Kinga Dunin

Kto posiał konkordat, ten zbiera smoleńską burzę

Trudno w to uwierzyć, ale 36 procent Polaków wierzy w zamach smoleński. Kulturalne i stonowane wyjaśnienie mogłoby brzmieć mniej więcej tak: To wina złej polityki informacyjnej PO, licznych błędów w śledztwie, kolejnych wpadek, które odebrały oficjalnym komunikatom wiarygodność. W jakiejś mierze pewnie jest to prawda. Można też uogólnić i powiedzieć, że wszystko to wynika z bylejakości państwa. I też się nie pomylimy. Chociaż za taki jego stan nie odpowiada jedynie PO. Możemy też rozważyć hipotezę narracyjną – zamach jest dramaturgicznie bardziej efektowny od wypadku, pozwala na zachowanie pozycji niewinnej ofiary, zamiast kolejny raz przypominać nam, że jesteśmy społeczeństwem nieudaczników. Zrobiliśmy sobie państwo, które nie umie zadbać o podstawowe zasady bezpieczeństwa. Do tego można dodać rozmaite warianty spiskowe, co może nie jest zbyt wyrafinowane, ale również dosyć atrakcyjne.

A może ludzie wierzą w zamach na złość PO? Irracjonalizm, obskurantyzm, pokraczny fundamentalizm od lat są w Polsce narzędziem walki politycznej. Za kilka dni na warszawskie ulice wylegnie tłum faszystów, kiboli i wyznawców religii smoleńskiej. Już nawet co przytomniejsi prawicowcy dostrzegli, że sprawy zaszły chyba zbyt daleko. Ale przecież nie jest to ruch, który powstał wczoraj i jakoś dotąd nikomu nie przeszkadzał. Rozsądny mainstream bronił go przed lewicowymi zadymiarzami, dumnie okupując złoty środek.

Polityczna geometria jest dziecinnie prosta – to, co jest ekstremami, jest definiowane względem centrum. W Niemczech naprzeciw marszom neofaszystów wychodzą zwykli obywatele, często z burmistrzem i rajcami miasta na czele. W Polsce antyfaszyzm jest dziwacznym radykalizmem. Ideałem jest neutralny światopoglądowo „Marsz Komorowski”.

Ktoś kiedyś łatwą ręka odpuścił kwestię prawa kobiet do decydowania o swoim życiu. Ktoś kiedyś równie lekką ręką zgodził się na wprowadzenie religii do szkół. Ktoś kiedyś podpisał konkordat. O ile pamięć mnie nie myli, nie był to PiS ani nawet proto-PiS. To było rozsądne centrum i niby-lewica. Podobno kupiliśmy w zamian prawo do przystąpienia do Unii Europejskiej, a przede wszystkim do kontynuowania reform Balcerowicza. Balcerowicz nie był wart mszy, UE może tak, choć nie jest pewne, czy cena ta była niezbędna.

Niestety jest to cena, która wciąż płacimy. Kiedy centrum jest tak bardzo przesunięte w prawo, to radykalną prawicą będzie ONR, przeciwnicy in vitro i wyznawcy zamachu. Natomiast skrajną, ekstremalną lewicą stają się antyfaszyści, zwolennicy rozwiązań socjaldemokratycznych i praw człowieka obowiązujących w większości krajów europejskich.

Naruszenie tego status quo w tutejszym języku nazywa się wszczynaniem kulturowych wojen, ja wolałabym nazwać to powstaniem. Bo wojnę przegraliśmy, zanim w ogóle się zaczęła.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Kinga Dunin
Kinga Dunin
Socjolożka, publicystka, pisarka, krytyczka literacka
Socjolożka, publicystka, pisarka, krytyczka literacka. Od 1977 roku współpracowniczka KOR oraz Niezależnej Oficyny Wydawniczej. Po roku 1989 współpracowała z ruchem feministycznym. Współzałożycielka partii Zielonych. Autorka licznych publikacji (m.in. „Tao gospodyni domowej”, „Karoca z dyni” – finalistka Nagrody Literackiej Nike w 2001) i opracowań naukowych (m.in. współautorka i współredaktorka pracy socjologicznej "Cudze problemy. O ważności tego, co nieważne”). Autorka książek "Czytając Polskę. Literatura polska po roku 1989 wobec dylematów nowoczesności", "Zadyma", "Kochaj i rób".
Zamknij