Michał Sutowski: Alternatywę dla Niemiec założyła 13 lat temu grupa zamożnych mieszczan z zachodu Niemiec, pod kierunkiem konserwatywnego profesora ekonomii, jako partię jednego tematu: sprzeciwu wobec waluty euro i wydawania niemieckich pieniędzy na ratowanie Grecji. Czy coś z tamtej formacji zostało do dziś, poza nazwą?
Łukasz Grajewski: Nazwa nie jest bez znaczenia. Jeżeli wierzyć grupce, która tę partię zakładała, odnosiła się ona do słów Angeli Merkel na temat ratowania euro: że dla tej polityki nie ma alternatywy. Oni wyszli z założenia, że alternatywa jest zawsze. Podobnie w 2015 roku cały główny nurt polityki niemieckiej uznał, że nie ma alternatywy dla przyjmowania uchodźców. W 2020 dla polityki obostrzeń przeciwko pandemii koronawirusa. Po 2022 dla pomagania Ukrainie. Przez cały czas dla zielonej transformacji i dla wyjścia z atomu… Ostatnio, co prawda, kanclerz Merz mówi, że to był błąd – ale jest już za późno, by elektrownie jądrowe uruchomić z powrotem. W tym jest pewna konsekwencja, od 2013 roku: gdzie większość mówi A, oni mówią B.
W AfD przez lata ścierały się dwa skrzydła: jedno skrzydło chciało przesuwać Niemcy mocno na prawo i zmusić CDU do koalicji. Drugie – wywrócić cały stolik jako partia wroga systemowi. Jedni pozycjonowali się jako rozczarowani chadecją konserwatyści, drudzy regularnie wywoływali skandale. Przez lata największych radykałów – jak Björn Höcke z Turyngii – próbowano „chować do piwnicy”. W swojej książce stawiasz jednak tezę, że w 2021 roku, po niższym od oczekiwań wyniku wyborów – nieco ponad 10 procent – nowe przywództwo uznało, że „ekstremy” nie ma sensu zwalczać. Słusznie?
W niektórych sondażach zajmują pierwsze miejsce, w ostatnich wyborach dostali ponad 20 procent, wygląda więc, że to działa, a przynajmniej nie szkodzi. Według mnie ta partia nie ma żadnej wielkiej strategii, lecz skupia się na taktyce. Kiedy na dobre uaktywniła się w roku 2015, gdy kryzys migracyjny podzielił społeczeństwo, nie opłacało się już mówić – tak jak ówczesna przewodnicząca Frauke Petry – że ostatecznym celem są wspólne rządy z kanclerz Merkel. W partii o wiele mocniej chwyciło zdanie Aleksandra Gaulanda, który powiedział, że będziemy… polować na Merkel. W czasach clickbaitu coś takiego dużo lepiej się sprzedaje, było też formą transgresji: to AfD ze swym językiem podgrzało niemiecką debatę publiczną do nieznanych wcześniej temperatur.
Radykalizm się opłaca?
Opłacił się wyraźnie, zwłaszcza w kwestiach migracji. Dziennikarze „CORRECTIV-u” opublikowali ich program z konferencji w Poczdamie w 2023 roku, gdzie mowa była nie tylko o deportacjach cudzoziemców do specjalnie do tego przeznaczonego obszaru Afryki Północnej, ale nawet o zmuszaniu do wyjazdu ludzi z niemieckim paszportem, jeśli są niewłaściwego pochodzenia. Owszem, były demonstracje, była fala oburzenia, ale notowania partii pogorszyło to tylko nieznacznie i na chwilę.
Przy czym to nie tak, że AfD jest radykalna, bo to się sprawdza. W tej partii są ludzie, którzy naprawdę chcieliby zdecydowanie innego państwa niż Niemcy powojenne, a potem te zjednoczone. To dotyczy także zerwania z niemiecką polityką historyczną, którą oni nazywają Schuldkult, kultem winy. Niektórzy z nich powiedzą, że to sprawa dla historyków i nie powinna rzutować na bieżącą politykę; że chcieliby być „takim normalnym narodem, jak wy, Polacy” – to autentyczny cytat z mojej rozmowy z działaczem tej partii. Ale inni uważają na przykład, że słynny Pomnik Pomordowanych Żydów Europy to „pomnik hańby”, który nie wiedzieć czemu stoi i prześladuje Niemców w środku ich własnej stolicy.
Czy ten podział na „umiarkowanych”, którzy chcą walczyć o rozczarowanych wyborców CDU i takich, którym marzy się jakaś kolejna Rzesza, pokrywa się ze stereotypowym podziałem klasowo-regionalnym? Z jednej strony to wykształcona profesura z Hesji, czytająca Carla Schmitta, a z drugiej drobni sklepikarze, lumpenproletariat i emeryci Stasi z Saksonii-Anhaltu?
Jeśli spojrzeć na liderów politycznych, to niespecjalnie. Owszem, założycielem partii był Bernd Lucke, wykładowca z Hamburga, który zamieniał konwencje partyjne w warsztaty z ekonomii rynków finansowych. Bardziej od niego radykalna, skupiona na kwestii migrantów, była wprawdzie Petry – urodzona w Dreźnie i startująca z Saksonii, ale jednak po studiach w Anglii i w Getyndze. Jej z kolei rząd dusz szybko odebrał Gauland. Urodził się i dorastał w Chemnitz, ale całe dorosłe życie spędził w Niemczech Zachodnich jako urzędnik, dyplomata i polityk prawego skrzydła CDU. No a dyżurny radykał AfD, czyli Björn Höcke, też ma wyższe wykształcenie i też pochodzi z Niemiec Zachodnich, z Zagłębia Ruhry.
Ale karierę robi w Turyngii.
Faktycznie, to zresztą dość charakterystyczne zjawisko: Wessi jedzie na wschód i szybko pnie się w górę. W landach byłej NRD on jest niekwestionowanym numerem jeden tej partii. Z jednej strony, żeby tam zdobyć więcej głosów, musi się stroić w radykalno-prawicowe piórka, mówić o nieudanej transformacji i zapowiadać Wende 2.0, czyli nową, lepszą rewolucję 1989 roku. Bardzo prawicowe poglądy wyniósł już z domu: to potomek wysiedlonych z Prus Wschodnich, ale to właśnie do Magdeburga czy Chemnitz jego przekaz dociera najlepiej.
Dlaczego wschód jest bardziej radykalny?
W Niemczech trwa o to niekończący się spór, publikuje się książki, manifesty i polemiki. Dirk Oschmann powie, że to kwestia traumy kolonizacji byłego NRD przez Zachód; Ilko Sascha-Kowalczuk, że problem autorytarnej kultury politycznej wyniesionej z czasów socjalizmu. Faktem bezspornym jest, że po zjednoczeniu wielu ludziom życie nie ułożyło się tak, jak by chcieli. Nie tylko zamknięto mnóstwo zakładów pracy, które były dla nich osią świata, ale kto mógł, to wyjeżdżał na zachód.
I stąd to poczucie bycia skolonizowanym?
Także z faktu przejęcia, sprzedaży za bezcen, a najczęściej likwidacji przedsiębiorstw przez tzw. Urząd Powierniczy. Z zamkniętych dróg awansu na miejscu – dyrektorami szkół, ale też np. kierownikami oddziałów lokalnych Sparkassen zostawali niemal wyłącznie ludzie przysłani z Zachodu. Dostawali nawet od państwa lub swych firm tzw. Buschzulage, czyli dodatek do pensji „za pracę w buszu” – powszechnie, choć oczywiście nieoficjalnie, stosowano to pojęcie jeszcze z czasów kolonializmu niemieckiego w Afryce.
Jako człowiek, który lata spędził w Magdeburgu i Lipsku i którego żona jest dziennikarką, mogę zaświadczyć: w mediach było i jest do dziś to samo. A pracownicy mediów, inaczej niż w Polsce, to jest część elity społecznej, ten zawód nie jest tak spauperyzowany jak u nas. Przywołany Oschmann, w książce Jak niemiecki Zachód wymyślił swój Wschód podaje konkretne statystyki na temat dominacji Wessich na stanowiskach kierowniczych, ponad trzy dekady po zjednoczeniu.
A skoro „zachód wszędzie rządzi”, to trzeba wreszcie wstać z kolan?
Partia, która to obiecuje, łatwo zbiera głosy. Zwłaszcza gdy przekona wyborców, że migranci po 2015 roku dostają od państwa więcej niż Ossi przez całe życie, nawet jeśli to nieprawda. Jak jeszcze dołożymy fakt, że ze względu na zapaść gospodarczą ludzie młodsi i wykształceni powyjeżdżali, to nietrudno zrozumieć, dlaczego radykalny przekaz lepiej sprawdza się na wschodzie niż na zachodzie, gdzie wciąż jednak dominuje przyzwyczajenie, że polityka służy rozwiązywaniu konkretnych problemów.
Chyba że i tam władze centralne i samorząd przestaną je rozwiązywać. W landach zachodnich też pojawiły się „niebieskie wyspy” poparcia dla AfD.
Owszem, w punktach zapalnych tak, niemniej to nieprawda, że cały zachód już też płonie i chyli się ku upadkowi. Są jednak miejsca, jak Duisburg czy Gelsenkirchen, gdzie upadek ciężkiego przemysłu wywołał problemy strukturalne. Pamiętam, jak jeszcze 20 lat temu próbowano sprzedawać opowieść, że Zagłębie Ruhry udanie zamienia kopalnie i koksownie na siedziby przemysłów kreatywnych, a przesłonięty smogiem krajobraz będzie odtąd zielony. Wielu górników zdążyło spokojnie dopracować do emerytury, ale to nie zmienia faktu, że w dawnych dzielnicach robotniczych zrobiło się nagle mnóstwo wolnej przestrzeni mieszkaniowej. I tam osiedlają się przybysze z innych krajów.
Trochę jak w lipskim Grünau, które opisujesz. Tam władze miasta osiedlają uchodźców w opuszczonych mieszkaniach bloków z wielkiej płyty.
W Nadrenii to dzieje się raczej spontanicznie, tzn. ludzie osiedlają się tam, gdzie jest najtaniej i gdzie są już ich rodacy. To zresztą zrozumiałe, sam tak robiłem jako pracownik fizyczny w Wielkiej Brytanii. Tyle że w oczach starszych mieszkańców to wygląda tak, że przyjeżdżają jacyś nowi, mówią w obcym języku, trzymają się ze sobą, a ci, to tu pracowali nawet od czterech pokoleń w jednej fabryce, nie czują się u siebie. Spadają wpływy do lokalnego budżetu, coraz gorzej z utrzymaniem porządku na ulicy – a lokalnie rządzące SPD, nawet jak mówi, że się za to weźmie, to albo to nie działa, albo zmiany są powolne. A taka AfD mówi, że jak wygra, to się wszystko zmieni.
A co z tymi wyborcami, o których trudno powiedzieć, że są jakoś wykluczeni społecznie? Którzy mają pracę, przyzwoicie zarabiają, wychowują lub już wychowali dzieci? Co im tak bardzo w Niemczech przeszkadza, że głosują na partię, której część działaczy chciałaby wysadzić system polityczny RFN w powietrze?
Niedawno kanclerz Merz powiedział o kłopotach z „wizerunkiem niemieckich miast” i to była aluzja do tego, co faktycznie porusza wyborców Alternatywy. Chodzi o to, że blisko dworców i na głównych placach gromadzą się grupki młodych mężczyzn, migrantów i uchodźców, którzy czasami zakłócają porządek, ale tak naprawdę wystarczy, że po prostu tam są. I teraz taki średnioklasowy Schmidt czy Müller, wychowany w protestanckim etosie pracy, jak ich widzi w godzinach pracy – bo akurat idzie do lekarza czy dziecko odebrać z przedszkola – to się zastanawia: dlaczego nie pracują?!
Fakt, że nie pracują, wynika chyba po części z tego, że nie mogą, bo w czasie rozpatrywania wniosku o azyl zabrania im tego niemieckie prawo. Ale czy kiedy Merkel przyjmowała setki tysięcy uchodźców w roku 2015, czy nie argumentowano, że przecież niemiecki rynek potrzebuje siły roboczej? Że w starzejącym się kraju zwyczajnie brakuje rąk do pracy?
Racjonalizacje ex post mogły być różne, ale powodem decyzji i argumentem pani kanclerz było przede wszystkim to, by nie było zamieszania na granicy. Kiedy Węgrzy wysłali uchodźców z południa pod granicę austriacką, zaś Austriacy przepuszczali ich dalej, w Niemczech były obawy, żeby nie doszło do zamieszek czy, nie daj Boże, sytuacji, w której niemiecki funkcjonariusz strzelałby do kobiet z dziećmi. Dlatego właśnie nie podjęto decyzji o zamknięciu granic, bo przypomnijmy, że to jest strefa Schengen, więc Merkel nie musiała ich „otwierać”. A po kilku pierwszych dniach, po fali entuzjastycznego witania uchodźców na niemieckich dworcach, to już była typowa Merkel: ludziom się to spodobało, poczuli się dobrze w roli humanitarnych gospodarzy dbających o prawa człowieka – więc i ona popłynęła z prądem.
Choć piszesz w książce, że do lata 2015 roku od kwestii uchodźców wolała trzymać się z daleka. Jeszcze w lipcu, gdy na spotkaniu z wyborcami libańska nastolatka świetną niemczyzną zapytała ją o możliwości pozostania w Niemczech jej rodziny, kanclerz odpowiedziała, że przecież nie może do Niemiec zjechać cała Afryka.
Tamta sytuacja dobrze pokazuje niekonsekwencję Merkel. Najpierw reakcja wobec tej dziewczyny w duchu Ordnung muss sein – nieważne, czy akurat tacy jak ty dobrze czy źle rokują, gdy chodzi o integrację, nie chcemy tu was, nie ma szans. A później, pod presją społeczną części elektoratu, który wychodzi na ulice i dworce i tak pięknie się zachowuje, nie może już powiedzieć, że ta decyzja to był trochę przypadek, bo Orbán podstawił uchodźcom autobusy, Austriacy byli w panice, niemiecki szef MSW – przeciwny wpuszczaniu tylu ludzi naraz – miał akurat zapalenie oskrzeli, a lider konserwatywnej CSU bawił przez weekend na partyjnej imprezie i nie odbierał telefonów. I tak się zrodziła największa komedia omyłek we współczesnej historii Niemiec: że Angela Merkel otworzyła granice, stała się zbawczynią uchodźców i matką „kultury gościnności”.
A co z tym rynkiem pracy?
Tu Niemcy też nie odrobili lekcji, bo ich rynek pracy ma wysokie progi wejścia. Zwłaszcza jeśli za młodu nie przejdzie się normalnej niemieckiej ścieżki: czy to studiów na niemieckiej uczelni, czy to wykształcenia zawodowego i praktyk w niemieckim przedsiębiorstwie. Ile by nie mówili o swojej otwartości, to nostryfikacja uprawnień przez cudzoziemców zawsze jest tu udręką, a pracownik urodzony na miejscu, znający biegle język zawsze będzie pierwszy do zatrudnienia. Tymczasem ci z przybyszów, którzy chcieliby pracować, tego nie rozumieją – niemożność pracy w czasie rozpatrywania wniosku o azyl to jeden problem, ale nieelastyczność rynku – może jeszcze większy. Także dlatego w Niemczech pracuje o wiele mniejszy odsetek cudzoziemców niż w Polsce.
A jak wygląda przestępczość? To jest fantazmat czy potwierdzone statystycznie realia?
Znów, mnie nigdy nic złego nie spotkało, ale niedawno byłem świadkiem bijatyki na noże w mojej dzielnicy, na wschodzie Berlina. No i cóż, ani sprawca, ani ofiara nie mówili po niemiecku. Wiele kobiet mówi mi, że tam, gdzie ja biegam, one raczej się nie zapuszczają. To dużo mówi o nastrojach społecznych, a one same w sobie są faktem i problemem politycznym.
Z danych statystycznych wynika to samo?
Niestety dane policji potwierdzają, że jest problem znacznej nadreprezentacji obcokrajowców przy przestępstwach np. z użyciem noża. Ostatnio też dziennikarze „Die Welt” zrobili miniśledztwo w sprawie statystyk dotyczących gwałtów zbiorowych z podziałem na przynależność państwową i dotarli do imion i nazwisk sprawców. Okazało się, że nie tylko cudzoziemców jest dużo więcej niż w populacji, ale też ci zakwalifikowani jako Niemcy często nie mają na imię Jonas, Thomas czy Martin tylko inaczej, tzn. wskazują na korzenie imigranckie. Tekst opublikował, notabene Deniz Yücel, dziennikarz, który sam ma pochodzenie tureckie – w mediach przez długi czas tekst z takimi tezami groził zaszufladkowaniem, że autor na pewno sympatyzuje ze skrajną prawicą.
Rozumiem, ale z kolei poziom zainteresowania opinii publicznej każdym przestępstwem z udziałem migrantów tureckiego, arabskiego czy kurdyjskiego pochodzenia jest chyba nieproporcjonalny? Jak w Polsce Polak dźgnie Polaka, to w sieci temat krąży tak długo, dopóki nie okaże się, że to ani Marokańczyk, ani Ukrainiec…
Faktycznie, w Niemczech bywa podobnie: jeśli do portalu trafia artykuł, że mamy ofiarę śmiertelną bójki z udziałem noża, to ruch na stronie jest ogromny do momentu, kiedy nie okaże się, że to jakiś „rdzenny” Niemiec innego Niemca ugodził. To nie jest świadoma manipulacja mediów, tylko zainteresowanie klikających spada.
To, co mnie samego chyba najbardziej triggeruje, to doniesienia o problemach w szkołach. Że są takie miejsca, gdzie nie masz szans na dobry poziom nauczania, jeśli nie wyślesz dziecka do szkoły prywatnej – bo w publicznej połowa klasy nie mówi po niemiecku. Sam mam odruchy z cyklu: nie cierpię tych faszystów, ale niech ktoś, na miłość boską, coś z tym zrobi. Tym bardziej, że inaczej niż w Polsce, niemieccy nauczyciele nie zarabiają źle.
Mogę powiedzieć na bazie własnego doświadczenia, moje córki chodzą do szkoły w Hanowerze. W pierwszej klasie było 4–5 dzieciaków, które nie znały języka niemieckiego i ta grupka przy bardzo fajnym wsparciu szkoły – dostały dodatkowego, oprócz nauczyciela, przydzielonego opiekuna – doszlusowała językowo do reszty. Dzieci zostały zaopiekowane, problemu nie ma. Ale pracując z kolei w Berlinie rozmawiam ze znajomymi i tu pełno jest sytuacji w rodzaju: w piątej klasie kilkanaścioro dzieci od samego początku nie mówiło po niemiecku. Wyniki całej klasy są słabe, a ponieważ zbliża się moment przejścia do szkoły średniej, rodzice są w panice, że dzieci nie dostaną się do gimnazjum. A jak się nie dostaną, to będzie w ogóle dramat, bo w szkołach realnych czy zawodowych, nastawionych na kształcenie zawodowe, procent niemówiących po niemiecku dzieciaków jest jeszcze większy.
Ta różnica doświadczeń wynika z tego, że w Dolnej Saksonii jest więcej pieniędzy na szkoły, czy z tego, że jest mniej imigrantów?
Wynika z tego, że w tej dzielnicy, w której mieszkam w Hanowerze, jest mniej imigrantów. W innych problemy są dużo większe. A w Berlinie, który przyjmuje najwięcej uchodźców, cały system robi się niewydolny. I to jest błędne koło, bo im większe problemy w szkole, tym więcej nauczyciele kombinują, żeby nie zostać do niej przeniesionym.
Czy to wszystko znaczy, że w głównym nurcie, wśród względnie zadowolonej klasy średniej, tematem mobilizującym poparcie dla AfD jest wszystko to, co wiąże się z imigracją?
Kolejna rzecz to wojna. Bo tacy państwo Schmidt świetnie czuli się w dotychczasowym status quo, gdy Niemcy trzymali się z dala od konfliktów zbrojnych. Amerykanie dają parasol, w żadne awantury się nie mieszamy, ewentualnie nasze, niemieckie firmy mogą zarabiać na eksporcie broni. Niby nie tam, gdzie toczą się konflikty zbrojne – zakazano np. eksportu do Turcji, jeśli sprzęt miałby służyć do walki z Kurdami – ale jakoś tak wyszło, że coś tam jednak dotarło.
Wojna w Ukrainie to co innego. Ludzie się przestraszyli. Uważają, zresztą słusznie, że Rosja stała się nieprzewidywalna. Tyle że tutaj, inaczej niż w Polsce, duże znaczenie ma strach przed konfliktem jądrowym. Dlatego nawet, jeśli sympatii do Rosji jest dużo mniej niż kiedyś, to wielu ludzi uważa, że wspierając Ukrainę rząd sprzyja eskalacji, a na jej końcu jest atomowa rozwałka. To na zachodzie; bo na wschodzie do Rosji wciąż jest wiele sympatii, a do tego Nord Stream był dla ludzi przejawem prawdziwie suwerennej polityki, niezależnej od Amerykanów, sąsiadów czy Unii Europejskiej.
To wszystko pomaga AfD, a trend mają od lat wyraźnie zwyżkowy. Niemal każdy większy kryzys, jak choćby sekwencję zamachów z udziałem cudzoziemców niedługo przed wyborami 2025 roku, wygrywają na swoją korzyść. A co im szkodzi? Czy w ogóle coś tej partii może zaszkodzić w sondażach? W Polsce przez lata się wszyscy zastanawiali, czemu np. kolejne afery nie szkodzą PiS…
Wygląda na to, że szkodzi im niewiele. Na przełomie 2023–24 ujawniono rozmowy w Poczdamie, w Villi Adlon, gdzie mowa była o wysyłaniu 2 milionów ludzi do Afryki, że się im wynajdzie specjalne miejsce, nawet boiska pobuduje, żeby im się nie nudziło… Mówił o tym topowy europejski identytarysta Martin Zellner, a asystent i prawa ręka Alice Weidel, Rüdiger Hartung, komentował to bardzo życzliwie. Po czymś takim mogłyby się ludziom różne lampki zaświecić – ale w wyborach do europarlamentu wiosną tamtego roku stracili niewiele, a rok później wystrzelili w sondażach w górę. W ostatnich miesiącach mieliśmy duży skandal w związku z nepotyzmem w strukturach partii w Saksonii-Anhalcie, gdzie na potęgę zatrudniano w biurach posłów rodzinę i kolegów. Media maglowały temat na okrągło.
A w sondażach w landzie Alternatywa dobija do 40 procent.
Podobnie wyglądało to ze sprawą występów posła Markusa Frohnmeiera na okupowanym przez Rosjan Krymie, ze współpracą asystenta posła Eugena Schmidta z FSB, z wykryciem szpiega chińskiego w otoczeniu posła Maximiliana Kraha, nie mówiąc nawet o świadomych aluzjach do haseł nazistowskich, nieraz stosowanych przez Björna Höcke.
Czemu są tacy teflonowi?
Megatrendy. Niemcy są dziś społeczeństwem rozdygotanym, przestraszonym. Coraz więcej danych wskazuje, że przy takiej demografii wydatki socjalne z budżetu w kolejnych pięciu latach po prostu eksplodują. Gospodarka od trzech lat jest w stagnacji, a Friedrich Merz ma gorsze notowania niż Olaf Scholz. Całe pokolenia dawnych prymusów Europy są przekonane, że ich dzieci i wnuki już mają, a w przyszłości na pewno będą miały gorzej. A to przecież ci starsi są opoką chadecji i socjaldemokracji. W takich warunkach wystarczy czekać i się przyglądać.
Czy to są kryptohitlerowcy? Może te ich odwołania do wilhelmińskiej Rzeszy, do Bismarcka – to tylko przykrywka? Za swastykę można w Niemczech pójść do więzienia, więc weźmie się czarno-czerwono-białą flagę – kolory się zgadzają, a wszyscy wiedzą, o co chodzi…
Na pewno są tam ludzie o takich poglądach, wiadomo, że Höcke pisywał kiedyś pod pseudonimem do pisma neonazistowskiego; ich działaczy w różnych procesach bronią prawnicy związani z ekstremistyczną NPD. Ja jednak nie jestem zwolennikiem tzw. reductio ad hitlerum; jestem przekonany, że takim ludziom jak np. Gauland bliższe są raczej tradycje pruskiego konserwatyzmu, to jest jednak prawicowy chadek, a oni od nazizmu trzymają się z daleka i to dość konsekwentnie.
Jednak nawet bez swastyk i Mein Kampf jest tam wiele rzeczy niepokojących. Alice Weidel pisała kiedyś, że całe Niemcy powojenne to jest kraj zdominowany przez aliantów. Działacze ze wschodu lubią się spotykać pod gigantycznym pomnikiem Fryderyka Barbarossy, w Kyffhäuser u podnóża Harzu.
Niedawno liderka ich młodzieżówki mówiła o amerykańskich bankach w rękach żydowskich…
I tak można by wymieniać. Wielu rzeczy też nie mówią wprost; kiedy rozmawiam z działaczami AfD, to oni zarzekają się, że chcą być tylko takim zwykłym narodem jak my. Ale wiedzą przecież, że słucha ich i nagrywa polski dziennikarz. No i przede wszystkim oni jako partia bardzo się profesjonalizują. Na zapleczu mają dobrze wykształconych, obytych w mediach fachowców i pozbywają się stygmatu tych, których nie należy dotykać. Rozgrywają swój wizerunek świadomie.
Weźmy np. współprzewodniczących: Weidel i Tino Chrupalla to niekoniecznie są przedstawiciele jakichś biegunów ideowych czy frakcji, tylko dwie komplementarne historie życiowe, składające się na wielką opowieść. Z jednej strony pani doktor ekonomii, urodzona w Nadrenii, żyjąca w związku z partnerką pochodzącą ze Sri Lanki i wychowująca z nią dwóch synów, prawicowa kobieta sukcesu. A z drugiej strony: malarz-lakiernik spod Zgorzelca, drobny przedsiębiorca, człowiek z ludu.
A z życiem osobistym Weidel wyborcy nie mają problemu? To nie jest partia przyjazna osobom LGBT, a rodzinę definiują jednoznacznie: mama, tata i dzieci jako podstawowa komórka społeczna.
Kwestie światopoglądowe nie grają tu takiej roli jak w Polsce. W sprawie małżeństw jednopłciowych panował dość szeroki konsensus – części konserwatystów w CDU się nie podobało, że pani kanclerz realizuje pomysły SPD, ale przecież Merkel nie wprowadziłaby tego rozwiązania bez bardzo szerokiego poparcia. Wpływy kościołów są dużo mniejsze, a już np. w kwestii aborcji najbardziej „za” jest wschód, więc AfD z oczywistych powodów nie podnosi tematu. Niemcy w tych kwestiach są dość liberalni, mają podejście: jak nas to nie dotyczy, to dajmy ludziom żyć. A związek Weidel oni rozgrywają w ten sposób: patrzcie, u nas jest wolność, a więcej imigrantów sprowadzi tu szariat i lewakom z Berghain i Love Parade też skończy się ich way of life.
Czy AfD będzie chciała zbroić Niemcy? Powszechną służbę wojskową mają przecież w programie.
Z tym mają kłopot. Wielu działaczy z zachodu myśli jak suwereniści: skoro Niemcy mają być niezależne od UE czy wielkich mocarstw, to logiczne, że potrzebują silnej armii, a więc i poboru powszechnego. To pasuje choćby do narracji o „złotym wieku” za kaisera Wilhelma i niechęci do lewackiego woke. Ale z kolei na wschodzie dominują obawy: zaraz, jak to, jaki pobór? Po co? Żeby nasi synowie ginęli na jakichś imperialistycznych wojnach, na które Zachód i jego elity ich poślą?
Nie będą umierać za Ukrainę – i za multi-kulti?
Tak, to by się chyba nadawało na ich hasło wyborcze. Wahadło na pewno jest dziś przesunięte na stronę „wschodnią”, podporządkowała się temu również Alice Weidel. Ona jest zwolenniczką poboru, ale wymyśliła sobie taki kompromis: powszechna służba wojskowa tak, ale dopiero po zakończeniu wojny w Ukrainie. Ale dopóki Niemcy są w NATO, wyborcom AfD ciężko będzie pobór zaakceptować – zwłaszcza ci ze wschodu są święcie przekonani, że Sojusz steruje Niemcami, więc silna Bundeswehra wcale nie będzie służyć niemieckim interesom, za to prowokuje niepotrzebnie Rosję.
Czy oni będą rządzić Niemcami po 2029 roku?
Mają spore szanse samodzielnie rządzić Saksonią-Anhaltem już jesienią. Już to byłby wstrząs, zapewne wywołałby protesty i szereg nieprzewidywalnych ruchów politycznych na poziomie ogólnokrajowym.
To jest mały land, mało kto w Polsce kojarzy, gdzie on w ogóle leży na mapie.
Tak, ale to właśnie kraje związkowe odpowiadają za organizację edukacji, za politykę kulturalną, ale także ma dużo do powiedzenia w sprawie migracji. Do tego policja, obsada sądownictwa… To naprawdę byłoby laboratorium ich władzy. Oczywiście, trzeba też dowieźć jakieś wymierne sukcesy, a to nie będzie łatwe. Ale pewne jest jedno – ta partia bardzo szybko się profesjonalizuje i przygotowuje kadry na przyszłość. I liczy, że w 2029 roku CDU będzie musiała usiąść z nimi do rozmów.
**
Łukasz Grajewski – absolwent Studium Europy Wschodniej Uniwersytetu Warszawskiego. Współtwórca i wieloletni redaktor portalu Eastbook, który koncentrował się na sprawach Europy Wschodniej. W latach 2018–2025 korespondent Polskiej Agencji Prasowej, „Dziennika Gazety Prawnej” i „Tygodnika Powszechnego” w Niemczech. Nominowany do Nagrody Radia ZET im. Andrzeja Woyciechowskiego w 2021 roku. Laureat Nagrody im. Macieja Płażyńskiego w roku 2021 i Polsko-Niemieckiej Nagrody Dziennikarskiej im. Tadeusza Mazowieckiego w roku 2022. Autor książki Alternatywa dla Niemiec czy zagrożenie dla świata? Kulisy marszu AfD po władzę (2025).




!["Odwagi! [o zaangażowaniu młodych]" Dominika Lasota](https://krytykapolityczna.pl/wp-content/uploads/2026/04/odwagi-plomienie-okladka-173x267.jpg)



![Piotr Wójcik "Trumponomika [o ekonomii Donalda Trumpa]"](https://krytykapolityczna.pl/wp-content/uploads/2022/12/plomienie_trumponomika-okladka-171x267.jpg)

Komentarze
Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.