Świat

Futbolowa przepaść

Gdy kryzys ekonomiczny w Europie uderzył także w biznes piłkarski, najbardziej odporna na niego okazała się Bundesliga.

Organizacji Euro 2012 towarzyszyła propaganda, według której ta futbolowa impreza miała nie tylko przynieść ekonomiczne profity i przyczynić się do modernizacji infrastruktury, ale także spowodować rozwój nadwiślańskiej piłki. Kluby miały być oblegane przez dzieci, stare i nowe stadiony miały zapełnić się kibicami do ostatniego miejsca, a poziom ligi miał dorównać najlepszym rozgrywkom na Starym Kontynencie.

Jednak wbrew zapowiedziom rozmaitych dziennikarzy, menadżerów i urzędników państwowych nic takiego nie nastąpiło. Kolejne raporty firmy Deloitte pokazują wyraźnie, że pod względem organizacyjnym i finansowym polska liga daleko odstaje od najlepszych rozgrywek piłkarskich. To, że odstaje też daleko pod względem sportowym, pokazują nam co tydzień piłkarze.

Największa przepaść rozciąga się wzdłuż naszej zachodniej granicy. Niemiecka Bundesliga to dziś najsilniejsza liga piłkarska w Europie, pod każdym względem. Warto przyjrzeć się temu fenomenowi, bo – paradoksalnie – jej biznesowy sukces został zbudowany na… ograniczeniu mechanizmów rynkowych.

Pełne trybuny

Lutowy poranek na dworcu kolejowym w niemieckim Dreźnie. Z kolejnych szynobusów wysiadają fani miejscowego Dynama. W różnym wieku, obojga płci. Wszyscy przyozdobieni klubowymi barwami. Niektórzy z butelką piwa w ręku (w Niemczech można pić piwo w miejscach publicznych). Dynamo zmierzy się dziś SV Sandhausen: obie drużyny bronią się rozpaczliwie przed spadkiem z drugiej ligi. Aktualna, niska pozycja obu zespołów oraz fatalna pogoda (przenikliwe zimno i ponuro zachmurzone niebo) każe mi powątpiewać w wysoką frekwencję na meczu. Jakież jest moje zdziwienie kilka godzin później, gdy w żółto-czarnym morzu ludzi idę na miejscowy stadion. Nowy obiekt Dynama wypełnia prawie 20 tysięcy kibiców. To więcej niż na meczach drużyn walczących o mistrzostwo Polski (np. w pobliskim Wrocławiu, który ma porównywalną liczbę mieszkańców).

– Frekwencja w polskiej lidze zawsze była niższa od niemieckich rozgrywek, co wynikało nie tylko z liczebności całego społeczeństwa – tłumaczy prof. Rafał Chwedoruk, politolog zajmujący się historią ruchów społecznych. – Piłka nożna rozwijała się w XIX wieku początkowo jako sport mieszczański, gdy ta warstwa społeczna wraz z bogaceniem się zaczęła dysponować wolnym czasem i pieniędzmi. Futbol umasowił się jednak na kanwie kolejnej fali rewolucji przemysłowej.

Gdy po zjednoczeniu Niemiec nastąpił czterdziestoletni, dynamiczny okres rozwoju przemysłowego, piłka nożna stała się rozrywką licznej klasy robotniczej. – Na słabiej rozwiniętych ziemiach polskich, nawet po odzyskaniu niepodległości, było to po prostu niemożliwe. Przeważały tu etos chłopski, odległy od kultury masowej, oraz szlachecki, którego następcą stała się inteligencja z jej odwołaniami do kultury wyższej. Piłka w kulturze inteligenckiej zdawała się raczej desublimującą rozrywką pospólstwa, a jeśli już jakaś znana postać obnosiła się z zainteresowaniem futbolem, to traktowano to jako indywidualne dziwactwo – zauważa Chwedoruk.

Warto też zauważyć, że w Europie i Ameryce Łacińskiej kluby sportowe były formą społecznej samoorganizacji. W niemieckim społeczeństwie, przez setki lat pozbawionym silnego państwa, była ona i jest po dzień dzisiejszy bardzo intensywna.

Rafał Woś, publicysta „Dziennika – Gazety Prawnej” i były jej korespondent w Berlinie, wskazuje jeszcze inną przyczynę silnego przywiązania niemieckich kibiców do swoich klubów: – Wysoka frekwencja na meczach wynika z historycznie silnej regionalizacji. Stuttgart, Monachium, Hamburg czy Kolonia mogłyby przecież być stolicami jakichś mniejszych państw.

Potwierdza tę opinię Chwedoruk i dodaje, że nie jest przypadkiem, że ogólnoniemiecka liga wystartowała dopiero w latach 60. ubiegłego wieku;  wcześniej o tytuły walczyli zwycięzcy lokalnych rozgrywek. – Tymczasem Polska, i w II RP, zwłaszcza po 1926 roku, i w PRL, musiała przechodzić szybkie procesy centralizacji, niezbędne dla przetrwania państwa. Identyfikacja lokalna nie była więc tak ważna jak w Niemczech.

Stadiony dla wszystkich

Stadion w Dreźnie to nowoczesny i funkcjonalny obiekt na około 30 tysięcy miejsc. Podążam w jego kierunku ulicą imienia Helmuta Schöna, legendarnego trenera niemieckiej kadry, która w 1974 roku pokonała Polskę w słynnym „meczu na wodzie” we Frankfurcie nad Menem.

Przed stadionem tłum ludzi: starsi, młodsi, kobiety, dzieci. Rozmawiają, piją piwo, robią zakupy w zatłoczonym sklepie z pamiątkami. Największa kolejka stoi do wejścia na sektor za bramkę, słynny K Block, gdzie zasiadają najzagorzalsi fani Dynama, którzy potrafią podczas meczu stworzyć niesamowitą atmosferę. Właściwie to słowo „zasiadają” jest nieadekwatne, bo na tym sektorze miejsca są stojące.

To także wyróżnik niemieckiej piłki, bowiem w innych czołowych ligach europejskich nie ma już takich miejsc na stadionach, a oglądanie meczu na stojąco często bywa zabronione.

Oczywiście są także loże dla VIP-ów i biznesu oraz zwykłe sektory z miejscami siedzącymi. Po prostu na stadionie jest miejsce dla wszystkich. Tak jest zresztą na większości stadionów Bundesligi (na arenie Borussi Dortmund w słynnym sektorze za bramką foteliki montowane są jedynie na mecze Ligi Mistrzów ze względu na wymogi UEFA; przed kolejką ligową w kraju są demontowane).

– Życie w Niemczech po powstaniu RFN było permanentną rywalizacją modelu socjaldemokratycznego, który po swym odejściu od klasowości zmierzał ku integracji całego społeczeństwa i ograniczaniu w jego obrębie różnic majątkowych, z modelem chadeckim, wyrastającym z korporacjonizmu, stawiającym na solidarność i współpracę różnych warstw społecznych. Ostatecznie to chadecja przesądziła o modelu życia społecznego Niemiec Zachodnich. W efekcie także i Bundesliga stała się miejscem integracji, stąd obecność zamożnej klasy średniej, sprzedaż lóż biznesowych, ale też ściąganie na trybuny warstw słabszych społecznie – wyjaśnia Chwedoruk.

Rzeczywiście, ceny biletów na mecze na Bundesligi nie są wygórowane, jeśli porównamy je na przykład z cenami wejściówek na warszawską Legię. Egalitarną kulturę kibicowania wspierają rozmaite programy, realizowane wspólnie przez klub, kibiców i lokalną społeczność (http://www.fanprojekt-dresden.de/, http://www.dynamo-fuer-alle-kinder.de/ueber_die_initiative/, http://www.fangemeinschaft-dynamo.de/). Z kolei w ramach programów antyrasistowskich (a część kibiców Dynama zapracowała w ostatnich dwóch dekadach na nie najlepszą opinię w tej kwestii) Dynamo Drezno prowadzi integrację imigrantów, na przykład zapraszając ich na mecze i imprezy organizowane przez klub.

Dodajmy, że na wielu niemieckich stadionach kluby organizują punkty opieki nad dziećmi, aby na mecze przyciągać całe rodziny.

Odporni na kryzys

To społeczne zakorzenienie klubów i znaczącą rolę kibiców odzwierciedla przyjęta strategia własnościowa i biznesowa. O ile w Polsce wszystkie kluby Ekstraklasy obligatoryjnie muszą przybrać formę spółki akcyjnej, o tyle za Odrą dominuje model stowarzyszeniowy, gdzie prywatny inwestor nie może robić, co chce, a przede wszystkim przejąć pełnej kontroli nad klubem. Dzięki takiej filozofii działania w Niemczech nie obserwujemy takich patologii, jak korupcja, bankructwa czy finansowanie profesjonalnych klubów z publicznej, samorządowej kasy.

Co ciekawe, gdy kryzys ekonomiczny w Europie uderzył także w biznes piłkarski, najbardziej odporna na niego okazała się właśnie Bundesliga. Dlaczego? – Tajemnica niemieckiej piłki opiera się na zrównoważonych finansowo klubach. W tej materii Niemcy absolutnie „keynesistami” nie są. Nie uważają, że kupienie kilku gwiazd na kredyt tak rozkręci zainteresowanie i przyniesie takie sukcesy, że wydatki per saldo się zwrócą – tłumaczy Rafał Woś.  – Niemieckie kluby, w przeciwieństwie m.in. do polskich, wydają tyle, ile są w stanie wypracować.

Niepełne zjednoczenie

Na stadionie Dynama sędzia właśnie odgwizdał koniec meczu. Mimo przenikliwego zimna kibice są rozgrzani – od emocji: Dynamo pokonało Sandhausen 3:1, przedłużając nadzieję na utrzymanie się w drugiej lidze. Czy w obecnym sezonie powalczą o coś więcej? W pierwszych dwóch kolejkach (drugoligowcy rozpoczęli zmagania wcześniej niż reszta Bundesligi, która rusza w najbliższy weekend) zanotowali dwa remisy. Ich awans do najwyższej klasy rozgrywek na pewno przyczyniłby się do zburzenia „piłkarskiego muru berlińskiego”, który wciąż dzieli Niemcy: w 1. Bundeslidze nie ma ani jednej drużyny z dawnej NRD. I to chyba najpoważniejsza dziś rysa na wizerunku niemieckiego futbolu.

 

Bio

Michał Syska

| dyrektor Ośrodka Myśli Społecznej im. F. Lassalle’a we Wrocławiu
Dyrektor Ośrodka Myśli Społecznej im. F. Lassalle’a we Wrocławiu. Publicysta (publikował m.in. w "Gazecie Wyborczej", "Rzeczpospolitej", "Dzienniku", "Trybunie", "Krytyce Politycznej", "Przeglądzie", "Le Monde Diplomatique"). Działacz społeczny.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.