Felieton

Cameron i Tusk

Głosowanie w Izbie Gmin, w wyniku którego 400 posłów (w tym połowa Partii Konserwatywnej i premier David Cameron, który wniosek zgłaszał) zagłosowało za równouprawnieniem małżeństw homoseksualnych, a tylko 175 przeciwko, ma pewien morał. Czysto polityczny. Odpowiada mianowicie na pytanie, dlaczego Cameron pozostaje dzisiaj najciekawszym politycznym liderem na Wyspie. A dlatego, że kiedy premier podejmuje jakąś „kontrowersyjną” i politycznie ryzykowną decyzję, potrafi tę rzecz przeprowadzić. Dokonał wyraźnego i jednoznacznego wyboru na rzecz emancypacji, a kiedy go dokonał, przeprowadził ten wybór ogniem, żelazem, a przede wszystkim ciężką polityczną pracą. Wiedząc, że w momencie startu ma większość partii przeciw sobie, szczególnie po tym, jak do boju ruszyły oba największe brytyjskie Kościoły pod wodzą nowych biskupów Benedykta XVI (katolicy) i wieloletniego członka zarządu brytyjskich spółek naftowych (anglikanie), zapraszał na Downing Street 10 posła za posłem, posłankę za posłanką, sceptycznych i wahających się, bojących się tego, że im konserwatywni biskupi w ich okręgach wyborczych urządzą piekło. I każdego swojego posła i każdą posłankę osobiście młotkował. Nie posłużył się do tego celu żadnym Rafałem Grupińskim, za którym mógłby się schować, gdyby „coś poszło nie tak”. On to zrobił sam, tak jak silny polityczny lider sam to zrobić powinien.

Paru antygejowskich konserwatystów poskarżyło się później na sali obrad, że im premier „podeptał sumienie”. Ale wymłotkował w ten sposób poparcie 127 posłów, a innych 40 nakłonił do „nieobecności lub wstrzymania się od głosu”, co wraz z Partią Pracy i koalicjantem zapewniło mu „liberalną większość” w Izbie Gmin, tak różną od „konserwatywnej większości” w obecnym polskim Sejmie.

Dzięki Cameronowi Torysi odzyskali prawo do noszenia dumnego miana „konserwatystów”, w takim sensie, jaki nadali temu pojęciu Burke czy Disraeli. W tej konkretnej sprawie stali się liderami społecznej zmiany dokonującej się w Anglii, której nadają instytucjonalny i prawny kształt, unikając nadmiaru przemocy i społecznego konfliktu. Nie są tylko „tradycjonalistami” jak Gowin, stali się znów „konserwatystami”. Różnica subtelna, ale naprawdę da się ją zauważyć.

Zachowanie Camerona pozwala zrozumieć, dlaczego on jest liderem politycznym w swoim kraju, a Donald Tusk w swoim kraju, a nawet w swojej partii i w swoim elektoracie nie (już nie? na razie? może nigdy nie był?). W jaki sposób Cameron zdołał przejąć inicjatywę w swojej z natury niepokornej i anarchicznej Partii Konserwatywnej, już sobie powiedzieliśmy. A w jaki sposób Donald Tusk zdołał doprowadzić do jawnego buntu przeciwko sobie i swemu projektowi w klubie PO, nauczonym wcześniej, i to przez niego samego, absolutnej uległości i oportunizmu? Otóż wiedząc, że sprawa związków partnerskich jest „kontrowersyjna”, a przecież „my Słowianie kontrowersji nie lubim”, Tusk zostawił klub w rękach Rafała Grupińskiego. Polityka, którego wcześniej sam pozbawił wszelkiego autorytetu w oczach tegoż klubu (działo się to stosunkowo niedawno, przy okazji politycznej dekapitacji Grzegorza Schetyny, którego Grupiński prywatnie jest długoletnim, lojalnym przyjacielem).

To prawda, na Twitterze „ze szpitala” Tusk zaapelował o skierowanie do pracy w komisjach wszystkich trzech (także lewicowych) projektów ustawy o związkach partnerskich. Ale kiedy znalazł się w Sejmie i zobaczył atmosferę w klubie, sam swojej własnej wskazówki nie posłuchał (nie czyta własnego konta na Twitterze?, bo że go nie pisze, to u polityków częste). Sprawdźcie, jak głosował. On nie zagłosował za skierowaniem do komisji obu projektów lewicy, tak samo, jak nie zagłosowali za tymi projektami siedzący obok niego Rostowski i Sikorski, którzy przecież widzą, jak ręka premierowi chodzi po pulpicie. Tusk miał nadzieję, że mięknąc w ten sposób, zdoła także rozmiękczyć frakcję Jarosława Gowina, która zagłosuje za projektem PO. Bardzo się pomylił. Gdyby Cameron tak się zachowywał, nie miałby klubu podzielonego na pół, ale miałby go w całości przeciwko sobie i żadnych równych praw obywatele UK od swojej Izby Gmin by nie dostali.

Nieliczni ludzie, którzy mają jeszcze osobiste kontakty z Tuskiem (alb chcieliby je mieć), a jednocześnie raz czy drugi rozmawiali ze mną (to naprawdę zbiór nieomalże pusty, ale jednak jakiś element tam się znajduje), lubią rozpływać się nad brutalnością Tuska jako Cezara (im się to podoba, bo to są moi rówieśnicy, z mojego całkowicie zbarbaryzowanego przez lata 80. pokolenia, wszyscy tacy jesteśmy, grrrh!). Ale co to za Cezar, który potrafi przegnać Rokitę czy ś.p. Płażyńskiego? Mimo pozorów to są albo byli ludzie bardzo łagodni. Ich potrafiłby przegnać nawet szeregowy legionista z IX Legionu, Cezar do tego naprawdę nie jest potrzebny. No może wykończenie Schetyny wymagałoby już użycia centuriona albo nawet dwóch. Ale nadal nawet nie zbliżamy się do poziomu Cezara. Cezara poznaje się po realnych podbojach, a nie po masakrach dokonywanych w pałacu albo w gronie rodziny. Mityczny cezaryzm Tuska kończy się, kiedy trzeba zdecydować o związkach partnerskich albo o wejściu Polski do strefy euro.

No dobrze, nie grajmy tak do jednej bramki, tym bardziej, że kondycja naszego czołowego piłkarza ma prawo już nie być taka jak kiedyś. Cameronowi też zdarza się ulec. Nie chciał i nadal nie chce referendum w sprawie wyjścia Wielkiej Brytanii z UE. Zadeklarował głośno i nadal powtarza, że „serce Wielkiej Brytanii bije w Europie”. W EUROPIE, a nie na fantastycznych atlantyckich pustkowiach, pełnych mitycznych potworów morskich, a zarządzanych w wieczystym sojuszu przez Santoruma i Waszczykowskiego. Cameron też jednak musiał ulec przed idiotami ze swej własnej partii. I przed mediami Ruperta Murdocha, który Unii Europejskiej nienawidzi tak samo namiętnie, jak namiętnie kocha Chiny. Ale nawet kiedy Cameron ulegał, zrobił to w taki sposób, aby jak najbardziej zmniejszyć szanse angielskiego ludu na podjęcie decyzji samobójczej dla niego i szkodliwej dla nas. Odroczył referendum na czas po następnych wyborach (naprawdę nie jest pewne, że po roku 2015 nadal będzie rządził), a w dodatku wyznaczył jego datę „orientacyjnie” na rok 2017, kiedy Unii Europejskiej i strefy euro albo już nie będzie, albo będą bardziej stabilne i nawet mediom Murdocha nie będzie tak łatwo jak dzisiaj straszyć nimi angielskiego ludu.

Zatem, kto jest Cezarem, a kto jedynie o Cezarze z fascynacją czytał podczas swoich studiów? I kto tu jest konserwatystą, Cameron czy Gowin, który jako motto swego nowego politycznego życia po życiu wybrał dewizę bliską Jackowi Bartyzelowi – „umierać, ale powoli”?

Bio

Cezary Michalski

| Komentator Krytyki Politycznej
Publicysta, eseista, prozaik. Studiował polonistykę na Uniwersytecie Jagiellońskim, potem również slawistykę w Paryżu. Pracował tam jako sekretarz Józefa Czapskiego. Był redaktorem pism „brulion” i „Debata”, jego teksty ukazywały się w „Arcanach”, „Frondzie” i „Tygodniku Literackim”. Współpracował z Radiem Plus, TV Puls, „Życiem” i „Tygodnikiem Solidarność”. W czasach rządów AWS był sekretarzem Rady ds. Inicjatyw Wydawniczych i Upowszechniania Kultury. Wraz z Kingą Dunin i Sławomirem Sierakowskim prowadził program Lepsze książki w TVP Kultura. W latach 2006 – 2008 był zastępcą redaktora naczelnego gazety „Dziennik Polska-Europa-Świat”, a do połowy 2009 roku publicystą tego pisma. Współpracuje z Wydawnictwem Czerwono-Czarne. Aktualnie jest komentatorem Krytyki Politycznej

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.