Gospodarka

Koronakryzys nie wywróci świata do góry nogami

Ernst Hillebrand

Dogmaty neoliberalizmu, z jego wiarą w rynek i sceptycyzmem wobec państwa, już od czasu kryzysu finansowego nie są społecznie akceptowalne. Wartość państwa zdolnego do działania i sprawnego sektora publicznego stały się oczywiste w czasie koronakryzysu i w toku jego zwalczania. Najprawdopodobniej jednak wielki zwrot socjo-ekologiczny nie nastąpi.


Pandemia koronawirusa wyraźnie dowiodła siły, a nie słabości współczesnego kapitalizmu. Pokazała rezerwy dobrobytu, które udało się w czasie lockdownu zmobilizować, i to one pozwoliły istotnie zamortyzować głębokie załamanie gospodarki.

W czasie kryzysu nasz porządek gospodarczy po raz kolejny wykazał niebywałą innowacyjność i produktywność. Dostarczył środków, które pozwoliły na podtrzymanie gospodarki i społeczeństwa w czasie pandemii: globalne łańcuchy dostaw nie zostały przerwane; zaopatrzenie w żywność się nie załamało. Przede wszystkim jednak cyfrowa infrastruktura internetu umożliwiła pożądany z punktu widzenia epidemicznego lockdown. Za sprawą instrumentów komunikacji cyfrowej, handlu w sieci, zdalnego nauczania w szkołach i na uczelniach, a także indywidualnej komunikacji przez Messengera, filmy wideo i spotkania online lockdown nie sparaliżował handlu, pracy biur i instytucji i był dla ludzi bardziej znośny.

Po tym wszystkim nie jest więc wcale powiedziane, że będziemy negocjować sposoby „okiełznania” kapitalizmu. Jako społeczeństwa będziemy jednak musieli z tego kryzysu wynieść pewne lekcje. Najbardziej palące pytanie brzmi, jak zamierzamy radzić sobie z wyzwaniem COVID-19 i podobnych zarazków w przyszłości. Już w czasie najbliższej zimy warunki rozprzestrzeniania się chorób wirusowych bardzo się poprawią, zarówno dla dobrze znanej grypy, jak i dla COVID-19. Drugiej fali zakażeń nie da się raczej uniknąć.

Jak na nią zareagujemy, czy na pewno znów lockdownem? A może tym razem bardziej zróżnicowaną strategią, opartą na doświadczeniach ostatnich miesięcy? Strategią, która skupi się na ochronie najbardziej podatnych i zagrożonych – a reszty w dużej mierze nie będzie niepokoić? I kiedy w ogóle będziemy podejmować działania?

W samych USA i Wielkiej Brytanii bilans ofiar COVID-19 oscyluje wokół wielkości znanych z ostatniej dużej fali grypy w sezonie 2017/18. W Niemczech tamta fala kosztowała życie 25 tysięcy ludzi. Co zrobimy przy okazji kolejnej? Kiedy poczujemy się jako społeczeństwo zobowiązani dokonać potężnej ingerencji w wolności gospodarcze i indywidualne? Dotychczas akceptowaliśmy liczbę 25 tysięcy umierających na grypę – a przecież przy zastosowaniu środków dystansowania społecznego lub chociaż powszechnego obowiązku szczepień dałoby się tę liczbę wyraźnie zmniejszyć. Na ile ofiar zgodzimy się przy kolejnej okazji, abstrahując od tego, o jakiego wirusa będzie chodziło? Musimy się w tej sprawie porozumieć.

Dlaczego się lepiej nie przygotowaliśmy?

Druga debata, którą zachodnie społeczeństwa muszą pilnie przeprowadzić, dotyczy kwestii jakości ich systemów rządzenia i zarządzania. Koronakryzys ujawnił niebywałą skalę ich zawodności. Dotyczy to zwłaszcza zachodnioeuropejskich ognisk wirusa: Hiszpanii, Włoch, Francji, Zjednoczonego Królestwa, Belgii. Nigdzie na całym świecie wskaźnik zgonów nie był tak wysoki jak u nich.

Także w tych krajach Europy, które z kryzysem poradziły sobie lepiej – w tym w Niemczech – rodzi się wiele pytań. Dlaczego byliśmy tak nieprzygotowani, skoro od lat najbardziej prawdopodobne scenariusze kryzysowe zakładają ogólnoświatowe epidemie wirusa na naszej coraz gęściej zaludnionej planecie – co najmniej od czasów SARS (2002/2003) i MERS (od 2013)? Dlaczego nie powstały skuteczne plany kryzysowe, czemu nie wystarczało środków ochronnych i nie przygotowaliśmy się technicznie na pandemię?

Dlaczego dopuściliśmy do sytuacji, w której zasadniczo „ważne systemowo” elementy produkcji materialnej – medykamenty, medyczne wyposażenie ochronne, surowce do produkcji farmaceutycznej – stawiają nas w pozycji zależnej? Dlaczego nie było ćwiczeń, procedur działań dla sektorów, które byłyby najbardziej zagrożone? Dlaczego nie rozwijaliśmy aplikacji śledzących, kiedy np. kraje Azji Wschodniej były w stanie uruchomić je w bardzo krótkim czasie?

Na koronawirusa Chiny polecają autorytaryzm

Udane powstrzymanie epidemii za pomocą lockdownu to pyrrusowe zwycięstwo, bo jego koszty były ogromne. Gdybyśmy lepiej się na taki scenariusz przygotowali, koszty byłyby niższe. Politycy i urzędnicy w całej Europie muszą wyjaśnić, jak mogło do tego dojść – i jak czegoś podobnego uniknąć w przyszłości.

Teraz społeczeństwa nie wydają się jednak być w nastroju, by poważnie przedyskutować te kwestie. Przeważa uczucie ulgi, że oto najgorsze mamy za sobą. Ale taką krytyczną debatę będzie musiało wymusić samo społeczeństwo, sami obywatele. Byłoby bowiem naiwnością oczekiwać od decydentów, że sami ją rozpoczną. Wszystko, co się wydarzyło, będą przedstawiać, cóż za niespodzianka, jako bezalternatywne, a kryzys jako niespodziewany. A przecież wcale tak nie było.

Rewolucja – nie, uczenie się – tak

Oczywiście z wydarzeń ostatnich miesięcy wyciągniemy konsekwencje społeczne i polityczne. Nauczymy się czegoś w temacie zarządzania, gospodarki, ale też ochrony przeciwzakaźnej. Dotyczy to również polityki: dogmaty neoliberalizmu, z jego wiarą w rynek i sceptycyzmem wobec państwa, już od czasu kryzysu finansowego nie są społecznie akceptowalne. Wartość państwa zdolnego do działania i sprawnego sektora publicznego stały się oczywiste w czasie koronakryzysu i w toku jego zwalczania. Można przypuszczać, że polityczne nastroje społeczeństw zachodnich będą się coraz bardziej przesuwać w tym kierunku.

Najprawdopodobniej nie nastąpi jednak wielki zwrot socjo-ekologiczny. To aż irytujące patrzeć, jak w obozie postępowym umacnia się coraz bardziej swoisty millenaryzm kryzysowy. Katastrofa miałaby wymusić efekt katalizatora politycznego przełomu, który w normalnym trybie działania demokracji reprezentacyjnej nie może zorganizować dla siebie większości. Ta nadzieja na wielki skok była widoczna już w czasie kryzysu finansowego (koniec neoliberalizmu i renesans socjaldemokracji), przy Fukushimie (koniec energii jądrowej) i teraz znów się pojawia. Wiele przemawia za tym, że i tym razem żadna zmiana nie nastąpi.

Koronawirus: Katastrofa wywołana przez kapitalizm

Oczywiście, w ogromnych środkach finansowych, które państwo przeznaczy na zwalczanie epidemii i jej skutków, tkwi pewien potencjał politycznego sterowania. I naturalnie powinniśmy sobie życzyć, by stosowne bodźce popchnęły nas w kierunku polityki socjalnej i ekologicznej. Nie należy jednak nadmiernie pompować oczekiwań. Sensem tych środków nie jest bowiem średnio- i długoterminowa polityka strukturalna, lecz tu i teraz: szybkie, możliwie natychmiastowe rozkręcenie gospodarki, przetrwanie firm i miejsc pracy, amortyzacja skutków społecznych przedłużającej się recesji.

Te pieniądze będą musiały pójść na zachowanie lub wskrzeszenie tego, co jest, a nie na jego przekroczenie. Sens państwowego przejęcia udziałów w liniach lotniczych nie polega na tym, by ich samoloty jak najdłużej zostały na ziemi, lecz by możliwie szybko zaczęły latać. Kto oczekuje czegoś innego, żyje złudzeniami. Koronakryzys nie wywróci świata do góry nogami, lecz tylko przyspieszy już obecne trendy. Dla polityki lewicowej i ekologicznej niesie to szansę. Ale nic więcej.

**
Dr Ernst Hillebrand kieruje warszawskim biurem Fundacji im. Friedricha Eberta. Zajmuje się systemami politycznymi i partyjnymi w Europie, wzrostem znaczenia prawicowego populizmu. Pisze też o kierunkach rozwoju Unii Europejskiej.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać