Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Obserwuj Obserwuj

Mobilizacja wyborców bez wpływu na instytucje. Hiperpolityka jako źródło cierpień

Matrycą i ostatecznym horyzontem hiperpolitycznego konfliktu jest internetowa gównoburza – aktywność w mediach społecznościowych staje się główną formą politycznego działania, w niewielkim stopniu przekładającego się na realne zmiany.

ObserwujObserwujesz
Celnie!

2

W ostatnich wyborach na Węgrzech padł rekord frekwencji – niewiele brakowało, a osiągnęłaby 80 proc. Rekordy odnotowano także w wyborach parlamentarnych w Polsce w 2023 roku i w drugiej turze wyborów prezydenckich rok temu. W USA w 2020 roku, gdy Trumpowi nie udało się zapewnić sobie reelekcji, frekwencja była najwyższa od lat 60.

Skąd ta mobilizacja? W Polsce i Stanach Zjednoczonych, a w dużej mierze także na Węgrzech, przeważająca część wyborców miała poczucie, że stawką jest samo przetrwanie demokracji. Że jeśli teraz się nie zmobilizują i nie zagłosują, to mogą nigdy więcej nie doświadczyć wolnych i uczciwych wyborów w swej ojczyźnie. Że jeśli nie zmieni się władza, to kraj zdryfuje na katastrofalną dla niego ścieżkę, z której trudno będzie zawrócić. Przegrana mniejszość z kolei mobilizuje się z dokładnie przeciwnych powodów: jest przekonana, że jeśli druga strona wróci do władzy, to pokonani mogą nawet „utracić swój kraj”.

Czytaj także Wahadło wychyla się w drugą stronę? 7 powodów, dla których prawica zaczyna przegrywać Piotr Wójcik

Takie mobilizacje łatwo się wypalają, co widać było w Stanach w 2024 roku: spadek frekwencji i demobilizacja bazy demokratów w związku m.in. ze wsparciem administracji Bidena dla zbrodniczej polityki Izraela w Gazie, umożliwiły Trumpowi powrót do władzy. W Wielkiej Brytanii w ciągu kilku cykli wyborczych przeszliśmy od najwyższej frekwencji w XXI wieku – w wyborach w 2017 roku, gdy projekt Partii Pracy Corbyna na chwilę wzbudził entuzjazm – do drugiej najniższej w tym stuleciu, w 2024 roku.

Jak nazwać demokrację, w której fale mobilizacji, napędzane głębokim lękiem egzystencjalnym przed tym, co może przynieść wynik wyborów, równie szybko wznoszą się, co opadają? Politolog z Oksfordu Anton Jäger w swojej książce, której angielska wersja ukazała się niedawno nakładem Verso, proponuje termin „hiperpolityka”.

Polityzacja bez instytucjonalizacji

W największym skrócie, hiperpolityka oznacza polityzację bez instytucjonalizacji. Hiperpolityczne demokracje charakteryzuje bardzo ostry konflikt polityczny, czasem wręcz sięgający po przemoc – vide atak zwolenników Trumpa na Kapitol w 2021 roku, zabójstwo Charliego Kirka czy zamach na Roberta Ficę. Co jednak istotne, konflikt ten nie przekłada się równocześnie ani na samoorganizację, ani na budowanie instytucji, takich jak ruchy społeczne czy partie polityczne, przez jego aktorów.

W porządku hiperpolitycznym polityka jest wszechobecna. Definiuje nasze indywidualne tożsamości i życiowe wybory: jak wiemy z polskiego podwórka, nawet zjedzenie hot doga na stacji benzynowej może być deklaracją w politycznym konflikcie. Polityka dzieli rodziny, zrywa przyjaźnie, a nawet uniemożliwia ludziom dobieranie się w pary (panowie idą na prawo, a panie na lewo). Choć nie każdy zaczyna dzień od przescrollowania politycznego X i wdania się w kilka polemik jeszcze w łóżku, to polityczne emocje stają się czymś, co afektywnie pobudza rosnącą cześć społeczeństwa w zasadzie codziennie. 

Z drugiej strony, temu zaangażowaniu nie towarzyszy wzmocnienie instytucji, przy pomocy których możemy realnie wpływać na demokratyczną politykę. Mimo wszystkich emocji partie polityczne nie stają się ponownie masowe. Ruchy protestu szybko się wypalają i nie są w stanie osiągnąć swoich celów – w Polsce najdobitniej pokazała to wielka mobilizacja kobiet w 2020 roku, która niemal niczego ostatecznie nie zmieniła, jeśli chodzi o dostęp do legalnej aborcji.

Hiperpolityka toczy się bowiem – jak przedstawia to Jäger – w świecie w zasadzie postspołecznym. Przemiany ostatnich czterech dekad – globalizacja, dezindustrializacja, ekspansja konsumeryzmu, sekularyzacja – zmiotły z planszy instytucje będące szkieletem społecznym powojennych demokracji: związki zawodowe, masowe partie polityczne, spójne wspólnoty sąsiedzkie, ale też kościoły czy amatorskie ligi sportowe.

I właśnie ta społeczna próżnia, w której toczy się hiperpolityczny konflikt oraz niezdolność uczestniczących w nim aktorów do budowy instytucji sprawia, że konflikty robią się tyleż gwałtowne i wszechobecne, co – tak przynajmniej twierdzi Jäger – często pozbawione konsekwencji. Skandale i wzmożenia opinii publicznej wybuchają i gasną, a tematy, które wydają się organizować polityczny, spór znikają nagle, zastąpione przez kolejne. Za wielkimi mobilizacjami – jak globalny ruch Black Lives Matter – postępują niewielkie lub żadne zmiany. Konflikt, choć angażuje emocje, ostatecznie przypomina raczej wrestlingowe przedstawienie albo wypala się w awanturach w mediach społecznościowych. Matrycą i ostatecznym horyzontem hiperpolitycznego konfliktu może być internetowa gównoburza – aktywność w mediach społecznościowych staje się główną formą politycznego działania, w niewielkim stopniu przekładającego się na realne zmiany.

Czytaj także Czy tylko prawica może zatrzymać prawicowy populizm? Jakub Majmurek

Od postpolityki, przez antypolitykę, do postpolityki

Jak dotarliśmy w to miejsce? W XX wieku w rozwiniętych demokracjach w Europie Zachodniej i Stanach polityka wyglądała inaczej. Opierała się o silne, masowe instytucje: kościoły, związki zawodowe czy prawdziwie ludowe partie polityczne. Bo zarówno partie chrześcijańsko-demokratyczne i inne centroprawicowe ugrupowania, jak i socjaldemokracje, były ugrupowaniami masowymi, realnie zakorzenionymi społecznie, opartymi o wyraziste, wyraźnie od siebie odrębne światopoglądy i tożsamości klasowe.

Masowe partie, ale też związki zawodowe obejmujące większość siły roboczej, były realnymi narzędziami. Umożliwiały ludziom kolektywne kształtowanie politycznej i gospodarczej rzeczywistości. A przy tym powojenny system był w stanie utrzymywać polityczną polaryzację w pewnych cywilizowanych ramach. W efekcie uniemożliwiał przekształcenie jej w wojnę domową czy walkę o stawkach egzystencjalnych, jak w Europie lat 30., gdy naziści i komuniści toczyli bitwy na ulicach Berlina, a bojówki PPS i endecji – na ulicach Warszawy.

Wszystko to zmienia się wraz z pękaniem powojennego konsensusu, globalizacją i wszystkimi związanymi z tym zjawiskami. Masową, społecznie zakorzenioną politykę, oczywistą jeszcze w latach 70. ubiegłego wieku, zastępuje postpolityka. Partie polityczne przestają być masowymi organizacjami tworzącymi własne społeczne światy, stają się za to brandami, próbując sprzedać swój produkt jak największej liczbie wyborców-konsumentów. Wybór, jakiego dokonują obywatele, ma niewielkie znaczenie, bo ktokolwiek by nie rządził, realizuje tę samą, podporządkowaną rynkom i rynkowej logice politykę.

Z kolei odpowiedzią wyborców coraz częściej są wyborcza absencja, wycofanie się z polityki, zwrot ku konsumpcji i walce o indywidualną pozycję ekonomiczną, sławę i różne symbole statusu.

Balzakiem świata postpolityki jest dla Jägera Michel Houellebecq. Houllebecqowski bohater – przepełniony resentymentem, niezdolny uwierzyć w żadną ideę, a tym bardziej zorganizować się, by wspólnie z innymi działać dla jej urzeczywistnienia, wiecznie sfrustrowany, neurotyczny, depresyjny indywidualista tęskniący za autentyczną więzią, ale organicznie do niej niezdolny – jest w ujęciu politologa najbardziej powszechną formą podmiotowości, tworzoną przez postpolityczne społeczeństwa.

Jak jednak zauważa Jäger, w jednej z późniejszych powieści Houellebecqua, Serotoninie (2019), pogrążającego się w depresji bohatera ze stuporu chwilowo wyrywają gwałtowne protesty francuskich rolników. Powieść miała swą premierę w trzy miesiące po tym, jak rozpoczęły się protesty „żółtych kamizelek”, mobilizujące wiejską i pozamiejską Francję przeciw wielkomiejskiej elicie i prezydentowi Macronowi, który uosabiał ją w oczach protestujących.

Dla Jägera żółte kamizelki to jeden z wielu ruchów protestu z poprzedniej dekady powstałych jako reakcja na postpolityczny paraliż. Occupy Wall Street, ruch oburzonych, Black Live Matters – wszystkie te ruchy całkowicie odrzucały postpolityczny konsensus i demokrację, która utraciła zdolność do realnego reprezentowania obywateli i rozwiązywania ich problemów. Nie potrafiły jednak nie tylko zaprezentować jakiejkolwiek alternatywy, ale nawet taktycznie zorganizować się dla realizacji swoich interesów. Okres pomiędzy postpolityką lat 90. i zerowych a współczesnym hiperpolitycznym konfliktem Jäger nazywa antypolityką.

Czytaj także Peter Thiel, antychryst Slavoj Žižek

Hiperpolityka to stan, w którym typowe dla antypolitycznych protestów polityczne pobudzenie staje się czymś permanentnym, ale jednocześnie nie na zdolności do przełamania wpisanego w antypolitykę impasu instytucjonalnego i strategicznego. Stan, w którym houellebecqowski bohater, zamiast łagodzić symptomy seksturystyką i antydepresantami lub oddawać się cichej desperacji, zmienia się w wojownika klawiatury sączącego mizoginiczny czy rasistowski jad.

Polityka naprawdę bez konsekswencji?

Snując narrację, Jäger pisze głównie o zachodniej Europie i Stanach Zjednoczonych, praktycznie w ogóle nie zajmując się postkomunistyczną Europą Środkowo-Wschodnią. Zarazem jego schemat ewolucji demokracji w ostatnich kilku dekadach – od postpolityki, przez antypolitykę, po hiperpolitykę – do pewnego stopnia daje się odnieść także do naszego regionu. Weźmy polski przypadek.

Okres postpolityczno-konsumpcyjnej drzemki, który z wyraźnym potępieniem opisuje autor Hiperpolityki, przypadł u nas na czasy wielkiego transformacyjnego wysiłku i marszu do politycznych, militarnych i gospodarczych struktur zachodu. Polityka wydawała się wtedy podobnie bezalternatywna, jak na Zachodzie, nawet jeśli obsługujący ją podział postkomunistyczny budził wielkie emocje, a strona postsolidarnościowa naprawdę bała się, że zwycięstwa SLD i Kwaśniewskiego z lat 1993-1995 mogą wykoleić polską drogę do demokracji. Stawki, o jakie grało wtedy społeczeństwo, były przy tym znacznie wyższe niż w Wielkiej Brytanii, Stanach czy Francji lat 90.

Można się zastanawiać, czy Polski nie ominęła aby fala antypolitycznych protestów. Jedynym przykładem, jaki przychodzi mi na myśl, są protesty przeciw ACTA, które – choć istotnie przyczyniły się do podkopania poparcia dla PO wśród młodych ludzi – nie odegrały takiej politycznej i kulturowej roli, jak ruch oburzonych na Zachodzie.

Jednocześnie byliśmy jedną z pierwszych demokracji, która już w 2010 roku, na fali katastrofy smoleńskiej, weszła w logikę hiperpolitycznego konfliktu. PiS próbował wykorzystać tragedię, by upolitycznić i podzielić społeczeństwo, narzucić mu utrzymujący najwyższe społeczne emocje podział, w którym po jednej stronie stoi naród zjednoczony wiernością wobec mitu Smoleńska, a po drugiej grupa, która sama się z tego narodu wykluczyła.

Obserwując lub uczestnicząc dziś w polityce zdominowanej przez polaryzację PO-PiS łatwo rozpoznajemy się w jägerowskim opisie hiperpolityki i jej problemów. Jednocześnie, patrząc nie tylko na polski przypadek, można zastanawiać się nad diagnozą politologa, że hiperpolityka jest polityką bez konsekwencji. Co prawda, PiS-owi mimo ośmiu lat rządów i niemal całkowitej kontroli nad większością ośrodków władzy, nie udało się zabetonować systemu, zbudować demokracji nieliberalnej czy choćby zdobyć trwałej kulturowej hegemonii. Rządy tej partii skutecznie jednak spacyfikowały takie instytucje, jak Trybunał Konstytucyjny, i zostawiły nas z kryzysem praworządności, wobec którego nowe rządy pozostają w dużej mierze bezradne.

To, jak szybko sypie się polityczny projekt Trumpa, mogłoby z kolei potwierdzać diagnozy Jägera, ale jednocześnie polityka amerykańskiego prezydenta na Bliskim Wschodzie czy w Ameryce Łacińskiej najpewniej będzie mieć długotrwałe konsekwencje dla porządku światowego. Nawet jeśli zupełnie inne, niż zakłada administracja w Waszyngtonie. Rozumiem teoretyczną stawkę Jägera – pokazanie różnicy między współczesnymi hiperpolitycznymi mobilizacjami a historycznymi faszyzmami – ale być może sensowniej byłoby mówić o strategicznej bezwładności hiperpolityki, niż nazywać ją „polityką bez konsekwencji”.

Czytaj także Będzie wam gorzej. Postęp w służbie bogaczy Tomasz S. Markiewka

Co dalej?

Hiperpolityczne pobudzenie nie jest przy tym stanem możliwym do podtrzymania na dłuższą metę. Sama hiperpolityka wydaje się formą wysoce niestabilną i przejściową. W co mogłaby się przekształcić? Trudno wyobrazić sobie powrót do postpolitycznej drzemki, już choćby z tego powodu, że współczesne społeczeństwa generują zbyt wiele napięć związanych z nierównościami, kurczącą się społeczną mobilnością, kwestiami kulturowymi. Czy może ewoluować w jakąś autorytarną formę? Na razie ta opcja nie zmaterializowała się w żadnej demokracji, ale bez wątpienia jest strategicznym projektem najbardziej reakcyjnej części przedstawicieli Doliny Krzemowej.

Esej Jägera przenika nostalgia za masową polityką XX wieku i formą uspołecznienia, która czyniła ją możliwą. Ale trudno wytyczyć drogę, która pozwoliłaby nam się ponownie uspołecznić w ten sposób. Co więc robić? Praca Jägera nie udziela odpowiedzi. Jednak – mimo różnych zgłaszanych powyżej uwag – trafnie nazywa i diagnozuje stan, w jakim się znajdujemy.

Komentarze

Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
Komentarze w treści
Zobacz wszystkie
0
Komentujące wszystkich krajów, łączcie się!x