinii nr 196/2016 (1396)

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Jakub Majmurek
Jakub Majmurek
Publicysta, krytyk filmowy
Filmoznawca, eseista, publicysta. Aktywny jako krytyk filmowy, pisuje także o literaturze i sztukach wizualnych. Absolwent krakowskiego filmoznawstwa, Instytutu Studiów Politycznych i Międzynarodowych UJ, studiował też w Szkole Nauk Społecznych przy IFiS PAN w Warszawie. Publikuje m.in. w „Tygodniku Powszechnym”, „Gazecie Wyborczej”, Oko.press, „Aspen Review”. Współautor i redaktor wielu książek filmowych, ostatnio (wspólnie z Łukaszem Rondudą) „Kino-sztuka. Zwrot kinematograficzny w polskiej sztuce współczesnej”.
Zamknij