Kraj

Dymek: Leszek Miller Jarosławem Kaczyńskim

Po raz kolejny parlamentarna lewica pod przywództwem Millera pokazuje, jak opornie przychodzi jej odnotowanie zmian w dzisiejszym rozumieniu lewicowości.

Z polską parlamentarną prawicą jest tak jak z małżeństwem w starym angielskim przysłowiu: polska parlamentarna prawica jest jednością, a tą jednością jest Jarosław Kaczyński. Opis ten można by jeszcze uzupełnić o analogię do biblijnej przypowieści o synu marnotrawnym – zainscenizował ją przecież ostatnio prezes, po ojcowsku pozwalając się znów przytulić do prawicowego rdzenia po-PO-PiS-owskim sierotom – by obraz był kompletny. W centralnej dla konserwatywnej polityki metaforze rodziny Jarosław Kaczyński występuje bowiem w obu pozycjach siły naraz: jest i mężem, i ojcem, co w realiach rozumiejącej jedynie „naturalne” prawo i konieczności polskiej prawicy jest oczywiście strategią dobrą i skuteczną.

Z polską parlamentarną (i nie tylko) lewicą jest tak, że bynajmniej nie jest jednością. Choć Leszek Miller bardzo by chciał, by tak było i by tą jednością silnej, spójnej i przede wszystkim obecnej w parlamencie i blisko władzy lewicy był on sam. Bo jak inaczej rozumieć propozycję Sojuszu, złożoną ustami Millera „wszystkim ugrupowaniom, formacjom, związkom i stowarzyszeniom, które zaliczają się do polskiej lewicy”, by wystartowały w nadchodzących wyborach samorządowych pod szyldem komitetu wyborczego SLD-Lewica Razem? Jaki inny ma się tu wyłonić plan, niż wciągnięcie pod parasol SLD różnych, nieskonsolidowanych i niegotowych na samodzielny start  inicjatyw i lokalnych liderek czy liderów (ile z nich zresztą rzeczywiście pozostaje niezrzeszona, zdezorientowana i trwożliwie oczekuje na wyciągniętą z góry rękę partyjnej centrali, to osobne pytanie), by łatać listy i doklejać promile poparcia do niebudzącego i tak zaufania szyldu? Czego, poza biernym akcesem do niezdolnego do politycznej (to jest: odnoszącej się i do języka, i do praktyki) reformy SLD, oczekuje lider Sojuszu, składając taką propozycję?

Wbrew pozorom te pytania wcale nie czekają na odpowiedź. Leszek Miller udzielił jej od razu. „Wybory do PE, wśród wielu innych kwestii, rozstrzygnęły także te dotyczące lewicowości oraz liderowania na polskiej lewicy. Niewątpliwie wskazały, że główną siłą polityczną odpowiedzialną za kooperację na lewicy, za jej status i pozycję jest Sojusz Lewicy Demokratycznej”. My liderujemy, ja przewodzę, wy dołączacie.

To ta wizja inkluzywności, której SLD pod przywództwem Millera nauczyło się na pamięć i innej wyartykułować już nie może – SLD albo śmierć. Szkoda, że nauczycielem był nie kto inny jak prezes Kaczyński.

O ile bowiem prawicy metaforyka i wypływająca z niej strategia „ojcowska” rzeczywiście pasuje – i skutecznie pracuje w realiach krajobrazu symbolicznego i politycznego, który dziś określa w Polsce i Europie bycie prawicą – to powielanie tego samego scenariusza po przeciwnej stronie jest więcej niż tylko taktycznym błędem. Jest faux pas, jest dowodem złego timingu, jest absmakiem – a to gorsze niż zbrodnia. Po raz kolejny parlamentarna lewica pod przywództwem Millera pokazuje tym gestem, jak opornie i powoli przychodzi jej choćby odnotowanie zmian – nie mówiąc już o ich zaimplementowaniu u siebie – w dzisiejszym rozumieniu lewicowości.

Te zmiany, mówiąc najbardziej barbarzyńskim ze skrótów, to dziś skupienie się w pierwszym rzędzie nie na szyldach i trwałych, ustalonych i hierarchicznych partyjnych strukturach, a oddolnych i horyzontalnych praktykach działania, włączaniu możliwie najszerszych grup w politykę, odzyskiwanie „klasy” i „populizmu”, otwieranie kanałów artykulacji problemów. Dzisiejsza lewica to odbicie się od spraw lokalnych i tych uznawanych za przyziemne i, by możliwe było załatwienie spraw krępujących konkretne wspólnoty bez pośrednictwa mechanizmów instytucjonalnych i wyborczych. Nie oznacza to jednocześnie porzucenia szerokiej agendy progresywnej realizującej się w języku, pracy w kulturze i całej „obyczajówce”. Na którą z tych propozycji odpowiada odgórny i paternalistyczny apel Millera, by startować jako SLD? Na żadną.

Składając „wszystkim” propozycję skierowaną faktycznie do nikogo, Miller odpowiada nie na te pytania, które dziś stoją przed lewicą, ale raczej umacnia własne, głęboko konserwatywne wyobrażenie o tym, czym lewica ma być – jedną polską zjednoczoną partią.

I ubezpiecza się na wypadek porażki. Jeśli SLD i innym nieprawicowym komitetom się w tych wyborach nie powiedzie, znów będzie można walić w te same bębny co zawsze – „lewicy się nie udało, bo nie jest zjednoczona!”, czyli „lewicy się nie udało, bo nie zapisała się do SLD”. Winny będzie Palikot, winne będą ruchy miejskie i winni będą wszyscy, którzy w porę nie zgodzili się na anschluss. Doskonale znana jest niechęć Millera do innych niż SLD pomysłów wyborczych – porażki LiD-u i SDPL do dziś go trochę śmieszą, a trochę napawają przerażeniem, ale niezależnie od emocji wyciąga z nich jednoznaczne polityczne credo. Credo będące pochwałą siły, prostej matematyki i „pragmatycznego” kompromisu. To, które jest tłem jego wczorajszej propozycji – SLD albo śmierć.

Od samego powtarzania to hasło nie nabierze jednak sensu ani nie stanie się rozsądną propozycją – nawet dla tak nielicznej jak nasza pozaparlamentarnej lewicy. Bo jej o coś innego chodzi. Jeśli się zjednoczy, to raczej we wspólnym działaniu, a nie pod wspólnym szyldem i w imię patriarchalnego jedynowładztwa. Jeśli stanie się jednością, to jednością świecką, nieplemienną i operacyjną, nie jednością naturalną, uświęconą i rodzinną. W końcu dlaczego miałaby przystać na scenariusz, który opatentował Jarosław Kaczyński?

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Jakub Dymek
Jakub Dymek
publicysta, komentator polityczny
Kulturoznawca, dziennikarz, publicysta. Absolwent MISH na Uniwersytecie Wrocławskim, studiował Gender Studies w IBL PAN i nauki polityczne na Uniwersytecie Północnej Karoliny w USA. Publikował m.in w magazynie "Dissent", "Rzeczpospolitej", "Dzienniku Gazecie Prawnej", "Tygodniku Powszechnym", Dwutygodniku, gazecie.pl. Za publikacje o tajnych więzieniach CIA w Polsce nominowany do nagrody dziennikarskiej Grand Press. 27 listopada 2017 r. Krytyka Polityczna zawiesiła z nim współpracę.
Zamknij