Gospodarka

Warufakis: Wyobraźmy sobie świat bez kapitalizmu

Liberalizm wychwalał trud uczciwych kaletników, krawców i kowali po to, by brać w obronę wielkie korporacje, które nie wiedzą, co to społeczność, za nic mają poczucie moralności, a z wolności czynią pośmiewisko. Dziś przeżywamy fatalne konsekwencje tej hipokryzji.

ATENY – Miniony rok był co prawda fatalny dla antykapitalistów, ale i kapitalizmu nie oszczędzał.

Porażka brytyjskiej Partii Pracy w grudniowych wyborach grozi osłabieniem radykalnej lewicy – szczególnie w Stanach Zjednoczonych, gdzie zbliżają się prezydenckie prawybory. Jednak i sam kapitalizm znalazł się pod ostrzałem z zupełnie niespodziewanych stron. Do chóru intelektualistów i liderów społecznych załamujących ręce nad arogancją, brutalnością i niestabilnością rentierskiej formy kapitalizmu dołączyli miliarderzy, prezesi wielkich koncernów i dziennikarze prasy finansowej. Nawet zarządy wielu największych koncernów świata zdają już sobie sprawę, że kapitalizm w obecnej postaci nie ma przyszłości.


Pod coraz większą presją i słusznie nękani wyrzutami sumienia superbogaci – a przynajmniej ci z nich, którzy mają odrobinę rozumu – wiedzą, że gdy większości społeczeństwa ziemia usuwa się spod nóg, nad nimi też zbierają się czarne chmury. Jak przepowiedział Marks, bogaci stanowią potężną dominującą mniejszość, która traci zdolność władania spolaryzowanymi społeczeństwami, gdy nikt, kto nie posiada kapitału, nie może liczyć na przyzwoity poziom życia.

Zabarykadowani w grodzonych osiedlach, co bystrzejsi bogacze postulują nowy „kapitalizm interesariuszy”, a nawet wzywają do podniesienia podatków ludziom takim jak oni. Rozumieją, że demokracja i państwowa redystrybucja są najlepszą polisą ubezpieczeniową dla nich samych. Jednocześnie obawiają się, że w naturze ich klasy leży skłonność do oszczędzania na wszelkich składkach.

Kapitaliści mają obowiązki wobec społeczeństwa

Proponuje się zatem rozmaite środki zaradcze – od anemicznych po żenujące. Apelowanie do zarządów firm, by nie kierowały się wyłącznie interesem finansowym udziałowców byłoby jak najbardziej na miejscu, gdyby nie ten niewygodny fakt, że to wyłącznie akcjonariusze decydują o posadach i płacach dyrektorów. Na tej samej zasadzie można by tylko pochwalić nawoływanie do ograniczenia kolosalnych wpływów świata finansów – gdyby nie to, że większość korporacji odpowiada przed instytucjami finansowymi, które posiadają lwią część ich akcji.

Powściągnięcie kapitalizmu rentierskiego i wypracowanie modelu przedsiębiorstw, dla których odpowiedzialność społeczna nie będzie jedynie marketingowym sloganem, wymaga ni mniej ni więcej, tylko napisania od nowa całego prawa spółek handlowych. By wyobrazić sobie skalę takiego przedsięwzięcia, cofnijmy się myślą do chwili, gdy możliwość wolnego obrotu akcjami przedsiębiorstw zmieniła kapitalizm w broń masowego rażenia, i postawmy pytanie: czy jesteśmy gotowi naprawić ten „błąd”?

Czy kapitalizm interesariuszy naprawdę wraca?

 

Tym przełomowym dla kapitalizmu dniem był 24 września 1599 roku. We wzniesionym z muru pruskiego budynku przy Moorgate Fields, niedaleko od miejsca, gdzie Szekspir właśnie głowił się nad zakończeniem Hamleta, powołano do życia zupełnie nowego rodzaju przedsiębiorstwo. Nie miało ono jednego właściciela, ale dzieliło się na drobne cząstki, które można było kupować i sprzedawać na rynku. Przedsiębiorstwu temu nadano nazwę Brytyjska Kompania Wschodnioindyjska.

To właśnie swobodny obrót udziałami w firmach pozwolił prywatnym korporacjom urosnąć tak, że stały się potężniejsze od państw. Liberałowie z fatalną w skutkach hipokryzją wychwalali trud uczciwych kaletników, krawców i kowali, by brać w obronę najgorszych wrogów wolnego rynku: korporacje takie jak Kompania Wschodnioindyjska, które nie wiedzą, co to społeczność, za nic mają poczucie moralności, dyktują ceny, pożerają konkurentów, przekupują polityków, a z wolności czynią pośmiewisko.

Pod koniec XIX wieku, gdy powstały pierwsze tworzące olbrzymie sieci megakoncerny takie jak Edison, General Electric i Bell, wypuszczony z butelki dżinn wolnego handlu akcjami wyswobodził się z wszelkich ograniczeń. Ani banki, ani inwestorzy nie dysponowali pieniędzmi, które wystarczałyby na rozruszanie takich molochów – dlatego zawiązał się globalny kartel banków i funduszy spod ciemnej gwiazdy, z których każdy miał własnych udziałowców.

W ten sposób został zaciągnięty nowy dług o niespotykanej wcześniej, niewyobrażalnej wysokości – dług, który miał ściągać z przyszłości „wartość” w nadziei osiągnięcia zysków, które kiedyś pozwolą go spłacić. Logiczną konsekwencją tego procesu są dzisiejsze gigantyczne fundusze rynku pieniężnego, akcji, obligacji czy emerytalne – i równie gigantyczne kryzysy finansowe. Krach z 1929 i z 2008 roku, niepowstrzymany rozrost technologicznych gigantów i wszystkie inne dolegliwości współczesnego kapitalizmu były nieuniknione od tego wrześniowego dnia czterysta dwadzieścia lat temu.

Warufakis: Bank jest jak wehikuł czasu

W takim systemie wszelkie apele o stworzenie łagodniejszej postaci kapitalizmu to tylko chwilowe fanaberie – szczególnie dziś, po kryzysie finansowym z 2008 roku, kiedy już wiemy, że megabanki i megakorporacje sprawują pełną kontrolę nad naszymi społeczeństwami. Jeśli nie jesteśmy skłonni zakazać obrotu akcjami firm, rozpoczętego w 1599 roku, nie zmienimy w odczuwalny sposób dystrybucji bogactwa i władzy we współczesnym świecie. Jeśli chcemy sobie wyobrazić, co wyjście poza kapitalizm mogłoby oznaczać w praktyce, musimy przemyśleć na nowo model własności przedsiębiorstw.

Dopóki nie jesteśmy skłonni zakazać obrotu akcjami  firm, wszelkie apele o stworzenie łagodniejszej postaci kapitalizmu to tylko chwilowe fanaberie.

Wyobraźmy sobie na przykład, że udziałów – jak głosów w wyborach – nie można kupować ani sprzedawać. Że tak jak każdy świeżo upieczony student otrzymuje kartę biblioteczną, każdy nowy pracownik przedsiębiorstwa otrzymuje jeden udział i jeden przysługujący mu głos w każdej sprawie dotyczącej firmy – od zarządzania i planowania po podział zysków i wysokość premii.

Nagle rozróżnienie między zarobkami a zyskiem traci swój sens, a korporacje kurczą się do przyzwoitych rozmiarów, co poprawia konkurencję. Każdemu nowo narodzonemu dziecku bank centralny zakłada fundusz powierniczy (lub osobiste konto kapitałowe), regularnie zasilane z powszechnej dywidendy obywatelskiej. Gdy dziecko wchodzi w wiek nastoletni, ten sam bank dorzuca mu bezpłatny rachunek bieżący.

Pracownicy mogą swobodnie przechodzić z firmy do firmy, zabierając ze sobą kapitał zgromadzony w funduszu powierniczym, z którego mogą udzielać pożyczek przedsiębiorstwu lub innym osobom. Nie ma już żadnych akcji, których giełdowa wycena pompuje olbrzymie bańki fikcyjnego kapitału. Finanse stają się przeraźliwie nudne – i wspaniale stabilne. Państwa rezygnują ze ściągania podatku od osób fizycznych i podatków obrotowych, a pobierają jedynie podatki od przychodów przedsiębiorstw, od posiadanej ziemi i od tych rodzajów działalności, które zubażają dobro wspólne.

Dochód podstawowy – dla klimatu i dla prekariatu

Ale to tylko sen. Wróćmy do rzeczywistości. Chcę mianowicie poddać pod rozwagę – właśnie teraz, na samym początku nowego roku – jak niezwykłe możliwości oferowałoby prawdziwie liberalne, postkapitalistyczne społeczeństwo zaawansowanych technologii. Ci, którzy nie chcą nawet przyjąć do wiadomości, że taki świat mógłby zaistnieć, popadają w absurd, który trafnie opisał kiedyś Sławoj Žižek: łatwiej im wyobrazić sobie koniec świata niż życie po kapitalizmie.

**
Copyright: Project Syndicate, 2019. www.project-syndicate.org. Z angielskiego przełożył Marek Jedliński.

Ciekawy artykuł? Pomóż nam pisać takie teksty dalej.

Bio

Janis Warufakis

| Ekonomista, współzałożyciel DiEM25
Ekonomista, od stycznia od lipca 2015 roku minister finansów Grecji, współzałożyciel ruchu DiEM25 (Democracy in Europe Movement 2025). Autor książki "Globalny Minotaur" (2016) i "A słabi muszą ulegać?" (2017).

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.