Świat

Czy Kim jest samobójcą? Prawdy i mity o północnokoreańskim zagrożeniu

Gerald Scarfe - galeria satyry politycznej w Putney, Londyn. Fot. Political Cartoon, Twitter.com

Zanim zajmiemy się możliwymi decyzjami politycznymi w obliczu atomowego kryzysu, warto rozwiać kilka mitów o Korei Północnej.

PEKIN – Korea Północna przeprowadziła niedawno test pocisku balistycznego Hwasong-15. W trakcie pięćdziesięciotrzyminutowego lotu pocisk osiągnął pułap 4475 kilometrów – gdyby trajektoria lotu została spłaszczona, mógłby dosięgnąć wschodnich wybrzeży Stanów Zjednoczonych. Chociaż Korea nie przedstawiła jeszcze pocisku zdolnego wejść na powrót w ziemską atmosferę i przetrwać związane z tym tarcie, władze kraju oznajmiły, że są w pełni zdolne do użycia broni atomowej.

Donald Trump – podobnie jak poprzedni prezydenci USA – uznał ten stan rzeczy za niemożliwy do zaakceptowania. Co będzie dalej? Zanim zajmiemy się możliwymi decyzjami politycznymi, warto rozwiać kilka mitów, które utrudniają klarowną analizę.

Sachs: Prawdopodobieństwo wojny atomowej jest duże. I rośnie

Po pierwsze, Kim może być bezwzględnym dyktatorem, ale nie jest szaleńcem ani samobójcą. W wojnie nerwów i grze na wysokim C Kim jak dotąd góruje nad Stanami Zjednoczonymi, jednak zdaje sobie sprawę, że nuklearna wymiana ciosów z Ameryką musi oznaczać koniec jego panowania.

Po drugie, Stany Zjednoczone własnymi buńczucznymi deklaracjami same wciągnęły się w pułapkę zastawioną przez Kima, który lubi wyolbrzymiać niszczycielską siłę koreańskich pocisków. Pamiętajmy, że Korea Północna dysponuje bronią atomową już od ponad dekady i może dostarczyć ją w pobliże amerykańskich portów na wschodnim lub zachodnim wybrzeżu także w inny sposób, na przykład w ładowniach statków.

Po trzecie, w tej grze, w której obie strony blefują i liczą na to, że przeciwnik uchyli się pierwszy, geografia sprzyja Korei. Zapewnia jej lokalną przewagę w razie eskalacji konfliktu. Mając do dyspozycji tysiące wyrzutni artyleryjskich ukrytych w tunelach pod granicą, Korea Północna mogłaby spustoszyć Seul, nieodległą stolicę południowego sąsiada, samą tylko bronią konwencjonalną. Stany Zjednoczone przekonały się o tym w 1994 roku – na długo, zanim Korea Północna skonstruowała swoją pierwszą głowicę jądrową – gdy zaplanowany atak uprzedzający na zakłady produkcji plutonu w Jongbion nie doszedł do skutku ze względu na (uzasadnione) obawy Korei Południowej i Japonii o możliwe konsekwencje północnokoreańskiego odwetu konwencjonalnymi środkami bojowymi.

Tymczasem w sferze politycznej Chiny przedłożyły propozycję „obustronnego zamrożenia”, która miałaby pohamować atomowe ambicje Pjongjangu. Korea Północna miałaby wstrzymać testy głowic i pocisków jądrowych (co łatwo zweryfikować). Chociaż nie cofnęłoby to zegara i nie pozbawiłoby kraju broni jądrowej, rozwiązanie to spowolniłoby rozwój koreańskiego arsenału. USA ze swej strony miałyby powstrzymać się od ćwiczeń wojskowych, jakie każdego roku przeprowadzają wspólnie z wojskami Korei Południowej. Zachowałyby przy tym prawo wznowienia tych ćwiczeń w przypadku, gdyby Korea Północna naruszyła zakaz testów lub gdyby wznowiła eksport materiałów do produkcji broni jądrowej.

Część obserwatorów uważa takie porozumienie za korzystne. Wiele zależy jednak od tego, jak interpretuje się cele Kima. Jeśli Kim pragnie jedynie zapewnić sobie bezpieczeństwo, możemy istotnie zostawić go w spokoju. W grę wchodziłoby wówczas podpisanie traktatu pokojowego, częściowe zniesienie sankcji i czekanie, aż rozwój gospodarczy zmieni naturę koreańskiego reżimu, tak jak stało się to w Chinach.

Jednak cele, jakie stawia sobie Korea Północna pod rządami dynastii Kimów, nie ograniczają się do zachowania status quo. Od 1945 roku państwo północnokoreańskie ma osobliwy charakter: to dziedziczna dyktatura komunistyczna, która uzasadnia swoje istnienie tym, że stanowi awangardę koreańskiego nacjonalizmu. Jak dotąd nie jest w stanie konkurować z Koreą Południową pod względem ekonomicznym; żywi jednak nadzieję, że status nuklearnego mocarstwa przeważy szalę na jej stronę.

Wielki plan Xi Jinpinga

czytaj także

Jak ostrzegał niedawno Sung-Yoon Lee z uniwersytetu Tufts: „zagrożenie, jakie Korea Północna stanowi dla USA, jest niepodlegającym negocjacji środkiem politycznym, który służy izolowaniu Seulu i zdobywaniu nad nim przewagi. W ten sposób reżim Kim Dzong Una zamierza zapewnić sobie trwanie w długiej perspektywie”.

Jeśli gra na osłabienie więzi między USA a Koreą Południową rzeczywiście jest kluczowym elementem strategii Kima, wówczas chińska koncepcja „obustronnego zamrożenia” doskonale mu się przysłuży. Zamiast zmniejszyć ryzyko konfliktu, mogłaby ośmielić Północ do wznowienia ryzykownych aktów agresji metodami konwencjonalnymi – takich jak zatopienie południowokoreańskiej korwety w 2010 roku, kiedy zginęło 46 marynarzy, lub artyleryjski ostrzał wysp Korei Południowej.

Stany Zjednoczone nie dysponują wieloma opcjami politycznymi. Jedną z nich jest ograniczone użycie siły. Generał Herbert McMaster, doradca prezydenta Trumpa do spraw bezpieczeństwa narodowego, już kilkakrotnie sygnalizował, że w razie niepowodzenia zabiegów dyplomatycznych wojna prewencyjna może okazać się nieunikniona. Czy jednak ograniczona operacja wojskowa, obliczona na usunięcie głowy państwa lub zestrzelenie koreańskiego pocisku, nie doprowadziłaby do eskalacji? Gdyby tak się stało, liczba ofiar mogłaby znacznie przekroczyć dziesiątki tysięcy.

Kolejną opcją pozostają sankcje, jednak jak dotąd ich nacisk nie skłonił Kima do wyrzeczenia się środka, który uważa za główny atut swojej strategii. Wiele mogłyby osiągnąć chińskie sankcje i chińska dyplomacja, jednak Chiny wzdragają się przed bardziej stanowczymi posunięciami. Nie zdecydowały się na przykład na odcięcie dostaw żywności i paliwa. Chiny nie popierają Kima, ale nie życzą sobie także chaosu – ani amerykańskich wojsk – u swoich granic.

Możliwe rozwiązanie podsuwa znana z czasów zimnej wojny inicjatywa „GRIT” – stopniowej redukcji napięcia międzynarodowego. Stany Zjednoczone upewniłyby Chiny co do swoich ściśle ograniczonych celów i zgodziłyby się koordynować wszelkie poczynania z chińskim rządem. (Tym razem musiałoby się więc obyć bez manewrów takich jak wymarsz nad rzekę Yalu, który sprowokował Chiny do interwencji podczas wojny koreańskiej). W zamian Chiny użyłyby swoich wpływów gospodarczych i dyplomatycznych, by doprowadzić do wstrzymania północnokoreańskich prób z bronią jądrową, usuwając w ten sposób bezpośrednie zagrożenie i nie wymagając zaniechania amerykańskich operacji wojskowych na półwyspie.

Balcer: Erdoğana od władzy „odpiłować” może już chyba tylko śmierć. Albo rewolucja

Ewentualne ograniczenie amerykańskich manewrów wojskowych w przyszłości zależałoby od stosunku Korei Północnej do Południowej. Gdyby Korea Północna przystała na odprężenie, USA mogłyby zaoferować mediację w negocjowaniu traktatu pokojowego. Stany Zjednoczone i Chiny zaakceptowałyby status Korei Północnej jako państwa atomowego, ale wspólnie zapowiedziałyby, że w dłuższej perspektywie będą dążyć do usunięcia broni jądrowej z całego półwyspu. Korea Północna zgodziłaby się przerwać próby broni nuklearnej i nie eksportować materiałów do jej produkcji, a Chiny zagroziłyby, że w razie złamania tych zobowiązań nałożą na Koreę sankcje obejmujące dostawy żywności i paliwa.

Szanse na przyjęcie takiego pakietu z Chinami w roli głównej nie są wielkie. Nawet jednak gdyby ten pakiet nie powstał, Stany Zjednoczone nie mają powodu do nadmiernych obaw. Skoro USA były w stanie powstrzymać o wiele silniejszy Związek Radziecki przed zajęciem otoczonego wrogimi siłami Berlina Zachodniego, z pewnością będą w stanie powstrzymać zakusy Korei Północnej. Waszyngton powinien umocnić swoją zdolność do obrony i zapobiegania ewentualnym atakom na drodze sojuszy wojskowych z Koreą Południową i Japonią. Obecność niemal 50 tysięcy amerykańskich żołnierzy w Japonii oraz około 28 tysięcy w Korei sprawia, że długotrwała strategia odstraszania przedstawia się wiarygodnie. Kim nie może zabijać Koreańczyków z południa, nie zabijając przy tym Amerykanów – a to, jak musi wiedzieć, oznaczałoby definitywny koniec jego reżimu.

Sachs: Plutokracja kontra reszta świata

**
Joseph S. Nye jest wykładowcą na Harvardzie i autorem książki The Future of Power.

Copyright: Project Syndicate, 2017. www.project-syndicate.org. Z angielskiego przełożył Marek Jedliński.

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.

Czy KP mogłaby nie stosować seksistowskich ilustracji? To jest żenujące.

Jak doskonale wiesz, "dziecko poczęte" to nie jest dziecko, a chłopcy bijący się ptaszkami to nie jest seksizm. Oraz nie, nie istnieje "reverse racism".

zluzuj gaciory

" musiałoby się więc obyć bez manewrów takich jak wymarsz nad rzekę Yalu, który sprowokował Chiny do interwencji podczas wojny koreańskiej"
No tak. wstrętni Jankesi sprowokowali pokojowych Chińczyków i ci po prostu musieli się bronić....
A i tak jak wiadomo najgorszy jest Trump.

Ale bełkot
Trudno komentować wszystko ale choćby to:
To nie Rosja chciała napaść na Berlin Zachodni tylko to właśnie Rosja - i to nawet pod władzą Stalina - oddała krwawo zdobyty Berlin w imię wypełnienia podjętych zobowiązań. Co się zresztą już 20 lat później na nich zemściło. Podobnie to Rosja bez żadnych oporów wycofała 400 tys żołnierzy z DDR a potem dalszych z Polski, Czech itd wierząc w amerykańskie obietnice i została oszukana całkowicie i kompletnie. Pokażcie mi, z jakich to krajów USA wycofało kiedykolwiek wojska kiedy już tam raz weszły.
A w Korei Płn. Co do Kima to można tylko powiedzieć, że w historii każdy dyktator otoczony i zagrożony, na prawdę albo w swoim mniemaniu, wcześniej czy później wariuje i dostaje kręćka. To zrobił Stalin i to samo dzisiaj grozi USA rzekomo zagrożonym zawsze i z każdej możliwej strony. Im mniej wrogów tym większa histeria.
A Chińczycy i Rosjanie wiedzą, że żadne umowy i układy z USA nie są możliwe bo oni po zajęciu Korei natychmiast zainstalują swoje bazy przy granicach Rosji i Chin. A potem okaże się, że Chińczycy przygotowują się do napadu na nich. Zapytajcie Macierewicza. On wie lepiej.