Felieton

Giertych załatwił premierowi Franciszka, a ty?!

Donald Tusk uznał, że także w polityce europejskiej prawicowa linia jest najskuteczniejsza.

Takie właśnie pytanie i wyrzut, oczywiście ozdobione znanym portretem generała Horatio (cóż za piękne imię) Kitchenera z plakatu mobilizującego poddanych Imperium Brytyjskiego do udziału w drugiej wojnie burskiej (splagiatowanego później przez Amerykanów), chodzi mi po głowie (chodzi to mało powiedziane, tupie, podskakuje, robi nawet fikołki) od czasu, kiedy „Gazeta Wyborcza” poinformowała, że sweet focię z papieżem Franciszkiem załatwił ponoć premierowi Roman Giertych, dzięki stryjowi ks. Wojciechowi Giertychowi w Watykanie.

No cóż, wolałbym, żeby – jeśli już instrumentalizujemy religię, jeśli już klękamy przed każdym w zamian za garść głosów – sweet focię z człowiekiem będącym nadzieją na trochę chrześcijaństwa w Kościele, załatwił premierowi Bartłomiej Sienkiewicz. Żądając za to nieco innych przysług, niż może zażądać od premiera „Pan Roman” (cyt. za Janusz Szpotański z niezapomnianego – w każdym razie nie przeze mnie – poematu „Pan Karol i Kostuś” opisującego wspólny pobyt w ośrodku internowania Karola Modzelewskiego i Stefana Niesiołowskiego, który „jad sączy Pana Romana” – wówczas jeszcze przynajmniej Dmowskiego).

Jednak tak samo, jak abp. Hoser ma lepszy dostęp do nadziei chrześcijaństwa, niż ks. Lemański, tak samo wygląda na to, że Roman Giertych ma do owej nadziei chrześcijaństwa lepszy dostęp (przez stryja, przez stryja) niż Bartłomiej Sienkiewicz.

A ja, a my? Jak możemy pomóc premierowi w odparciu Kaczyńskiego?

Nie możemy tak wydatnie jak Giertych, jak Kamiński, jak Michał Królikowski… więc może nie uczestniczmy w wyścigu z tymi panami (zamilczcie szydercy, do siebie te wątpliwości kieruję, więc proszę się nie dziwić, że sam na nie odpowiadam)?

Ach te tragedie „armii metafor w marszu” (cyt. za Fryderyk Nietzsche, który w ten sposób zdefiniował człowieka, każdego człowieka, i jest to definicja człowieka najlepsza, na jaką trafiłem), wciąż zmieniającej kierunek, wciąż odpowiadającej na ostrzał z nieco innej strony, czasem rozłażącej się i demobilizującej, a kiedy indziej znowu zmobilizowanej jak rewolucyjna armia sankiulotów (czyli facetów bez portek) w bitwie pod Valmy. Kiedy nieopatrznie wymieniłem ciosy z Maleńczukiem, „Gazeta Wyborcza” zgniłym pomidorem swego komentarza trafiła mnie w plecy przypominając – zgodnie zresztą z prawdą – że w ciągu 29 lat mojej publicystycznej działalności obstukiwałem już Maleńczuka z paru różnych stron, zgłaszając wobec niego różne, często sprzeczne oczekiwania. Tak bywa z miłością, czasem narzekamy na to, że za chuda, czasem że za gruba, czasem że za mądra, czasem że za głupia, a huuu! (teraz zdaje się parafrazuję Nosowską z kawałka „Cudzoziemka”, tyle mi tego chodzi po głowie, że własnych myśli nie słyszę).

Zatem skoro nie mogę już pomóc Tuskowi nawet w części tak skutecznie, jak to robi Giertych (i Kamiński, i Kamiński) i skoro nie mogę w związku z tym niczego się po premierze spodziewać (możecie mi wierzyć lub nie, ale mam na myśli idee i politykę, a nie zatrudnienie), mogę sobie – wreeeszcie – odpuścić ten wyścig. I ze swoją upiorną muzyczką, antytezą skutecznego PR-u, przesunąć się nieco dalej. Z mojego nieco wcześniej ulubionego trójkąta PO-TR-SLD, na trójkąt leżący minimalnie bardziej na lewo TR-SLD-Zieloni.

Taka to i cała moja niepodległość trójkątów. Każdy z nich ma swoje wady i swoje zalety, wadą drugiego, który właśnie wybrałem i w granicach którego przez czas jakiś zamierzam głosować, jest jego wymierna polityczna słabość. Na razie nie powstrzyma prawicy nawet, gdyby jego wierzchołki ze sobą minimalnie współpracowały, a przecież tego nie robią. Ale tę pierwszą geometryczną figurę, przy której wiernie stałem przez parę ostatnich sezonów wyborczych, geometra Tusk ciągnie teraz w prawo, za daleko, za mocno jak na mój osobisty, fakt, dziwaczny gust.

Minister Sikorski dostarczył mi właśnie ostatniego dowodu (wcale nie po to ten wywiad robiłem, ja naprawdę miałem nadzieję na choćby minimalnie bardziej proeuropejski przekaz, a Sikorski zawsze był prounijnym skrzydłem tego rządu) na to, że także w najważniejszej dla mnie spośród wszystkich polskich polityk, polityce europejskiej, tej realnej, a nie deklarowanej w sejmowej ustawce z Waszczykowskim, premier nie zamierza kiwnąć palcem. A, zapomniałem, Unia Energetyczna! Tak, świetnie wiem, co Europa powinna dziś zrobić dla Tuska. Pomóc mu wygrać kolejne wybory z Kaczyńskim, dając Polakom przynajmniej wrażenie, że ma ochotę „bronić nas przed Rosją”. Może nie tak skutecznie jak 150 rotacyjnych żołnierzy, ale jednak jakoś też.

Ale co Tusk zamierza zrobić dla Europy? Żeby była faktycznie silniejsza wobec rynkowej globalizacji, bardziej zwarta społecznie, politycznie, a może nawet militarnie? Słuchałem premiera bardzo długo, uważnie, z nadzieją, więc mogę – niestety – powiedzieć, że nic.

Donald Tusk uznał, że także w polityce europejskiej prawicowa linia Prawa i Sprawiedliwości – „żadnej głębszej integracji, a już na pewno nie w najbliższych latach!” – jest najskuteczniejsza, to znaczy, że w prawicowej Polsce przyniesie najwięcej prawicowych głosów. Wystarczy tylko samemu ją realizować, wystarczy tylko realizować ją sobą, a nie Jarosławem Kaczyńskim; Sikorskim, a nie Fotygą; Sienkiewiczem, a nie Macierewiczem; Lewandowskim, a nie Waszczykowskim. Czy rzeczywiście wystarczy? Gdyby się okazało, że nawet to nie wystarczy, „czarna dziura”, o której jakiś czas temu na naszych łamach mówiła Magdalena Środa, okaże się jeszcze głębsza i czarniejsza, niż mogliśmy przypuszczać. Oczywiście znów można się zastanawiać, czyja to jest wina. No bo jeśli transformacja ustrojowa powiodła się nam tak nieskazitelnie, jak twierdzą autorzy rocznicowych hymnów, to skąd miliony Polaków wierzących w kosmitów (czyli w trotyl Gmyza)? A nawet w to nie wierzących, może już w nic nie wierzących, tyle że akceptujących każdy sztandar, nawet najbardziej szalony, żeby polską transformację kopnąć, choćby symbolicznie. Ja już od dawna nie jestem polskiej transformacji wrogiem (starość, kraina łagodności, liberalizm zmęczenia…). Twierdzę jednak, że o tym, czy się w Polsce transformacja powiodła, przesądzi także to, czy się ją Kaczyńskiemu po raz kolejny uda obalić – nie mając dla niej żadnych alternatyw, same tylko kłamstwa.

Skoro jednak Tusk postanowił bić się z Kaczyńskim wyłącznie o przejęcie prawicowego wizerunku i prawicowego programu – w wymiarze klerykalizacji polityki, w wymiarze modelu polityki europejskiej (powtarzam, o konkretne rozstrzygnięcia mi chodzi, a nie o PR, który obaj panowie faktycznie mają skrajnie inny, w końcu jeden jest adresowany do „tych, którym się powiodło”, a drugi do „sfrustrowanych nieudaczników”) – to może się na tym przejechać. Tak czy inaczej, po raz pierwszy w tych wyborach walka o to, czy wygra „Kaczyński po liftingu”, czy „Kaczyński sztucznie zbrzydzany okropnym sweterkiem, żeby się w nim mogli wszyscy frustraci w okropnych sweterkach odnaleźć”, mnie już nie dotyczy. To są wybory europejskie, a tylko mój nowy trójkąt (TR-SLD-Zieloni) oferuje mi w paru konkretnie przedstawionych krokach silniejszą i bardziej zintegrowaną UE, a także Polskę bardziej realnie w tę UE włączoną.

Wiem, jak jest wkurzające, kiedy dziennikarze i publicyści mówią nam, na kogo będą, a na kogo nie będą głosować. Sam się wielokrotnie na takie wyznania wkurzałem. Na swoje usprawiedliwienie mogę tylko powiedzieć, że nie jestem dziennikarzem, a co do publicysty… no cóż, zawsze wolałem być Witkacym polskiej publicystyki, niż jej Bolesławem Piaseckim udającym Dmowskiego. Wiele innych rzeczy mi w życiu nie wyszło (dalekie echo Budki Suflera), ale w zrealizowanie tej ostatniej z moich artystycznych i życiowych ambicji ciągle jeszcze wierzę.

I właśnie dlatego („czysta forma”) napisałem ten jeden z najbardziej idiosynkratycznych felietonów wyborczych, mobilizacyjnych, prawie politycznych.

Sądzę, że można go opublikować nawet w ciszy wyborczej, bo nie ma obawy, że go jakiś członek PKW zrozumie.

Bio

Cezary Michalski

| Komentator Krytyki Politycznej
Publicysta, eseista, prozaik. Studiował polonistykę na Uniwersytecie Jagiellońskim, potem również slawistykę w Paryżu. Pracował tam jako sekretarz Józefa Czapskiego. Był redaktorem pism „brulion” i „Debata”, jego teksty ukazywały się w „Arcanach”, „Frondzie” i „Tygodniku Literackim”. Współpracował z Radiem Plus, TV Puls, „Życiem” i „Tygodnikiem Solidarność”. W czasach rządów AWS był sekretarzem Rady ds. Inicjatyw Wydawniczych i Upowszechniania Kultury. Wraz z Kingą Dunin i Sławomirem Sierakowskim prowadził program Lepsze książki w TVP Kultura. W latach 2006 – 2008 był zastępcą redaktora naczelnego gazety „Dziennik Polska-Europa-Świat”, a do połowy 2009 roku publicystą tego pisma. Współpracuje z Wydawnictwem Czerwono-Czarne. Aktualnie jest komentatorem Krytyki Politycznej

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.