Według danych ukraińskich władz największa grupa zagranicznych najemników w rosyjskiej armii to żołnierze z byłych republik Związku Radzieckiego, głównie z Azji Centralnej. Grupę mniejszą, choć dużo ciekawszą z powodu obcości kulturowej i oddalenia geograficznego, stanowią rekruci z Azji Południowej. Szacuje się, że to 8 procent wszystkich zagranicznych najemników. Ich śmiertelność jest szokująco wysoka. Z wojny w Ukrainie nie wróciła najpewniej aż jedna trzecia obywateli Sri Lanki i Bangladeszu, którzy zaciągnęli się do rosyjskiej armii, i około 15 procent tych z Indii i Nepalu.
Rekrutacja, manipulacje i wysoka śmiertelność
Indyjskie media co jakiś czas donoszą o Indusach, którzy próbują uciec z frontu. Część przekonuje, że nie wiedziała, że obiecana przez pośrednika praca w Rosji oznacza służbę wojskową. Inni tłumaczą, że nie mieli świadomości, jak wyglądają realia wojny w Ukrainie. Jeszcze inni to studenci zapewniający, że do wstąpienia do armii zostali zmuszeni przez rosyjskie służby po fałszywych oskarżeniach o przemyt narkotyków.
Pojawiają się też wypowiedzi rodziców i żon zabitych, którzy próbują – często bezskutecznie – odzyskać ciała swoich bliskich. Zazwyczaj dopiero dowód w postaci zwłok uprawnia ich do otrzymania zadośćuczynienia, którego wysokość jest wpisana w kontrakt i stanowi rodzaj zachęty, by się w rosyjskiej armii zatrudnić. Drugim magnesem ma być obietnica obywatelstwa dla wdowy i dzieci zmarłego. Z oczywistych względów w debacie publicznej nie pojawia się perspektywa najemników świadomych swojego położenia, dobrowolnie decydujących się na pracę w obcych siłach zbrojnych, nawet jeśli dokonują one agresji na inny kraj. A ci najpewniej stanowią większość rekrutów.
Już same dane statystyczne zdradzają, co popycha obywateli Azji Południowej do ryzykownej podróży do Rosji. W liczbie najemników z Azji Południowej przodują Nepal i Sri Lanka. Rozpoczęcie pełnoskalowej inwazji na Ukrainę przypadło na moment, kiedy Sri Lanka praktycznie zbankrutowała. Przez długie tygodnie ludzie żyli bez prądu, często również bez gazu i benzyny. Ostatecznie państwo podpisało porozumienie z wierzycielami (głównie Chinami) i Międzynarodowym Funduszem Walutowym. Umowa jest kontrowersyjna z punktu widzenia Sri Lanki, bo zmusza władze do cięcia wydatków publicznych.
Przyszłość pozostaje niepewna, mimo że w 2024 roku socjaliści odnieśli spektakularne zwycięstwo zarówno w wyborach prezydenckich, jak i parlamentarnych. Nepal swój kryzys przeszedł niedługo później. Doprowadził on do masowych protestów pokolenia Z, dymisji rządu i nowych wyborów. Jednak sytuacja ekonomiczna pozostaje trudna. To nie tylko najuboższy kraj Azji Południowej, ale też jeden z biedniejszych w skali świata.
Mimo to wyjazd za granicę do pracy w obcej armii wydaje się rozwiązaniem ekstremalnym. Miliony obywateli z tego regionu wyjeżdżają przecież do prac ciężkich, ale jednak mniej ryzykownych: zatrudniają się jako robotnicy budowlani, sprzątacze, kierowcy autobusów w Zjednoczonych Emiratach Arabskich, Arabii Saudyjskiej lub Singapurze. Tym, co wydaje się przesądzać o specyficznym podejściu obywateli Azji Południowych do służby w obcym wojsku, są doświadczenia historyczne, szczególnie epoki kolonialnej.
Kolonialne dziedzictwo i tradycja służby w obcych armiach w Azji Południowej
Indusi, Nepalczycy, Lankijczycy i Bengalczycy przez wieki służyli w armii brytyjskiej, praktycznie wyłącznie jako szeregowi żołnierze. Awans umożliwiono im dopiero podczas II wojny światowej, kiedy Brytyjczycy nie mieli wyboru – ryzyko buntu najemników z kolonii było ogromne, a wojny nie dało się wygrać bez nich. Liczba rekrutów z samej Azji Południowej przekroczyła 2 miliony. Udział w walce z nazizmem może się jawić jako szlachetny i bohaterski, ale był to wyjątek w długiej historii korzystania przez Brytyjczyków z pracy najemników. Przez cały wiek XIX i pierwszą połowę XX kolonizatorzy wysyłali żołnierzy brytyjskiej armii indyjskiej do załatwiania ich interesów w różnych regionach globalnego Południa: do tłumienia buntów przeciwko kolonialnej władzy w Azji Zachodniej, do walki w wojnach burskich w Południowej Afryce (niezwykle niszczycielskich dla lokalnej ludności), do zapewniania porządku na ulicach Singapuru. We wszystkich tych rejonach świata mieszkańcy kolonii mieli wykonywać rozkazy brytyjskich dowódców – nie było miejsca na kwestionowanie moralności tych działań.
Nawet południowoazjatycka perspektywa na II wojnę światową jest dziś inna niż europejska. Chociaż rekrutów wykorzystano wtedy do walki w „wojnie sprawiedliwej”, dziś wspomina się raczej o cenie, jaką Indie Brytyjskie zapłaciły za wciągnięcie ich do tej wojny. Oprócz siły roboczej walczącej na froncie, Azja Południowa dostarczała alianckim wojskom żywność, a robotnicy produkowali amunicję i szyli mundury. Oznaczało to daleko idącą eksploatację zasobów na użytek wojny, którą większość populacji postrzegała jako nieswoją. Tragiczną kulminacją tego procesu był wielki głód w Bengalu w 1943 roku. Niedobory żywności doprowadziły do śmierci 3 milionów ludzi. Z odtajnionych dziś dokumentów brytyjskich wiemy, że tak ogromnej śmiertelności można było zapobiec, ale władze kolonialne skupiały się nie na rozwiązaniu problemu (który same stworzyły), a na blokowaniu rozprzestrzeniania się informacji, by mieszkańcy innych regionów się nie zbuntowali.
Współczesne najemnictwo: wojny domowe, nierówności i udział w globalnych konfliktach
Kolonializm w Azji Południowej skończył się niedługo później, w latach 1947-1948. Jednak na mocy porozumienia indyjsko-nepalsko-brytyjskiego w armii brytyjskiej do dziś służą Gurkhowie, czyli żołnierze nepalskojęzyczni. Oddziały Gurkhów są obecnie niezwykle elitarne i dobrze opłacane, jednak wciąż jest to swego rodzaju relikt pokolonialny. Pewną kontynuację wielowiekowej tradycji najemniczej stanowi również zaangażowanie państw Azji Południowej w wysyłanie żołnierzy do oddziałów pokojowych ONZ. Bangladesz, Indie, Nepal i Pakistan udostępniają największą liczbę swoich żołnierzy.
Nepal i Sri Lanka jeszcze dwie dekady temu pogrążone były w wojnach domowych. W Nepalu armia królewska walczyła z maoistowską partyzantką, terroryzując przy tym ludność cywilną. W Sri Lance siły rządowe dopuszczały się czystek etnicznych i bezkarnie zabijały cywilów, twierdząc, że to niezbędne, by pokonać tamilskich separatystów. Weterani tamtych wojen, obecnie po czterdzieste, stanowią znaczącą grupę wśród najemników pracujących dla Rosjan.
Dlaczego potomkowie mieszkańców krajów skolonizowanych nie dostrzegają, że działania Rosji są rodzajem ekspansji o charakterze kolonialnym? Czy nie powinni oni odczuwać solidarności z tymi, których imperium próbuje podbić? Czy ubóstwo usprawiedliwia służbę w armii agresora? Bez względu na to, jak odpowiemy sobie na te pytania, warto pamiętać, że to przeszłość kolonialna i współczesne nierówności ekonomiczne są praprzyczyną zjawiska obcych najemników walczących w niesłusznej sprawie tysiące kilometrów od domu.




!["Odwagi! [o zaangażowaniu młodych]" Dominika Lasota](https://krytykapolityczna.pl/wp-content/uploads/2026/04/odwagi-plomienie-okladka-173x267.jpg)



![Piotr Wójcik "Trumponomika [o ekonomii Donalda Trumpa]"](https://krytykapolityczna.pl/wp-content/uploads/2022/12/plomienie_trumponomika-okladka-171x267.jpg)

Komentarze
Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.