Nauka

Kiedy na Wiejskiej zasiądą awatary?

Aleksandra Przegalińska

Kiedy wykluje się Osobliwość, to będziemy się cieszyć, jeśli będzie nas chciała sobie zatrzymać jako zwierzątka domowe… Michał Sutowski rozmawia z Aleksandrą Przegalińską o przyszłości.

Michał Sutowski: Jak się przewiduje przyszłość?

Dr Aleksandra Przegalińska: Można sobie wymyślić – mniej lub bardziej arbitralnie – jakiś punkt docelowy i narysować prowadzącą do niego drogę, trochę jak autorzy tzw. planu Morawieckiego. Ale ja wolę wyłapywać i ekstrapolować trendy bieżące – nieraz komplementarne, a nieraz ze sobą sprzeczne – i kreślić możliwe scenariusze bez założonego z góry horyzontu dojścia. Najważniejsze z tych trendów moim zdaniem wiążą się oczywiście z technologicznym przyspieszeniem…

Jak w tym słynnym prawie Moore’a, o podwajaniu mocy obliczeniowej procesorów co 18 miesięcy?

To prawo przestało już chyba obowiązywać, ale też nie ono byłoby dziś najważniejsze. W przyspieszeniu nie chodzi już o podnoszenie do potęgi mocy obliczeniowych, ale o efekt spillover, czyli o rozlewanie się wpływu technologii na różne sfery. Ważniejsze od szybkości przetwarzania danych jest dziś to, ile osób z nich korzysta, ale przede wszystkim – ile danych dostaje się do systemu. Już mniej więcej wiemy, jak „trenować” maszynę na podstawie danych, bo moce są z grubsza wystarczające – choć może jeszcze nie na tyle, by zasymulować ludzki mózg czy zbudować otoczone jakimś nimbem niesamowitości komputery kwantowe. Do akceleracji technologicznej potrzeba nam dziś przede wszystkim dobrych systemów analizy dużych zbiorów danych, czyli big data.

Wolność, równość, big data

I kiedy te ogromne zbiory danych staną się gigantyczne, to nastanie powszechne szczęście ludzkości?

Właśnie to, co z tymi danymi będzie się działo, rozstrzygnie o realizacji możliwych scenariuszy. Obecnie najbardziej wpływowa jest koncepcja dwóch kierunków, w jakie może nas technologiczne przyspieszenie zaprowadzić, tzn. mamy scenariusz technohumanistyczny oraz dataistyczny. Ten pierwszy zakłada raczej miękkie lądowanie: jako ludzkość jesteśmy beneficjentami przyspieszenia technologicznego, gdyż technologia służy przede wszystkim „serwisowaniu” człowieka. Poszerzamy percepcję zmysłów, eliminujemy choroby, wymieniamy sobie organy na nowe, podwyższamy inteligencję, a wszystko to w logice wyzwalania od ograniczeń cielesności. Do tego – przynajmniej w sferze deklaracji – chce zmierzać np. Elon Musk głoszący, że w przyszłości wszyscy będą beneficjentami rozlewania się technologii na różne sfery życia i na całą ludzkość.

Poszerzamy percepcję zmysłów, eliminujemy choroby, wymieniamy sobie organy na nowe, podwyższamy inteligencję, a wszystko to w logice wyzwalania od ograniczeń cielesności.

Brzmi dość idyllicznie.

Chodzi o to, że ten cały technologiczny serwis miałby być dla wszystkich dostępny, trochę jak telefon komórkowy, który w mniej niż dekadę stał się powszechnie dostępny na Ziemi. W teorii to nawet wyobrażalne, zgodnie z regułą, że echnologia jest tania, bo koszty jej produkcji szybko spadają. Informatyczny hardware jest dostępny niemal każdemu człowiekowi mieszkającemu w cywilizacji Zachodu…

Co, jak pamiętamy, unieważniło np. program prezydenta Clintona pod hasłem „komputer w domu każdego amerykańskiego dziecka”…

Na przykład. Cena sprzętu jest dziś mocno iluzoryczna, odzwierciedla głównie status danego brandu i świadczy o skuteczności strategii marketingowej, bo przecież marże firm w rodzaju Apple są gigantyczne. Tę nieprzystawalność dobrze pokazuje Amazon, który raz na jakiś czas urządza promocje w stylu „czarny poniedziałek”, kiedy za kilkanaście czy kilkadziesiąt dolarów można kupić kilka sprzętów naraz. Urządzeń przybywa, a wykonują czynności od bycia telemedykami po zarządzanie portfelem, żeby człowiek mógł się skupić na czymś lepszym…

Jak wiadomo, wraz z rozwojem kapitalizmu i technologii przez ostatnie półwiecze mamy coraz więcej wolnego czasu na łowienie ryb, spoglądanie w niebo i slow food. To może ja jednak zapytam o ten drugi scenariusz? Jak miałoby wyglądać lądowanie twarde?

Twarde lądowanie to właśnie dataizm. Serwisowany jest nie człowiek, ale firma, która potrzebuje danych, a człowiek jest tylko ich źródłem, oczywiście w różnym stopniu interesującym. Kiedy można zmierzyć już prawie wszystko, łącznie z emocjami – „informatyka afektywna”, czyli moja własna działka, w której zajmujemy się, mowiac z grubsza, przetrwarzaniem emocji i trenowaniem maszyn, w kierunku ich rozumienia, rozwija się bardzo szybko – to wszystko może być daną, którą firma sobie obrabia, a następnie dzięki niej personalizuje content pod konsumenta, który ten content biernie przyjmuje.

Odnoszę wrażenie, że oba scenariusze dzieją się naraz. Jak w tym dowcipie: czy w komunizmie będą pieniądze? Według dogmatyków nie, według rewizjonistów tak. A prawidłowa, dialektyczna odpowiedź brzmi, że jedni będą mieli, a inni nie będą mieli…

Trochę tak. Medycyna jest dziedziną, gdzie widać zalety pierwszego scenariusza, zwłaszcza w krajach, gdzie system jest publiczny i solidarnościowy, więc usługi medyczne mają być stosunkowo równo dostępne. Jednocześnie mamy świat mediów społecznościowych, który jest wyjątkowo dataistyczny. Te dwa światy koegzystują, nie wykluczają się wzajemnie, choć spodziewam się, że w sensie geopolitycznym to będą dwie osobne sfery – ta dataistyczna będzie duża, za to świat dostępnego serwisowania człowieka będzie wąski i trudno dostępny.

Przepracowani? Wypaleni? To przestańcie się samowyzyskiwać

Czyli świat „technohumanistyczny” byłby odpowiednikiem socjaldemokratycznego kapitalizmu dla górnych 20 procent świata, a dataizm – morza wyzysku na peryferiach?

Trochę tak, ta szeroka reszta robiłaby za „mięso armatnie” z danych, któremu „serwisowanie” nie będzie dostępne. Będą grać w gry, które pisać im będzie elita i nie dostaną z tego tytułu żadnego zwrotu.

Ale do wyzysku potrzebne są jakieś zasoby. Facebook i Google wykorzystują nasze dane w celach marketingowych, bo jesteśmy potencjalnymi konsumentami, ale co jest ciekawego w zachowaniach konsumenckich na peryferiach? Tam, gdzie ludzie nie mają pieniędzy do wydania?

Nie chodzi tylko o dane o preferencjach, bo gra tu też rolę czynnik koercji: warunkowanie zachowań poprzez dane, zmuszanie do określonego działania czy wykluczanie z dostępu do danych… Te trajektorie – dataizm i serwisowanie – będą się przeplatały także dzięki temu, że przy użyciu danych można tworzyć iluzję technologicznego serwisowania dla aspirujących np. z klasy średniej. To taka niezupełnie spauperyzowana grupa, która podąża za trendem kupowania coraz to nowych urządzeń, wierząc, że nie tylko zapewnią im odpowiedni status, ale też, że poszerzą ich ludzki potencjał w technohumanistycznym duchu. Zarazem mnóstwo szklanych sufitów czyniłoby z nich pionki dataistycznego świata.

Ja rozumiem, ale czy taki dataistyczny kapitalizm nie rozbije się w końcu o barierę popytu?

Dlatego próbujemy się mierzyć z problemem rosnącej automatyzacji i zbliżającym się bezrobociem technologicznym – największym od XIX wieku, bo zmiany niszczą dziś więcej miejsc pracy niż tworzą nowych. Ich konsekwencją będzie oczywiście funkcjonalna zbędność całej masy ludzi, których jedynym źródłem dochodów będzie służenie korporacjom za rodzaj królików doświadczalnych – w zamian za dane o swoim zachowaniu będą dostawać dostęp do pewnych usług.

Są jakieś pomysły, jak z tego wybrnąć?

Najgłośniej wybrzmiewa chyba postulat „pełnej automatyzacji”, połączonej z powszechnym dochodem podstawowym. Chodzi zatem o „wyzwolenie od pracy”, względnie wyzwolenie od przymusu pracy, przy czym programy pilotażowe – fińskie, holenderskie czy kanadyjskie – znajdują się w zbyt wczesnej fazie i działają na zbyt małą skalę, by uznać, jaki to przyniesie efekt. Europa zdradza skłonności w tym kierunku, Amerykanie pewnie też w końcu dołączą, choć z opóźnieniem – bo Trump na razie obiecuje Amerykanom miejsca pracy.

Nie bójmy się start-upów, tylko „Doliny Krzemowej nad Wisłą”

To źle?

Nawet jeśli przemysł do Ameryki na większą skalę powróci, to będą miejsca pracy dla maszyn nie dla ludzi. Wygląda więc na to, że dochód podstawowy to najrozsądniejszy pomysł na sprawienie, by nawet bezrobotny obywatel mógł pozostać konsumentem. Oczywiście, jego zachowania i afekty dalej będą sterowane pod kątem pożądanych przez kognitywny kapitalizm wyborów i wyzyskiwane. Dlatego ten świat może przypominać coś, co znamy z filmu Wall-E: ludzie karmieni przez maszyny siedzą w ruchomych fotelach, dość obli, ale chyba zadowoleni, jak to człowiek w matriksie. Faktycznie, daleko temu do marksowskiego ideału, w którym społeczeństwo pozwala wyzwolonemu człowiekowi „rano polować, po południu łowić ryby, wieczorem paść bydło, po jedzeniu krytykować…”.

I to będzie, jak rozumiem, dataizm z ludzką twarzą, tzn. z monopolem Google’a i Facebooka, ewentualnie ich przyszłych wcieleń, które odpalą jakieś resztki współobywatelom, żeby nie umarli z głodu i nie wywieźli Zuckerberga na taczce? Będzie wyzwolenie od konieczności pracy, ale zostanie alienacja konsumenta, żeby system się dalej kręcił?

To byłby jeden ze scenariuszy. Z kolei w wariancie technohumanistycznym nie ma „końca pracy”, za to my jako ludzie się udoskonalamy – to my jesteśmy tymi komputerami, my obsługujemy swoje potrzeby dzięki technologii skoncentrowanej na człowieku stajemy się wręcz nad- czy trans-człowiekiem, nieprzypominającym znanej nam istoty ludzkiej.

W wariancie technohumanistycznym nie ma „końca pracy”, za to my jako ludzie się udoskonalamy – to my jesteśmy tymi komputerami.

Zaraz, ale co z twardymi, nieodnawialnymi zasobami przyrody? Ja nawet mogę uwierzyć, że da się te organy wymieniać w nieskończoność, albo że da się ludzką świadomość oderwać od ciała – ale przecież te wszystkie „chmury” i inne cuda, w których mamy żyć, potrzebują prądu, infrastruktury, zaplecza technicznego…

Zwolennicy najbardziej chyba radykalnej wersji technohumanizmu, a więc transhumaniści wierzą, że na horyzoncie czeka nas wyzwolenie od materii, w tym sensie ten nurt jest „antykablowy”, bo wszystko znalazłoby się ostatecznie w chmurze. A energia? No cóż, może z własnego organizmu, z ciała człowieka, dopóki jeszcze będzie je miał?

Zlikwidujmy pracę, nadchodzą roboty

W serialu Black Mirror proletariusze generują prąd pedałując zawzięcie na rowerkach i wyrabiając normę. Ale nie są tym zachwyceni.

Elon Musk uważa, że źródła energii znajdą się gdzie indziej i kieruje gigantyczne środki na inwestycje w tym kierunku. To nawet wygląda wiarygodnie, o ile oczywiście te jego programy misji kosmicznej faktycznie mają przygotować technologie eksploracji kosmosu, a nie tylko wyinkubować technologię, która pozwoli dziesięciu tysiącom bogatych przetrwać katastrofę ekologiczną. W technohumanizmie kryje się założenie, że wszechświat jest duży, a Ziemia to tylko jedno z miejsc, na których możemy żyć – równie dobrze możemy krążyć po galaktyce jak w Star Treku…

To wszystko, paradoksalnie, brzmi bardzo XIX-wiecznie: eksploracja, ekspansja, kolonizacja nowych światów…

Bo transhumanizm to jest wizja kolonialna i przy tym dość egocentryczna – zakłada potencjał przekroczenia cielesności i barier intelektualnych człowieka za sprawą technologii. Horyzontem jest tutaj cywilizacyjny skok do świata, w którym jesteśmy trans-ludźmi, począwszy od hybrydy maszyny zjednoczonej z człowiekiem aż po uploadowanie swej świadomości do sieci i oderwanie jej od śmiertelnego i ułomnego ciała. Wychodzimy od maksymalizacji ludzkiego potencjału, ale na końcu jest niezgoda na śmierć i to wszystko, co konstytuuje człowieka jako istotę ograniczoną. A ponieważ nie ma lepszego pomysłu jak przekroczyć człowieczeństwo niż dzięki technologii, to właśnie ona staje się dla transhumanistów towarzyszką drogi.

A jak to wszystko się ma do posthumanizmu? To pojęcie pojawiło się w polskim obiegu nieco wcześniej – i też, jak rozumiem, zakłada jakiś „koniec człowieka jakiego znamy”, tylko z innych powodów?

Posthumanizm to koncepcja bardzo inkluzywna, w której człowiek raczej z piedestału schodzi niż się ponad swój wymiar wspina. Wszystko może tu być podmiotem – także aktorzy nie-ludzcy, jak u Bruno Latoura – i przyjmować dowolne formy, przede wszystkim sieci relacji między różnymi aktorami. Możemy wchodzić w różne układy i zmieniać się w co chcemy, ale nie możemy przy okazji niszczyć ekosystemu. Kluczem do teorii takich autorek jak Rosi Braidotti czy Katherine Hayles, np. nowego materializmu czy filozofii zorientowanej na obiekt jest zatem świadomość ekologiczna, która nie pozwala myśleć o otoczeniu jako polu do dalszej ekspansji człowieka.

Za to transhumaniści mają ekologię w… głębokim poważaniu?

Transhumaniści chcą zmaksymalizować potencjał ludzkiego podmiotu, pragnąc uzyskać dla niego „wolność morfologiczną”, czyli możność przetworzenia się w co tylko zechce, ale także wywikłania się z zależności od ograniczeń środowiska. I tak, chcą to osiągnąć między innymi poprzez kolonizację coraz to nowych jego sfer i wyzyskiwanie coraz to nowych jego zasobów.

Czyli post- i transhumanizm to koncepcje biegunowo przeciwne?

Wspólna im obydwu jest też technologiczna wizja różnych aktorów, w tym urządzeń, które będą się komunikować ze sobą i z człowiekiem. No i przeświadczenie, że nowoczesny podmiot humanistyczny należy przekroczyć, tyle że w różnych kierunkach. O ile bowiem posthumanizm zakłada nieprzekraczalne uwikłanie podmiotu w ten ekosystem, o tyle transhumanizm dąży do całkowitego wyzwolenia od niego.

Mam tu pewien problem, bo zaczęliśmy od tego, że technohumanizm i rozwój świata w zgodzie z jego postulatami to ten optymistyczny wariant. Rozumiem, że od wymiany zranionej ręki na bioprotezę do nieśmiertelności jeszcze długa droga – ale czy to na pewno dobrze, że człowiek gdzieś na końcu ma się stać techno-Übermenschem?

To jest na pewno wizja normatywna, tzn. zakłada „jak być powinno”, inaczej niż posthumanizm, który stara się raczej oddać faktyczną złożoność świata tu i teraz. Jeśli jednak szukamy analogii w historii filozofii, to będzie to raczej Nikołaj Fiodorow z jego kosmizmem niż Fryderyk Nietzsche, który nie wszystkim dobrze się kojarzy.

O ile dobrze pamiętam Fiodorow – piszący przecież pod koniec XIX wieku – był na tyle ambitny, żeby nie tylko człowieka unieśmiertelnić, ale i wskrzesić umarłych…

A czymże innym jest krionika, czyli mrożenie ciał ludzi – albo w wariancie oszczędnościowym samych głów – by dokonać ich rezurekcji w laboratoriach w Arizonie czy gdzieś w Rosji? Dla niektórych to wszystko brzmi dość upiornie: wpuszczanie w ciało substancji zastępującej krew, przechowywanie w ciekłym azocie, a potem odrodzenie jakiejś dawnej świadomości w zregenerowanym ciele… Ale musimy pamiętać, że to, po pierwsze, dość oldschoolowy wariant transhumanizmu, bo dziś myśli się raczej o uploadowaniu świadomości do internetowej chmury, a po drugie – że część z tych rozważań może okazać się pewnym luksusem.

Inwigilacja to model biznesowy internetowych korporacji

Luksusem to jest chyba to mrożenie…

Mówię o luksusie intelektualnym. Techno- i transhumaniści mierzą się bowiem z takim oto dylematem: czy technologia pozwoli nam przekroczyć własne ograniczenia i zabierze nas na nieznane lądy, czy raczej… sama się na nie zabierze, a nas pozostawi na uboczu. Dziś jeszcze możemy stawiać sobie to pytanie, ale jeśli, albo raczej „kiedy” nastąpi osobliwość technologiczna, to będzie pozamiatane.

A czym jest ta osobliwość?

To moment, w którym technologia uzyska samoświadomość, własną logikę, a więc i podmiotowość, celowość… Przestanie być ludzkim narzędziem, tylko zajmie się swoimi sprawami. Nie czuję się władna opowiadać o tym, co wtedy nastąpi.

Rozumiem, że nie będzie to Terminator 2. Dzień sądu? Tam wystarczyło odpowiednio wcześnie zniszczyć jakiś chip i już można było złapać Skynet za jaja. Czyli powstrzymać bunt maszyn przeciwko człowiekowi…

Nie, bo to nie jest film i technologii, tylko o nas i o tym, jacy jesteśmy beznadziejni – wszczynamy wojny i ekscytuje nas to, że inni też są źli… Przecież tam mordercze roboty zachowują się dokładnie tak, jak ludzie. A jakie byłyby realne cele tej samoświadomej technologii – nie mamy pojęcia. Wiemy tylko, że są często inne niż ludzkie przy konkretnych działaniach. Co ty, jako człowiek masz z konwersacji? Załatwiłeś jakąś sprawę, dostałeś poszukiwaną informację, podtrzymałeś kontakt z kimś bliskim emocjonalnie… A dla bota w konwersacji liczą się dane kontekstowe, które w międzyczasie zebrał…

A dlaczego Tay, twitterowy bot Microsoftu został w tak krótkim czasie faszystą?

Bo ludzie są beznadziejni i to ludzie chcieli go takimi ideami karmić. Na drodze prostego „uczenia się przez wzmocnienie” dostrzegał, że rasistowskie posty rozchodzą się wiralowo, więc został rasistą takim jak my. Wciąż mamy władzę nad technologią, ona jest cały czas jeszcze zhumanizowana – dopiero zaczyna się u niej pojawiać obce myślenie, dopiero zmierza w stronę bycia „osobliwą”. Kiedy ten moment przekroczy, pogląd nieszczęsnego bota nie będzie naszym problemem, bo dla technologii „osobliwej” będzie mało interesujące, co o niej myślą ludzie.

Bill Gates: Robot zabiera człowiekowi pracę? Niech płaci podatki

A może dla technologii interesujące będzie to, do czego zaprojektował ją początkowo właściciel? Instytucje ludzi też zachowują pamięć swego momentu założycielskiego…

Ale już dziś, zanim jeszcze do osobliwości doszło, maszyny czasem zbierają rzeczy dla swego producenta niepotrzebne, np. dane kontekstowe, które nie przydają się do realizacji wyznaczonego zadania; co ważniejsze, tracimy kontrolę nad tym, czego maszyna się uczy. Przykładem może być AlphaGo, który wygrał z mistrzem słynnej chińskiej gry w go, wielokrotnie bardziej skomplikowanej niż szachy. Inżynierowie i programiści z DeepMind, notabene spółki-córki Google’a, nie wiedzą, jak to zrobił, choć go skonstruowali. Podobnie Watson, czyli wielofunkcyjny program IBM – tylko do pewnego stopnia wiemy, jak działa.

Maszyny czasem zbierają rzeczy dla swego producenta niepotrzebne, np. dane kontekstowe, które nie przydają się do realizacji wyznaczonego zadania; co ważniejsze, tracimy kontrolę nad tym, czego maszyna się uczy.

Widzimy efekt, ale nie rozumiemy procesu?

Tak – Watson niedawno sam zrobił całkiem dobry trailer filmowy do horroru, na podstawie innych dostępnych trailerów; może też komponować muzykę, którą możemy usłyszeć na Spotify, zaczyna pisać opowiadania… Krótko mówiąc, jest omnibusem. Wiemy, że nauczył się maszynowo wykonywać różne zadania, ale sposoby egzekucji, tzn. poziom decyzji o nowych krokach jest już przed nami zakryty. Trenowanie maszyny dotychczas polegało na dostarczaniu jej drzewek decyzyjnych – dostawała od programisty jakąś reprezentację świata z elementami o przypisanych wagach, w ramach których musiała się poruszać. Dziś zaczyna oceniać świat, z którym się styka, bardziej autonomicznie…

I nagle inżynierowie i programiści mówią: o rany, to działa?!

Tak było np. z tłumaczeniem maszynowym, które jeszcze kilka lat temu było przedmiotem anegdot. Zaczęło działać poprzez ekspozycję na sieć – internet jest skarbnicą wiedzy dla maszyny, dzięki której ona może zacząć uczyć się jak małe dziecko, konfrontując się z doświadczeniami i różnymi przypadkami. Trzeba jej tylko dać na początku strukturę mentalną do absorbowania, kategoryzowania i przyznawania wag poszczególnym danym – a dzięki ekspozycji na masową ilość danych może testować mnóstwo wariantów, co działa a co nie. Teraz jeszcze mamy kontrolę nad całością, ale zakres czarnej skrzynki będzie rosnąć, aż w końcu stanie się obeliskiem, jak u Stanleya Kubricka…

Rozumiem, że problem kontroli nad rozwojem technologii ma dwa wymiary. Jeden jest taki, że inżynierowie IBM po prostu już nie wiedzą, jak działa Watson – i tego w pewnym sensie nie przeskoczymy. Jest jednak wymiar drugi, tzn. kontroli politycznej, bo właścicielem praw do Watsona jest aktor pozostający poza demokratyczną kontrolą…

Dokładnie. Teraz to ten drugi problem jest ważniejszy, bo na pierwszy i tak właściwie nie mamy wpływu. Róbmy to, póki jeszcze można, tak jak dziś można jeszcze regulować rynek pracy…

Póki można – bo za parę lat w amerykańskich wyborach nie da się już wybrać kandydata, który chciałby zrobić Facebookowi, a konkretnie jego prywatnym właścicielom, krzywdę?

To w tej krótkiej perspektywie. Bo w dłuższej wykluje się nam Osobliwość i będziemy się cieszyć – to piękne sformułowanie Marvina Minsky’ego – jeśli będzie nas chciała sobie zatrzymać jako zwierzątka domowe…

No dobrze, wtedy będzie pozamiatane. Ale czy wcześniej też się da je kontrolować? Przecież nie zakopiemy tych technologii pod ziemię, ani nie wrzucimy ich do pieca hutniczego jak Arnold Schwarzenegger zrobił z T1000.

Jakoś można – przecież wiemy, jak klonować ludzi, ale tego nie robimy.

I ktoś to robi sensownie? Można wszechmoc Facebooka czy Google’a i ich technologie okiełznać środkami politycznymi? Te wszystkie korporacje są globalne, a państwa narodowe.

Niemcy próbują ostatnio walczyć z powodzią fake-newsów, zobaczymy na ile skutecznie. Unia Europejska uruchomiła debatę o elektronicznej osobie. Niełatwo będzie dyskutować o tym, o regulacjach nie wspominając, na poziomie globalnym, ale takie forum jak państwa UE ze wspólnym rynkiem to dobry punkt startowy do regulacji. A media społecznościowe to może najpilniejszy przypadek, w którym różne „osobliwe” formy technologii zaczynają się pojawiać. Chodzi przede wszystkim o transparentność: także Elon Musk powinien być rozliczony z tego, czemu właściwie jego inwestycje w technologie służą. Ale nie za pomocą WikiLeaksa, który tę transparentność uskutecznia na dziko i dość, niestety, wybiórczo.

Modlitwa o start-up

Na koniec zapytam, gdzie na tle tych wszystkich wyzwań i dylematów mieści się, twoim zdaniem, plan Morawieckiego. Jak się ma do nich Strategia Odpowiedzialnego Rozwoju?

To propozycja oparta na kilku trafnych, choć niekoniecznie odkrywczych diagnozach oraz receptach, które obejmują wyłącznie Polskę. Nie ma tam narzędzi do budowy relacji międzynarodowych. Można oczywiście sobie przećwiczyć takie „zamknięte państwo handlowe”, mieć nadzieję na swojego polskiego mikro-Facebooka i polską mikro-Teslę, ale przecież autarkia dziś się zwyczajnie nie sprawdza. To jest wizja rodem z XIX-wieku… Druga rzecz to jakość administracji publicznej, która miałaby ten plan wdrażać – nawet ta anachroniczna strategia może się wywrócić na bylejakości państwa, co dopiero więc mówić o strategii prawdziwie nowoczesnej. No i wreszcie – ta propozycja nie osadza nas geopolitycznie, nie skłania do aliansów, w których moglibyśmy wyinkubować coś naprawdę poważnego.

A z kim te alianse?

Naturalnym partnerem są Niemcy – bo nasza gospodarka jest z nimi ściśle powiązana, a zarazem oni sami mają ambicję przebijania się do awangardy rewolucji przemysłowej 4.0., czyli internetu rzeczy. Są blisko i są wysoko jednocześnie. Przy odpowiedniej polityce można w takim układzie przesuwać się w górę łańcucha produkcji, a nawet z czasem się wyemancypować do roli bardziej samodzielnej.

***

W ramach seminariów badawczych Instytutu Studiów Zaawansowanych Aleksandra Przegalińska przygotowała analizę zatytułowaną Kiedy na Wiejskiej zasiądą awatary? Spekulacja o technologicznej przyszłości polityki w Polsce.

Aleksandra Przegalińska doktoryzowała się w dziedzinie filozofii sztucznej inteligencji w Zakładzie Filozofii Kultury Instytutu Filozofii UW, obecnie jest adiunktem w Center for Research on Organizations and Workplaces w Akademii Leona Koźmińskiego. Zasiada w Radzie Programowej StartUp Hub Poland.

Bio

Michał Sutowski

| Publicysta Krytyki Politycznej
Politolog, absolwent Kolegium MISH UW, tłumacz, publicysta. Członek zespołu Krytyki Politycznej oraz Instytutu Studiów Zaawansowanych. Współautor wywiadów-rzek z Agatą Bielik-Robson, Ludwiką Wujec i Agnieszką Graff. Pisze o ekonomii politycznej, nadchodzącej apokalipsie UE i nie tylko. Robi rozmowy. Długie.

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.
Krzysztof Mazur

Zamiast tego wywiadu z 'ekspertem' można było opublikować 7 liter: luddyzm.

Porażający jest ten podziw dla Muska. Mas tu Musk tam. Teraz Musk w filozofii. Ten lekko autystyczny typ reprezentuje amerykańską mentalność, że wszystko jest możliwe. Pomysł pieniądze i już leci. Bez pomyślenia i bez zastanowienia. To wcześniej niż 19 wiek.
A nie przyszło szanownej Pani, że ta cała konstrukcja to taki amerykański OLT albo i gorzej? Poczekamy i zobaczymy aż coś nowego na prawdę stworzy to może wtedy będzie warto się nad jego sposobem myślenia zastanowić.

Droga Pani! W futurologii nie ma większego błędu niż błąd ekstrapolacji, gdyby nie był to błąd to biegalibyśmy już po Marsie, Stany Zjednoczone miałyby 600 mln mieszkańców, ZSRR dominowałby nad światem a Paryża nie byłoby widać spod góry końskiego nawozu

Autorzy AlphaGo dobrze wiedza jak ich program pokonal mistrza swiata, a zeby samemu sie o tego dowiedziec wystarczy przeczytac ich artykul w Nature, czego pani Przegalinska pewnie nie zrobila.