Felieton

Fejsbukowy stos dla czarownicy

Fot. Magdalena Okraska, Jacek Dehnel/Facebook.com. Edycja KP.

Internetowy atak na Magdalenę Okraskę świadczy o tym, że uczestniczący w nim żołnierze wcale nie stosują się do tego, co deklarują. Nie mogę stanąć po stronie Jacka Dehnela, bo zobaczyłam, w jaki sposób wykorzystał swój przywilej, czyli wielkość medialnej tuby, jaką dysponuje w wypowiedziach publicznych, by na innych wyżyć swoją złość na jakiegoś randoma z pociągu.

Przeczytajcie najpierw całą komentowaną historię opisaną przez Jacka Dehnela na jego Facebooku: 

Wszystko to idzie, nomen omen, dwutorowo. Bo kiedy wsiadam do pociągu w Rzepinie, mój przyjaciel w innym pociągu,…

Opublikowany przez Jacka Dehnla Poniedziałek, 14 września 2020

Komentarz Kai Puto

Podsumujmy: człowieka spotkała w pociągu przykra sytuacja, padł ofiarą przemocy, więc ma prawo cierpieć. I owszem, konduktor powinien był zareagować.

Zgadzam się z Galopującym Majorem, że nie innym oceniać grubość cudzej skóry, nawet jeśli opisana przez Jacka Dehnela sytuacja może się wydawać – szczególnie poza ekspresem Warszawa–Berlin – stosunkowo błaha, zważywszy na to, że tysiące podobnych nie mogą liczyć na tak szeroki oddźwięk.

Jacek Dehnel vs. Magdalena Okraska, czyli o lewicowych inbach

Potrafię również zrozumieć, że psychologia człowieka popycha nas do tworzenia wyjaśniającej narracji na temat przykrych doświadczeń: kto po śmierci bliskiej osoby nie podważał kompetencji lekarza, nie wygrażał NFZ-owi i nie szukał winy w Tusku lub Kaczyńskim, niech rzuci kamieniem. Czasem jednak lepiej ugryźć się w język, zanim sprzeda się tę narrację publicznie, szczególnie jeśli ma się wielu oddanych followersów, gotowych zabić za jej trafność.

Spotkanie frustrata w pociągu w żaden sposób bowiem nie uzasadnia szerzenia przekonań, że „a to Polska właśnie”, że sytuacja ta mogła się tylko w Polsce wydarzyć i że symbolizuje ona kondycję Polaków. Jest to wniosek wart tyle samo ile prawackie mądrości o imigrantach na podstawie anegdoty szwagra, który mieszka w Berlinie. I tak samo krzywdzący dla Polaków, z których większość jednak nie jest frustratami i łagodniej wyraża sprzeciw w sytuacji, gdy ktoś zapali w przedziale światło bez pytania. A jeśli chodzi o maseczki, którymi Polacy ponoć wyjątkowo złośliwie gardzą: czy to przypadkiem nie w Berlinie odbyła się niedawno największa na świecie antymaseczkowa demonstracja? Kto by się przejmował takimi szczegółami, gdy można ponarzekać na cebulaków. Anty-PiS-owi tylko w to graj.

W przeciwieństwie do Galopującego Majora nie mogę jednak stanąć po stronie Jacka Dehnela. Zobaczyłam, w jaki sposób wykorzystał swój przywilej, czyli wielkość tuby, jaką dysponuje w wypowiedziach publicznych, by wyżyć swoją złość na randoma z pociągu na innych, a do tego online. Komentarz wystosowany przez Magdalenę Okraskę był złośliwy, częściowo trafny (to o kolejkach do lekarza), częściowo niesprawiedliwy („W naszej rodzinie nie latamy na policję, bo ktoś nam powiedział »wypierdalaj«, tylko odpowiadamy »sam wypierdalaj«” – bo: patrz akapit pierwszy).

W żaden sposób jednak publicystka ta nie zasłużyła sobie na butowanie, które zgotował jej Dehnel. Zrobił to, co wielu chłopców robi, kiedy ktoś ich skrytykuje w internecie: poskarżył się swoim followersom, podrzucając linka, pod którym można zaorać lekkomyślnego śmiałka. Ale że zainteresowanie przygodą Dehnela było duże, to i na spalenie czarownicy zebrał się spory tłumek.

I jakże ten tłumek rzekomych pacyfistów, humanistów i wrażliwych lewicowców – pomijając przypadki rzetelnej krytyki – zareagował? Ano pytając, „na czym polega »działalność społeczna« tej panienki”, nazywając ją Karyną z bloku, stwierdzając, że Okraska prezentuje „wulgarność za seksizasłonką”, że śmiała pójść do kościoła, że przyjmują ją tylko „tanie / mężowskie łamy”, komentując jej wygląd i dietę. Do tego spora część zarzutów do niej kierowanych dotyczyła nie jej, tylko jej męża, ale przecież wiadomo – to żadna różnica. Do festiwalu klasizmu, który rozpoczął się jeszcze pod postem o incydencie w pociągu, dołączył seksizm – i tak trują już kolejny dzień.

Lwica patolewicy chciała zabłysnąć, ale własny komentariat ją zmiażdżył. Cmok, smakoszko tokajów.(miłej czytelniczce dziękuję za podsył)

Opublikowany przez Jacka Dehnla Wtorek, 15 września 2020

Najzabawniejsze jest to, że atak na Okraskę świadczy o tym, że uczestniczący w nim żołnierze wcale nie stosują się do tego, co deklarują. Zdenerwowali się, bo Okraska zasugerowała, że na przemoc można odpowiedzieć przemocą – po czym sami się do tej przemocy uciekli.

A co jest najsmutniejsze? To, że w nagonce na publicystkę podważa się i wyśmiewa wartość jej pracy społecznej i dziennikarskiej. A jakkolwiek kontrowersyjna by ona była przy obecnej temperaturze konfliktu politycznego – dla anty-PiS-u nieakceptowalna jest jej wyrozumiałość dla PiS-u i jego elektoratu – jest niesłychanie potrzebna. Okraska potrafi przebijać bańki, mówić rzeczy niewygodne, trudne i ważne, pokazywać świat, którego z wieży z kości słoniowej po prostu nie widać. Nie wyobrażam sobie demokracji, w której nie byłoby na to miejsca.

I czym ostatecznie różni się atak randoma z pociągu na Dehnela od rzucenia Okraski na pożarcie? Tym, że random nie zawołał na pomoc kolegów.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Bio

Kaja Puto

| Reportażystka, felietonistka
Dziennikarka i redaktorka zajmująca się tematyką Europy Wschodniej, migracji i nacjonalizmu. Współpracuje z mediami polskimi i zagranicznymi jako freelancerka. Związana z Krytyką Polityczną, stowarzyszeniem reporterów Rekolektyw i stowarzyszeniem n-ost – The Network for Reporting on Eastern Europe. Absolwentka MISH UJ, studiowała też w Berlinie i Tbilisi. W latach 2015-2018 wiceprezeska wydawnictwa Ha!art.