Gospodarka

Kowalik: W czynów uderzaj stal!

Z ogromnym smutkiem dowiedzieliśmy się dziś o śmierci Tadeusza Kowalika. Z tej okazji publikujemy jeden z ostatnich tekstów profesora, posłowie do „Manifestu oburzonych ekonomistów”. 

Normal
0
0
1
1119
6379
53
12
7833
11.1287
Późnym latem 2010 roku, a więc już na początku obecnego kryzysu strefy Eurolandu, czterej ekonomiści francuscy przedstawili swoje opinie na temat powszechnych mitów ekonomicznych oraz sposobów ograniczenia ekscesów rynku finansowego. Choć ten niewielki tekst nazwano manifestem, jest on dziełem kompetentnych profesjonalistów. Mity dotyczą głównie „samooczyszczających się”, efektywnych rynków finansowych, ich pożytków dla gospodarki, ale także nadziei na to, że kryzys grecki da nam szansę na uzdrowienie wspólnej waluty.

 

Większość propozycji Manifestu dotyczy: ograniczenia spekulacji, przywrócenia bankom ich pierwotnych funkcji, specyfiki rynku kapitałowego i konieczności jego ograniczenia. Powtarzają się one być może w setkach innych raportów i publikacji ogłaszanych na Zachodzie.

 

Powstaje więc pytanie: czym mianowicie autorzy tak skutecznie trafili do francuskiej (nie tylko) opinii publicznej? W ciągu kilkunastu miesięcy Manifest został podpisany przez setki (może już tysiące) sygnatariuszy i znalazł kilkadziesiąt tysięcy nabywców. Co więcej – dyskutowano o nim na licznych konferencjach i seminariach, komentowano go w licznych publikacjach. Słowem, autorzy zainicjowali pewien intelektualny ruch społeczny. Stał się jednym z klonów (i chyba częścią) głośnej kampanii rozpoczętej rzeczywistym manifestem, książeczką Stéphane’a Hessela Czas oburzenia. Pytanie, czy to nie klasyczne pragnienie „w czynów uderzania stal”. Ta cienka broszura w samej Francji osiągnęła nakład ponad półtora miliona egzemplarzy. A manifest 93-letniego „młodzieńca” kończył się słowami, które warto mieć przed oczyma: „Tworzyć to stawiać opór. Stawiać opór to tworzyć”

[1]

.

 

Francja nie jest wyjątkiem. Można by opisać podobne działania zbiorowe w Wielkiej Brytanii (np. ruch społeczny Compass), Stanach Zjednoczonych (choćby niedawny zbiorowy list amerykańskich ekonomistów domagających się kontroli rynku kapitałowego).

 

Manifest jest więc kolejnym dowodem na to, że nie jest prawdą ciągle powtarzane twierdzenie, że obecne ruchy społeczne są mocne w krytyce, ale pozbawione programu pozytywnego. Jako historyk myśli społeczno-ekonomicznej i czytelnik obeznany z najnowszą literaturą zachodnią jestem gotów bronić tezy dokładnie przeciwnej – nigdy w okresie powojennym „koszyk” reformatorskich pomysłów nie był tak bogaty jak obecnie.

 

Idea integracji stała się martwa

 

Trudność tkwi gdzie indziej. W Unii Europejskiej sytuacja przypomina raczej gombrowiczowski „stan ogólnej niemożności”, w jakim tkwiła Polska w końcu lat 80. Jacek Kuroń mawiał wtedy: „Za dwa złote w każdym kiosku można kupić całkiem rozsądny program [Zdzisława] Sadowskiego [chodziło o wicepremiera w rządzie Zbigniewa Messnera, autora drugiego etapu reform gospodarczych – przyp. aut.], ale nic z tego nie wynika”. Aby opisać sytuację Polski w 1988 roku, jeden z najwnikliwszych obserwatorów polskich przemian David Ost przywołał słynny paragraf 22 z powieści Jospeha Hellera”[2]. Sytuacja była bez wyjścia, chyba żeby poszukać go poza istniejącym układem odniesienia…

 

Autorzy Manifestu nie odwołali się wprawdzie do paragrafu 22 wprost, ale wymownie kończą na postulacie nr 22. Dają też dowody, że współczesny kryzys w Unii Europejskiej widzą jako sytuację bez wyjścia. Trudno inaczej odczytać dwa ostatnie zbiory postulatów (21 i 22), które znacznie wykraczają poza pragmatyzm wcześniejszych propozycji. Co więcej, w przeciwieństwie do Polski w UE chodzi nie tylko o brak silnej woli, lecz także brak podmiotu. Kto miałby mieć wolę działania? Dlatego na przykład dla wielu ekonomistów, także z obozu liberalnego, od początku było jasne, że bez wielokrotnie zwiększonego budżetu UE – a więc i odpowiedniego opodatkowania, nowej roli europejskiego banku centralnego itp. – nie będzie możliwe zrealizowanie lizbońskiego pomysłu z 2000 roku na przekształcenie Unii Europejskiej w ekonomiczne mocarstwo światowe.

 

Reinkarnacja projektu europejskiego

 

Autorzy Manifestu wyciągnęli daleko idące wnioski z owego stanu ogólnej niemożności UE. Najważniejszy zacytuję tutaj, gdyż w moim przekonaniu wyznacza on kierunek działania środowisk intelektualnych na najbliższe lata.

 

Musimy ponownie otworzyć przestrzeń dla możliwych polityk […]. To jedyny sposób na to, żeby projekt europejski miał szansę na odzyskanie demokratycznej legitymacji”. „Oczywiście trudno sobie wyobrazić, że 27 krajów jednocześnie zdecyduje się na dokonanie takiego przełomu w metodach i celach działania struktury europejskiej. Europejska Wspólnota Gospodarcza została założona przez sześć państw: transformacja Unii Europejskiej również rozpocznie się od porozumienia między kilkoma krajami chętnymi do poszukiwania alternatyw. Gdy katastrofalne skutki obecnej polityki staną się oczywiste, w całej Europie nasili się debata nad różnymi możliwymi rozwiązaniami. Walki społeczne i zmiany polityczne pojawią się w różnym czasie w różnych krajach. Niektóre rządy podejmą innowacyjne decyzje […]. Dlatego uważamy, że należy określić i przedyskutować teraz ogólne kierunki alternatywnej polityki gospodarczej, które umożliwią przekształcenie europejskiego projektu wspólnotowego[3].

 

Wydaje się oczywiste, że to konkluzja – rekonstrukcja projektu europejskiego, po upadku lub uwiądzie Unii Europejskiej w obecnej postaci – a nie pragmatyczna część Manifestu zadecydowała o jego społecznej nośności. Nic dziwnego, że podchwyciły ją liczne środowiska, które choć nie stronią od problematyki politycznej, to nie zgadzają się na przekształcenie się w partie i udział we władzy[4]. Podobnie jak nowojorscy okupanci i hiszpańscy oburzeni, a także przynajmniej najbardziej świadoma część polskich internautów walczących przeciw ACTA środowiska te rozumieją, że w ostatecznym rachunku charakter władzy zależy od tego, jakie jest społeczeństwo. W Stanach Zjednoczonych „kupuje się prezydenta za pieniądze, tak jak hot dogi” (przypominam, że to banalne dziś spostrzeżenie jest przypisywane Adlaiowi Stevensonowi, jednemu najinteligentniejszych polityków amerykańskich), a w Szwecji prawica wygrywa wybory parlamentarne, dowodząc, że lepiej niż socjaldemokraci zadba o państwo opiekuńcze.

 

Do odnowy projektu europejskiego potrzeba jednak czegoś więcej niż parodniowych czy nawet kilkutygodniowych demonstracji publicznych. Nie obejdzie się bez porządnej debaty o umoralnieniu kapitalizmu – o możliwości stworzenia ładu sprawiedliwości społecznej powinni ze sobą rozmawiać etyczni socjaliści, socjaldemokraci, ekologowie, socjalliberałowie, drobni przedsiębiorcy. Przykład tego, jak mogłaby wyglądać taka debata, daje brytyjska organizacja Compass prowadzona przez Neala Lawsona. Aż trudno uwierzyć, że jest ona dziełem jednej osoby (Gavina Heyesa), która osiem lat temu przy jednym komputerze rozpoczęła analizowanie problemów społecznych. Dziś Compass liczy 60 tysięcy członków i zwolenników. Organizacja przeprowadziła wiele akcji programowych, m.in. przeciwstawiła ekonomicznemu programowi torysów własny program zmierzający do systemowej przebudowy gospodarki brytyjskiej. Podjęła także szereg tematów bardziej szczegółowych, jak reforma fiskalna, zmiana systemu wynagrodzenia bankierów itp. Organizacje takie jak Compass pokazują, że są ciekawsze alternatywy niż akceptacja bądź sprzeciw wobec fiskalnych wędzideł zakładanych na strefę euro, które oznaczają podporządkowanie się rynkom finansowym, a na dłuższą metę „uśrednienie” Unii Europejskiej, także w sensie ustrojowym.

 

W Polsce nasza wielka idea leży odłogiem. A przecież, by rozpocząć debatę, wystarczyłoby zorganizować konferencję nt.15-lecia Konstytucji RP, która obiecywała (już nie piszę: „gwarantowała”, choć konstytucja to właśnie zakłada) zasadniczo inny niż realizowany typ kapitalizmu.


[1] Przynajmniej jako wyrzut. Wielu naszym uczonym wydaje się, że gdy piszą swoje wypracowania, zostawiają swe emocje w szatni. To, że w Polsce Czas oburzenia przeszedł praktycznie bez echa, ilustruje oportunistyczne „znijaczenie” środowiska. Ekonomistom nie powinno poprawiać samopoczucia to, że podobnie dzieje sie z socjologami i politologami, o politykach nawet nie wspominając.

[2] Tytuł artykułu Osta brzmi: Solidarity and workers not solid in ’88 strikes („In These Times”, 18 maj 1988). Tym, którzy podobne jak ja mieli trudności ze znaczeniem słowa „solid”, podaję parę innych niż „stały, solidny” znaczeń słownikowych: „solidarny, ściśle połączony, przyjazny”.

[3] Manifest zaniepokojonych ekonomistów, s. 66–67.

[4] Miałem możność z bliska obserwować uczonych, którzy stawali się politykami, i widziałem, że władza korumpuje. Znam tylko jeden wyjątek – Michała Kaleckiego. Był człowiekiem, który całe życie pragnął doradzać, choćby Machiavellemu. I doradzał: premierowi Francji Blumowi, rządowi Izraela, Hilaremu Mincowi, Stefanowi Jędrychowskiemu, ale nie uległ z tego powodu demoralizacji. 

 

 

Tekst jest posłowiem do Manifestu oburzonych ekonomistów, który ukazał się nakładem Wydawnictwa KP. 

 

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.