Świat

Czy Jacinda Ardern tchnie nowe życie w centrolewicę?

Urodzona w 1980 roku Ardern jest dziś najmłodszą szefową rządu na świecie. Dobrze wypada w mediach i świetnie nadaje się na ikonę pokoleniowej i genderowej zmiany. Czy uda jej tchnąć nowego ducha w globalną centrolewicę?

Przeciętnemu mieszkańcowi Stanów czy Europy Nowa Zelandia kojarzy się przede wszystkim z plenerami z Władcy pierścieni. Wiadomości z tego odległego wyspiarskiego kraju rzadko trafiają do medialnego obiegu nawet w dzielących z nim język krajach anglosaskich. Zmieniło się to latem zeszłego roku, gdy liderką opozycyjnej nowozelandzkiej Partii Pracy została – zaledwie siedem tygodni przed wyborami – Jacinda Ardern. Wybór okazał się strzałem w dziesiątkę. Polityczka przyciągnęła do partii darczyńców i nowych członków, a laburzyści zajęli drugie miejsce w wyborach, co pozwoliło im utworzyć rząd z Ardern na czele.

Jacinda-Arder. Fot. Ulysse Bellier, wikmedia commons

Co przyciąga sympatyków i media do polityczki? Urodzona w 1980 roku Ardern jest dziś najmłodszą szefową rządu na świecie. Jest też bardzo retorycznie i polemicznie sprawna, dobrze wypada w mediach, świetnie nadaje się na ikonę pokoleniowej i genderowej zmiany. W trakcie kampanii nie miała problemów, by naciskana przez dziennikarzy powiedzieć, że samo pytanie kobiet starających się o pracę o plany macierzyńskie jest seksistowskie, a odpowiedź na nie w żaden sposób nie powinno decydować, czy kobieta dostanie stanowisko, czy nie. W tym stanowisko premierki. Jak niedawno ogłosiła Ardern, w czerwcu ma urodzić dziecko i po kilku tygodniach przerwy wrócić do pracy szefowej rządu – co ma szansę stać się kolejnym symbolem zmian. W XXI wieku powinniśmy się w końcu przyzwyczaić do tego, że kobiety łączą najwyższe funkcje w państwie z macierzyństwem.

Viagroholizm, lobby proerekcyjne i niebieska pigułka gwałtu

Karierę Ardern warto także obserwować z innych powodów. Powodzenie lub klęska jej projektu może pokazać nam, w jaki sposób odnowiona, centrowa lewica poradzi sobie dziś z wyzwaniem populizmu, inkorporując część populistycznych postulatów. Ardern mogła bowiem utworzyć rząd tylko dzięki sojuszowi z populistyczną, antyimigrancką partią New Zealand First. Jej lider, Winston Peters, otrzymał tekę wicepremiera, a nowy rząd zobowiązał się do szeregu posunięć mających ograniczyć imigrację. Pół roku po utworzeniu rządu wciąż trudno powiedzieć, czy laburzystom uda się rozbroić populistyczną agendę, czy wręcz przeciwnie – jak od początku obawiała się część komentatorów – ich rząd stanie się zakładnikiem programu antyimigranckiej prawicy.

Laboratorium na końcu świata

Można też zapytać, na ile rozstrzygnięcia z Nowej Zelandii są istotne w szerszym kontekście. Zwłaszcza, że w sukcesie wyborczym Ardern było wiele przypadku. Jej partia zyskała na wyborczej implozji nowozelandzkich Zielonych, która zaczęła się po tym, gdy współprzewodnicząca partii, Metiria Turei, przyznała się do tego, że jako studentka oszukiwała system opieki socjalnej, by utrzymać nieprzysługujący jej już zasiłek. Wyznanie polityczki miało być punktem wyjścia do ambitnego planu reformy systemu opieki społecznej, pod kątem interesów jego beneficjentów i z początku przyniosło Zielonym wzrost poparcia w sondażach. Niestety, wkrótce prasa odkryła, że Turei ma też na koncie oszustwo wyborcze – zarejestrowała się w okręgu, w którym nie miała prawa głosować, by móc wesprzeć startującą tam przyjaciółkę. Gdy sprawa wyszła na jaw, poparcie Zielonych zaczęło spadać, a Turei została zmuszona do odejścia w niesławie. W końcu Zieloni zamiast prognozowanych w sondażach 13% uzyskali 6,27% głosów.

Przypadek Ardern może być też ważny, ponieważ – jak pisał w „Jacobinie” Branko Martetic – Nowa Zelandia zawsze była czymś w rodzaju demokratycznego laboratorium, gdzie idee, które później określały politykę w wielu krajach rozwiniętych, pojawiały się po raz pierwszy lub występowały w szczególnie radykalnej, doprowadzonej do logicznego końca formie.

Wiśniewska: Na Nowoczesną i PO nie możemy liczyć. Czas zjednoczyć lewicę

Nowa Zelandia w 1893 roku jako pierwsze państwo przyznała kobietom prawo głosu. W latach 1890–1920 rządzący tam liberałowie zbudowali jedno z pierwszych państw opiekuńczych. System ten załamał się w czasie Wielkiego Kryzysu lat 30. Ten wyniósł jednak do władzy laburzystów, a ci zbudowali na antypodach solidną socjaldemokrację – choć mocno konserwatywną społecznie i pozostawiającą Maorysów poza granicami społecznej solidarności.

W latach 80. Nowa Zelandia najsilniej ze wszystkich państw rozwiniętych poszła w kierunku deregulacji, prywatyzacji i innych rozwiązań kojarzonych z nazwiskami Reagana i Thatcher. Rozwiązania te wdrażały w życie zarówno rządy konserwatywnej Partii Narodowej, jak i laburzystów. Do czasu aż władzę w partii i kraju zdobyła Helen Clark – szefowa rządu w latach 1999–2008 – w swoim przywiązaniu do „trzeciej drogi” uchodząca za „bardziej blairowską” od samego Blaira i jego New Labour.

Czy rząd Ardern okaże się laboratorium centrolewicy odpowiadającej na problemy XXI wieku?

Kryzysy i kompromisy

Z pewnością laburzyści nie będą mieli łatwego zadania. Rząd Ardern dziedziczy kraj po ponad ośmiu latach konserwatywnych rządów, które w odpowiedzi na kryzys finansowy lat 2007–2008 aplikowały znane nam aż za dobrze z Europy rozwiązania: cięcia, oszczędności, deregulacje. Efekt: kryzys społeczny w wielu wymiarach.

Czy rząd Ardern okaże się laboratorium centrolewicy odpowiadającej na problemy XXI wieku?

Kraj nie ma pieniędzy na inwestycje infrastrukturalne, co daje się szczególnie odczuć w coraz trudniejszych do życia i poruszania się dużych miastach. Spadkowi jakości życia w Auckland czy Wellington towarzyszy przy tym puchnięcie bańki na rynku nieruchomości. Rosnące ceny mieszkań, domów i czynszów utrudniają nabycie własnego lokum klasie średniej, a najuboższych wpychają w bezdomność. W ciągu ostatniej dekady w kraju wzrosła także liczba szkodliwych emisji i nastąpiło wyraźne pogorszenie jakości środowiska naturalnego – tradycyjnie mającego stanowić wielki turystyczny atut Nowej Zelandii.

Jeśli dodamy do tego niedofinansowaną służbę zdrowia i rosnące wskaźniki ubóstwa, to trudno się dziwić, że nastroje się radykalizują. Z lewa i prawa. Partie tak jak New Zealand First o wszystko obwiniają imigrację. To imigranci mają przeciążać infrastrukturę wielkich miast, zabierać pracę rodowitym obywatelom, tworzyć inflacyjny nacisk na rynek nieruchomości. Z drugiej strony, coraz więcej obywateli położonego na antypodach państwa ma przekonanie, że cały wolnorynkowy system jeśli w ogóle działa, to z pewnością nie w ich interesie.

Sama Ardern nigdy nie miała doświadczenia w organizacjach radykalnej lewicy – jak liderzy Podemos, czy Syrizy – była raczej związana z globalistyczną, centrową trzecią drogą. Doświadczenie zdobywała pracując jako riserczerka dla Clark, przez krótki czas współtworzyła nawet jeden z licznych zespołów doradców Blaira. W kampanii sięgała jednak po o wiele bardziej radykalną polityczną retorykę, niż wskazywałaby na to jej polityczna biografia. Dyskutując o problemach mieszkalnictwa, wprost mówiła, że kapitalizm zawiódł. Przejęła także część retoryki antyimigranckiej, usiłując oczyścić ją z rasizmu i innych toksycznych treści. Nowa Zelandia musi ograniczyć migrację nie ze względu na „kulturowe zagrożenie”, ale z powodu przeciążonej i niedoinwestowanej infrastruktury – argumentowała.

Stwórzmy koalicję nadziei!

czytaj także

Gdy jednak utworzyła rząd, musiała zrezygnować z wielu kampanijnych obietnic. Przede wszystkim tych związanych z progresywnymi reformami systemu podatkowego. Wpływowe w New Zealand First lobby farmerskie zablokowało zmianę zasad naliczania podatków gruntowych i opłat hydrologicznych. Partia Pracy wycofała się także z planów wprowadzania podatków od wzrostu wartości kapitału (w Nowej Zelandii nie ma dziś ich w ogóle) i obiecała, że nie będzie próbować wprowadzać tym zmian w pierwszej kadencji.

Tak daleko, tak blisko

Czy jednak uda się jej wygrać walkę o drugą zależeć będzie od tego, w jaki sposób udzieli odpowiedzi na trapiące kraj kryzysy. Od tego, czy rozbroi populistyczne wyzwanie z prawa, formułując nowym językiem wyrażane przez populistów autentyczne problemy, czy da się podporządkować agendzie anty-imigranckiej prawicy.

Na razie młoda polityczka, niesiona na fali medialnej popularności ciągle cieszy się politycznym miesiącem miodowym. Wyborcy, media i opinia publiczna w końcu zaczną ją jednak rozliczać z realnych rezultatów. Choć pozornie problemy rządu Ardern w ogóle nas nie dotyczą, to zmaga się on z wyzwaniami, na które nie potrafi dziś udzielić odpowiedzi większość demokracji liberalnych. A jeśli ma przetrwać udzielić ich musi. Dlatego, choć Wellington jest bardzo daleko, warto patrzeć uważnie, jak rozwijać się tam będzie sytuacja.

Bio

Jakub Majmurek

| Publicysta, krytyk filmowy
Filmoznawca, eseista, publicysta. Aktywny jako krytyk filmowy, pisuje także o literaturze i sztukach wizualnych. Absolwent krakowskiego filmoznawstwa, Instytutu Studiów Politycznych i Międzynarodowych UJ, studiował też w Szkole Nauk Społecznych przy IFiS PAN w Warszawie. Publikuje m. in. w „Tygodniku Powszechnym”, „Gazecie Wyborczej”, Oko.press, „Aspen Review”. Współautor i redaktor wielu książek filmowych, ostatnio (wspólnie z Łukaszem Rondudą) "Kino-sztuka. Zwrot kinematograficzny w polskiej sztuce współczesnej".

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.

Komentarze archiwalne

  1. To ja dorzucę 3 grosze. Artykuł średnio mnie interesuje. Takie malowanie bohaterów i pisanie historyjek „ku pokrzepieniu serc”. Ciekawi mnie, skąd wszyscy tyle wiedzą o Nowej Zelandii? Czy tutaj komentują sami politolodzy? Czy ja jestem aż takim ignorantem, że ledwo ogarniam kilka krajów europejskich? Ocena polityki na przestrzeni dekad, nawet roku to nie jest coś co można „wygooglować” albo przepisać z prasy obcojęzycznej. Wystarczy przeczytać jakie bzdury piszą w FT albo Economist o Polsce. Polacy też piszą bzdury o tzw. „zachodniej europie”. Można się przerzucać krążącymi opiniami ale chyba nikt nie ma wątpliwości ile warte są „opinie”.

  2. Kilka uwag: (1) Justin Trudeau nie jest lewicowy! To jest bogaty Liberał. Wygrał wybory w pażdzierniku 2015 bo lider lewicowej partii NDP/NPD mocno postawił na austerity, a Trudeau wbrew oczekiwań postawił na rozlużnienie portfelu, z między innymi obietnicami coś bardzo podobnego do pisowskiego 500+. No, też miał szczęście bo lider lewicy potknał się głośno nie popierając zakazu chusty w Quebecu, a Trudeau milczał pomimo że podzielał ten sam pogląd w tej sprawie. A kilka miesięcy przed wyborami wyglądało że lewica wygra. Wyborcy jak najbardziej chcieli wyrzucić ówczesny konserwatywny rząd Harpera, który pokazywał autorytarne tendencje. (2) Po wyborach Trudeau sprowadził 40,000 uchodżców z bliskiego wschodu, czego wtedy mocno popierała opinia publiczna po słynnym zdjęciu utopionego chłopczyka którego medialnie skuteczna ciocia mieszkała w Kanadzie, ale napewno teraz to by nie przeszło bo co dnia nielegalnie przechodzą do Kanady przez granicę ze Stanów dziesiątki czarnoskórych ludzi pod grozą deportacji przez Trumpa. (3) Reformy nowozelandzkie w 1985 były w tym samym duchu co były reformy Pani Thatcher i Profesora Balcerowicza. Chyba „Adi” jest zwolennikiem Nowoczesnej. Trzeba pamiętać że dochody klasy średniej w rozwiniętych krajach Pierwszego Świata nie powiększyly się znacząco od tamytch czasów, co potwierdzają tacy badaczy jak Thomas Piketty i Mark Blyth. Żyło się bardzo dobrze w Nowej Zelandji przed tych „reformach”, i nie wiem czy tanie komórki itd. są tak wielkim postępem.

    1. Niech pani choć nie kłamie – Nowa Zelandia spadła do roli najbiedniejszego kraju białego człowieka – ogólnie rozumianego Zachodu i skala regulacji, monopoli państwowych dziś po prostu śmieszy. Kto to jest ta klasa średnia – zdaniem lewicy całe społeczeństwo, dla mnie góra 25 procent. Dwa jest przykład kraju, gdzie odmienną polityką osiągnięto inne cele ? Nawet w Szwecji mamy milionerów z informatycznych start-upów i jest reszta społeczeństwa, czy jest na to jakieś sensowne rozwiązanie, że rzeczy dzieją się tak jak się dzieją, a nie tak jakbyśmy tego chcieli ?

      To co może zrobić lewica, czyli np zmienić rynek mieszkaniowy tego nie robi, jest zajęta ideologią – jedyna partia, która coś proponuje to PiS z Mieszkaniem Plus. Jest znamienne, że Partia Razem z 5 punktach nie wymieniła końca reprywatyzacji, jej radykalnego ograniczenia i zmiany polityki mieszkaniowej – no, ale jak wiemy lewica nie jest od takich przyziemnych spraw. Gdybym miał wymienić największy grzech
      i błąd III RP – to właśnie brak takiej polityki i chora reprywatyzacja – to obiektywnie można było zrobić i z punktu widzenia rynku, gospodarki, także byłoby to korzystne.

      1. „Kto to jest ta klasa średnia – zdaniem lewicy całe społeczeństwo, dla mnie góra 25 procent”

        W relacji do kapitału są 2 klasy: kapitał i praca. Marks wyróżniał jeszcze lumpen-proletariat. Podejrzewam, że wszyscy to wiedzą. Według Bourdieu, klasy są podzielone wg. stylów życia i aspiracji. Cokolwiek to znaczy. Ale idąc tym tropem tak 3/4 naszego kraju to klasa średnia. Dla mnie klasa średnia to tak na prawdę „klasa robotnicza”, która uwierzyła, że nie jest klasą robotniczą. Żeby utrzymać tę iluzję, trzeba jednak zarabiać na tyle, żeby spełnić „społeczne minimum”wyznaczone człowiekowi „dorosłemu” (blee) . Czyli żeby starczyło na dom/mieszkanie, samochód, dziecko, raz do roku wakacje all inclusive. W Polsce to rzeczywiście, będzie tak 15%. Przynajmniej tak to wygląda z rozkładu płac. Reszta utrzymuje tą iluzję żyjąc z majątku zgromadzonego przez rodziców, gdzie często 2 rodziny składają się na jedną. Dodam, że znam tylko rzeczywistość wielkich miast. Z drugiej strony, większość z tych 75% nie chce się identyfikować z „robolami” ale wie, że do „klasy średniej” nie należy.

        „ale jak wiemy lewica nie jest od takich przyziemnych spraw”

        Właśnie od takich rzeczy jest lewica, przynajmniej powinna być. Zrozumieć ekonomię aby sterować (re)ewolucją procesu polityczno-ekonomicznego w interesie „wszystkich”. Na przykład, przez reformę polityki mieszkaniowej. Cała idea „materializmu” (w polityce) bazuje na zrozumieniu „obiektywnych” warunków i właściwego wykorzystaniu tej wiedzy. To bardzo po marksistowskiemu, chociaż on nie był pierwszy. To tylko KP odleciało z polityką genderową. Osobiście wolałbym rozmowy o polityce przemysłowej.

        1. Myśląc o klasie średniej mam przed oczami lekarza w Volvo, który mieszka w małym domku, czy segmencie 150-200 m2 z ogródkiem.

          Cały problem z interwencjonizmem co widzimy na przykładzie rządów PiS w Polsce polega na tym, że chcemy odbudowywać coś co było i nawet prawica sięga do przeszłości gospodarki PRL-u, chce reanimować przemysł stoczniowy, nie bacząc na to, że mógł on funkcjonować jedynie jako dostarczyciel statków na potrzeby imperialnej floty handlowej ZSRR.

          Przyszłość Polski to tymczasem zupełnie inna bajka i inne sektory, usług medycznych, farmacji, biotechnologii i szeroko rozumiany sektor IT, media – nie mniej opozycja w tym lewica nie ma swojego Morawieckiego, a na bezrybiu i rak ryba. Nawet jeśli jest mrzonka to PiS kusi Polaków wizją wielkiej, silnej i dostatniej Polski, ma jakiś optymistyczny przekaz, tymczasem po lekturze KP człowiek ma prawie zawsze doła.

          1. Ha, to prawda. KP ma to do siebie, że wkręca dolinę. Zgodzę się, że najbardziej „lewicowa” lewica mało uwagi zwraca na politykę przemysłową.

            Podejrzewam, że to jest „efekt warszafki”. Poważna dyskusja o ekonomii wymaga abstrakcyjnego myślenia i sporej dawki dedukcji. To trwa długo i mało kogo interesuje. Więc w towarzystwie, przy lamce Merlot albo pisząc na blogu, potencjalny zysk z podejmowania takich tematów jest marny. Ponad to, większość „warszafki” nie pracuje i nigdy nie będzie pracować w branżach związanych z przemysłem (uwzględniam tutaj laboratoria, centra badań i kierunki przyrodnicze na uni.).

            Mnie peryferyjny charakter polskiej gospodarki zmusił do emigracji. Dlatego w moich oczach polityka przemysłowa to absolutny priorytet. Szczególnie wyjście z peryferiów. Pod tym względem, co mówi Morawiecki wydaje się bardzo atrakcyjne i nie ma konkurencji po lewej stronie. Z drugiej strony, jego propozycje to klisza sanacyjnej i PRL-owskiej propagandy. Zupełnie bezcelowe. Wyjaśnienie w następnym paragrafie.

            Trochę dedukcji. Polska chce inwestować w technologie, które są powszechnie uznane za najbardziej obiecujące w przyszłości (botechnologia, it, automatyka). Problem polega na tym, że nasze zdolności do inwestycji są dużo mniejsze niż konkurencji. Rozsądnie jest założyć, że tą konkurencję przegramy. W najlepszym wypadku polskie firmy podzielą los Nokii. Dlatego „atakowanie” oklepanych kierunków nie ma sensu. Rozumiem potrzebę budowania względnej niezależności ekonomicznej, na tyle ile to możliwe. Rozumiem, że jeżeli chcemy być gotowi na to co przyjdzie później, musimy mieć na miejscu ludzi, którzy rozumieją obecną technologię. Ale racjonalna polityka przemysłowa, w przypadku krajów jak Polska, musi być w nacznej mierze nieortodoksyjna. Z prostej przyczyny, że inne kraje są dużo potężniejsze. Powinniśmy dużo więcej uwagi poświęcić technologiom, które są ignorowane przez innych.

            Chiny teraz próbują wprowadzić plan Marshalla w Azji centralnej i Afryki, zapewniając sobie rynki zbytu. Spodziewając się sporych inwestycji w tym regionie można by spróbować zaatakować tamte rynki. Tylko nie ze smarfonami, tylko technologiami hodowli lasu, uzdatniania wody, produkcją stali, hodowlą drobiu, produkcją energooszczędnych okien itd. Tak naprawdę wymyślam, cokolwiek, mogą być nawet smartfony. Trzeba by zebrać przedstawicieli ze wszystkich branż, pogadać z Turkmenistanem czy Etiopią czego potrzebują i nie mają zamiaru produkować i zrobić plan. Tak sobie wyobrażam politykę przemysłową. Niestety nie widzę takich dyskusji. Widać też, że Morawiecki sobie „z rękawa” wymyśla te strategiczne kierunki.

          2. Nawet jeśli ktoś będzie wtórnym informatykiem i nasze firmy nie będą światowymi brandami, ikonami, a zwykłymi podwykonawcami różnych informatycznych prac to dalej będzie to życie choćby za te 6-8 tysięcy złotych miesięcznie – czyli tragedii nie będzie.

            Mimo wszystko szeroko pojęta informatyka opiera się na potencjale ludzkim, na tym tle np budowa własnego samochodu elektrycznego to miliardy Euro i trudno oczekiwać, że Polska wygra np z niemiecką trójką, Toyotą, czy Teslą mającymi finansowanie i zaplecze.

            Obecna ekipa ma, także projekty kuriozum jak kanał na Mierzei Wiślanej – jak można to w ogóle rozważać ?

  3. Jeśli chodzi o ścisłość, to Sebastian Kurz jest 6 lat młodszy od pani Ardern.

  4. Lewica brakiem wprowadzania reform, które zapowiada (Grecja, NZ) sama się wyklucza. Trzeba robić tak jak PiS, tylko z drugiej strony i wtedy jest poparcie większości. 😛

  5. Nie, u nas takie uśmiechy nie tchną nowego życia w lewicę. W sejmie będzie tylko SLD.

    1. Szukajcie ładnych panien z białymi zębami – a tak to seksizm – nie przejdzie na lewicy.

  6. Właśnie niedawno zastanawiałem się czemu nikt nie pisze o co jak co ale jednak sukcesie centrolewicy w Nowej Zelandii a tutaj artykuł o niej.
    Jeśli o mnie chodzi to zgadzam się z tym że polityka antyimigracyjna powinna być oczyszczona z rasistowskich treści, nie mniej w niektórych krajach jest potrzebna (ciekawostką jest fakt że w Austrii socjaldemokraci skręcają w tę stronę a w bodajże Burgenlandzie to są w koalicji z partią wolnosciową).
    Cieszy też racjonalne spojrzenie na politykę mieszkaniową.
    Co do centrolewicy to zauważyłem pewne jej odrodzenie w krajach gdzie straciły na rzecz fioletowej lewicy. W Hiszpanii PSOE zyskało kosztem Podemos które skompromitowało się w oczach Hiszpanów poparciem dla katalońskich separatystów. W Grecji zaś gdzie Syriza straciła poparcie na rzecz Nowej Demokracji, partia powstała z połączenia m.in. Pasok i Potami zyskała w sondażach (jest chyba trzecia).

  7. Eksperyment ciekawy i dzięki za jego przybliżenie, ale jak daleko liberałowie i lewica wzorem Nowej Zelandki są gotowi pójść na kompromis ws. imigrantów? Bo jak rząd E.Kopacz negocjował z Unią, to propozycja Gowina by przyjmować tylko chrześcijan i różne muzułmańskie grupy „heretyckie” prześladowane przez większość sunnicką, czyli prawdziwych uchodźców, a nie migrantów ekonomicznych spotkała się z jazgotem wykluczającym jakikolwiek kompromis. Chyba na lewicy coś się zmienia, skoro niniejszym artykułem wysłano sygnał, że już wolno o pewnych kompromisach dyskutować bez utraty praw obywatelskich w lewicowym „dyskursie”.

    1. Polska lewica takiego kompromisu by nie zawarła, abstrahując już od tego, że Nowa Zelandia faktycznie jest celem dla imigrantów, a Polska nie i lewica dość absurdalnie poparła tu cyniczną politykę Niemiec, Szwecji – krajów, które najpierw otworzyły granice, a potem nie chciały zjeść tej żaby, to u nas miałem wrażenie cyrku wariatów z dwóch strony – prawicy straszącej dżihadem, terrorystami i lewicy chcącej koniecznie kogoś przyjmować, żeby pokazać swój liberalizm i bycie w jądrze UE.
      Zachodnia lewica – centrolewica chce być u władzy, rządzić, nawet za cenę koalicji, kompromisów, a w Polsce po części za sprawą Krytyki Politycznej weszła w totalnie ślepą uliczkę. Nawet same rozmowy z SLD – są be – bo sojusz jest za mało lewicowy.

      1. SLD nie jest za mało lewicowe, tylko za mało etyczne, nie można z nimi się na nic umawiać, bo nie dotrzymają umowy, tylko pójdą za interesami, nie wartościami. Powołanie komitetu wyborczego „SLD – lewica razem” pokazuje, że nie chcą nikogo traktować po partnersku, są jak skorpion, muszą dziabnąć. Stosunku Krytyki do SLD nie oceniam jako jednoznacznego i to mi się nie podoba.

        1. Różnica pomiędzy SLD, a Razem jest taka, że SLD rządziło, a nie wiemy jakby się zachował Zandberg i ludzie Razem mając pensje, gabinety, samochody i gdyby koledzy, rodzina, znajomi zaczęli dzwonić, że chcą tego, owego itd. Niemal każda partia w opozycji obiecuje, że będzie etyczna, a jak przychodzi co do czego to jest gorzej, mimo wszystkie z łezką w oku przypominam sobie, niektóre patologie czasów rządów SLD – np gdy Mariusz Łapiński minister zdrowia zakupił dla resortu limuzynę Peugeota 607 – co wtedy strasznie krytykowała PO – a jakimi to samochodami jeździli ministrowie PO – trzy razy droższymi, ale i tak nikt nie kupował 28 limuzyn do jednego resortu jak Macierewicz.

          Jak na razie to dyskusje na lewicy dotyczą samego spotkania i rozmów, dwa siłą rzeczy partnerzy i środowiska uznają, albo i nie czyjeś przywództwo i znaczącą rolę – czy będzie to SLD, czy Razem – bo w taką całościową koalicję i z SLD i z Razem nie wierzę.

  8. To już facet w skarpetkach w świnki nie jest aktualną nadzieją obozu postępu? Człowiek nie nadąży za tymi zmianami na lewicy…

    1. Ostatnio, w Davos, miał skarpetki w kaczki 🙁
      Może to zniechęciło do niego Krypol?

  9. Nie ma politycznych i ideologicznych rozwiązań na problemy fundamentalne tu pan Majmurek piszę jakby był jakimś nastolatkiem, a chce aspirować do roli dorosłego intelektualisty.

    Nowa Zelandia jest mimo wszystko krajem peryferyjnym, gdzie liberalne reformy się w gruncie rzeczy udały i od punktu startu, gdy była jednym z biedniejszych krajów „białego człowieka” stała się jednym z najbogatszych, a że życie stawia przed nami ciągle coś nowego i nie da się prosto pogodzić różnych społecznych i gospodarczych sprzeczności – no cóż takie życie i inne nie będzie.

    Od polskiej lewicy, prawicy , czy centrum nikt nawet nie oczekuje raju, a po prostu tego, żeby Polska stała się krajem bogatym na poziomie Zachodu i oczywiście dalej będzie bieda, problemy, grupy słabsze, ale będą to już problemy kraju bogatego i z innym punktem odniesienia.

    1. To nie znaczy że jedyna droga do zamożności jest ta neoliberalna. Nowa Zelandia ma bardzo mocne instytucje demokratyczne, z silną tradycją równościową. Wysoki poziom życia tam raczej jest skutkiem reform socjalistycznych wprowadzonych w latach trzydziestych 20ego wieku przez pierwszy rząd laburzystów. Niestety, to właśnie reformy Thatcherowskie wprowadzone przez póżniejszych laburzystów w 1985r spowodowały wzrost ogromnych nierówności. Troche korekt było wprowadzonych pod rządach Pani Clark, do tego bardzo mieszany system wyborczy (podobny do niemieckiego), działający od 25 lat. Artykuł dobrze opisuje aktualną sytuację, ale trzeba pamiętać że bardzo wysoki poziom imigracji w ostanich latach był zupełnie nie do utrzymania, szczególnie pod reżymem bardzo niskich procent bankowych i lawiną kapitału zagranicznego (np. chińskiego), co spowodowało bańkę nieruchomościową z wszystkimi swoimi patologościamy. Zmniejszenie imigracji jest raczej postępowy krok w Nowej Zelandji, nie tak jak w Europie albo w Ameryce. Podejście do uchodżców w Nowej Zelandji nie jest takie negatywne jak w Australii lub w Środkowej Europie, bo jest Nowa Zelandja troche dalej od źródla napęcia.

      To co najbardziej możemy odebrać z zwycięstwa Lucindy Ardern jest że ona miała pozytywny przekaz z uśmiechniętą twarzą. Program był partyjny, ale dodała do tego autentyczność, i pomimo że media są dość konserwatywne, ona zainteresowała publiczność. Pokazała że słupki sondażowe można szybko zmienić ciekawą ofertą.

      Chciałbym wierzyć że jeśli Kaczyński tworzy Budapeszt w Warszawie, to my możemy stworżyć Nową Zelandję w Polsce! I chyba mamy kilka kandydatek na naszą Jacindę Ardern, które już mają międzynarodową renomę.

      1. Jacinda Ardern czy Justin Trudeau to tacy politycy naszych czasów, celebryci, ale jeśli odejmiemy kolorowe skarpetki i miły liberalny przekaz, a zastanowimy się co zostanie po ich rządach z perspektywy czasu – wyjdzie nam niewiele.
        Umówmy się polityka i rozwiązywanie problemów to orka na ugorze i tego nie robią mili ludzie, którzy w dodatku mają ten feler, że chcą się podobać i unikają mało popularnych poglądów i prawd.

        W Polsce rządy PiS są czymś trwałym i to nie jest kwestia jednej miłej twarzy – skarpetek, czy uśmiechu Jacindy, jeśli ktoś przejmuje w kraju Zachodnim drugą partię, która przegrywa wybory, to z czasem może coś odbudować, natomiast w Polsce mamy totalny upadek lewicy, rozbicie, skrajnie idiotyczną logikę, myślę, że PO – Nowoczesna – PSL – ten blok centrowy może wrócić do władzy, ale i to po latach – dziś wydaje się, że na pewno 6 – ale nie wykluczyłbym i 10 lat rządów PiS.

        Reformy w NZ od roku 1985 się powiodły i dały pozytywny skutek, dziś właściwie trudno wyobrazić sobie powrót do gospodarki z przed ery liberalnych reform rynkowych z taką dozą interwencjonizmu państwowego, monopoli, regulowania wszystkiego do któregoś miejsca po przecinku i reformy były skutkiem porażki – a nie jak pani pisze jakiegoś sukcesu lewicowej polityki, zdecydowano się na to, gdy wszystko inne zawiodło.

        W Nowej Zelandii dwie główne partie się jakoś porozumiały wokół programu minimum, w Polsce – polityka głównie polega na różnych narodowych gusłach, choć i tak poziom rządu PiS bije na głowę intelektualistów lewicy rodem z Krytyki Politycznej. Rysowanie dziś jakiegoś obrazu neoliberalnych zgliszczy w Nowej Zelandii – śmieszy i jest po prostu kłamliwe, Jacinda ma do rozwiązania normalne, prozaiczne problemy, to nie Irak, Afganistan, ba nawet nie Polska, a dalej jeden z najbogatszych krajów na świecie w dodatku na uboczu różnych konfliktów i do bólu sielski i spokojny.

        Ten margines zmian w polityce w ukształtowanych krajach jak Nowa Zelandia, krajach starej UE jest stosunkowo mały, reformy roku 1985 – był tylko dlatego tak „radykalne”, że wcześniejsze regulacje doszły do ściany. Ze wszystkich postulatów to ograniczenie imigracji jest najprostsze do spełnienia i to nie jest żaden skrajny postulat populistycznej prawicy, po prostu liberalna polityka imigracyjna się nie sprawdza co zauważyli już właściwie wszyscy tylko nie redakcja KP i wątpię by wahadło społeczne przechyliło się w drugą stronę.

        1. Do bólu sielski …. Radziłbym się doinwestowac intelektualnie. Rąbanie się siekierami na wiecach politycznych w latach 80 tych było normą. Dziś lokalne społeczności w NZ sa tak zdewastwoane, że niegdysiejsze zagrożenie – słynne nowozelandzkie gangi – wysforowały się na liderów tych społeczności, i np. dbają o pomocsocjalną czy programy edukacyjne. Kwestia kapitału chińskiego jest bardzo słabo uwypuklona w tekście, Nowozelandczycy mają poczucie kradzieży kraju. W połączeniu z wciąz problemem rdzennych mieszkańców, małokto się emocjonuje imigrantami w naszym, europejskim ujęciu.