Nauka

Kiedy kobiety czują się jak oszustki

kobieta-impostor-syndrome

Veronika Pehe rozmawia z socjolożką Kateřiną Cidlinską o nierównych wymaganiach w stosunku do kobiet.

Chociaż coraz więcej kobiet zdobywa wyższe wykształcenie, w środowisku akademickim wciąż mężczyźni zajmują dominującą pozycję. Narodowe Centrum Kontaktowe – Gender i Nauka (Národní kontaktní centrum – Gender a věda, NKC) stara się promować środki zmierzające do usunięcia dyskryminacji i genderowej nierówności w nauce. O tym, dlaczego kobietom wciąż trudno dostać się na pozycje kierownicze oraz jakie strukturalne i subiektywne problemy stoją temu na przeszkodzie, rozmawiałam z Kateřiną Cidlinską, koordynatorką programu mentoringowego w NKC dla początkujących naukowczyń i naukowców, doktorantką socjologii na Uniwersytecie Karola w Pradze.

**
Veronika Pehe: Zacznę od siebie: mam niemal trzydzieści lat, doktorat i doświadczenia z zagranicy, ale kiedy biorę udział w konferencji z mojej specjalizacji, boję się podnieść rękę i zadać pytanie. Mam wrażenie, że właściwie nie powinnam tam być, że na swoim stanowisku znalazłam się przez pomyłkę, że moja wiedza nie jest wystarczająca i wszystko tylko udaję. Dlaczego?

Kateřina Cidlinska: W nauce spotykamy się często z tym fenomenem nazywanym syndromem oszusta/oszustki. To efekt działania genderowych stereotypów, które przyswajamy od dziecka. Dotyczy to przede wszystkim kobiet. Bez względu na to, czy chodzi o doktorantki, czy o doświadczone naukowczynie, wszystkie wątpią w siebie w o wiele większym stopniu niż mężczyźni, bądź też są względem siebie bardziej surowe i krytyczne. Same podnoszą sobie poprzeczkę. Czują, że aby coś osiągnąć, muszą dać z siebie 150 procent. Co więcej, często mają rację, ponieważ kiedy spojrzymy na badania, w których do konkursu na stanowisko naukowe wysłano identyczne fikcyjne CV, raz podpisane żeńskim, a raz męskim nazwiskiem, CV mężczyzn były oceniane lepiej – oceniający mężczyźni i kobiety uznawali fikcyjnego kandydata za bardziej kompetentnego. Stanowisko, o które się ubiegano, chcieli zaproponować częściej mężczyźnie, proponując mu wyższe wynagrodzenie niż fikcyjnej kandydatce płci żeńskiej.

Kiedy pytałam swoich kolegów-mężczyzn, czy też doświadczają podobnego poczucia nieadekwatności, jeden z nich odpowiedział, że oczywiście, ale stara się maskować je pewną siebie, ofensywną postawą. Czy istnieją genderowe różnice w strategiach, których używamy, aby poradzić sobie z poczuciem własnej niekompetencji?

Zdecydowanie tak. Kiedy mężczyzna się zdecyduje, że stłumi w sobie stres i będzie się zachowywał ofensywnie, zostanie raczej nagrodzony za swoją ambicję. Tymczasem kobiety za takie zachowanie bywają raczej karane. Pewny siebie mężczyzna będzie fajnym gościem, tak samo zachowująca się kobieta będzie uważana za agresywną, a więc nieprzyjemną karierowiczkę. Zdolności przywódcze są u mężczyzn oceniane pozytywnie, natomiast w przypadku kobiet mówi się, że to megiery. Wiele kobiet jest tego świadomych i dlatego stara się nie wychylać. Może to jednak prowadzić do tego, że będą postrzegane jako mniej wyraziste i mniej zdolne, a przełożonemu nie przyjdzie do głowy, że zależałoby im na wyższym stanowisku.

Wiśniewska: On jest mądry, ona przemądrzała

W NKC staramy się uświadamiać kierownikom instytucji istnienie takich stereotypów, żeby nikogo nieświadomie nie dyskryminowali. Ostatecznie w ich interesie jest to, aby mieć zdolnych badaczy i zdolne badaczki.

W jakich zawodach, oprócz nauki, spotykamy się z podobnym zjawiskiem?

Dotyczy to przede wszystkim zawodów związanych z pracą umysłową, w których zakłada się, że musisz mieć jeszcze coś więcej – kreatywność, wizję. Problem w tym, że kreatywności i wizji nie łączymy z kobietami. Od małego wszyscy słyszymy, że dziewczynki raczej wkuwają bez zrozumienia. Nie ma się więc co dziwić, że same kobiety mogą też mieć wrażenie, że właściwie tylko coś wkuły, ale w rzeczywistości nie mają wymaganych cech na dane stanowisko.

Skoro mówimy o zawodach wymagających wykształcenia wyższego, jak zbiega się ta dynamika z zapleczem rodzinnym czy klasowym? Czy chodzi przede wszystkim o osoby z rodzin, w których istniała zawsze presja na dobre wyniki czy sukces?

Jeśli chodzi o syndrom oszustki, sądzę, że nie odgrywa to tak dużej roli jak gender. Oczywiście w przypadku osoby, która jest pierwszym w rodzinie absolwentem szkoły wyższej, poczucie niekompetencji będzie na pewno silniejsze, ponieważ nie będzie miała kogo zapytać o radę, będzie czuła się nieswojo, obco w środowisku akademickim.

Graff, Korolczuk: Gender to śmiertelnie poważna sprawa

Mam wrażenie, że uczucia niepewności i niekompetencji są też często wzmacniane na początku kariery naukowej przez krótkotrwałe projekty grantowe, w których wciąż na nowo sprawdza się (i kwestionuje) swoje umiejętności. Czy mogę spodziewać się tego, że wraz z podpisaniem stałej umowy o pracę pozbędę się uczucia niepewności związanego z moimi umiejętnościami?

Być może trochę to pomoże. W moich badaniach dotyczących rezygnacji z kariery naukowej respondenci wskazywali często, że w obecnym miejscu zatrudnienia, nie w sferze nauki, czują się pewniejsi siebie, a większość z nich pracowała na umowę na czas nieokreślony i znacząco poprawiła się też wysokość i stabilność ich zarobków. Jednak nie chodzi tylko o brak stabilności ekonomicznej, ale też o normatywne wyobrażenie, jak powinna wyglądać pomyślna kariera naukowa. Dostawać jeden grant po drugim, jak najszybciej dostać się na stanowisko kierownicze, o ile to możliwe, i pełnić coraz bardziej prestiżowe funkcje. Kobiety często nie wierzą, że mogłyby mieć udaną karierę naukową.

Oczywiście dochodzi do tego macierzyństwo, ponieważ wiele kobiet – choć oczywiście nie wszystkie – na tym samym etapie życia, kiedy zaczyna karierę naukową, chce również mieć dzieci. Często mają wrażenie, że nie da się tego w ogóle pogodzić, ponieważ jeśli w tak konkurencyjnym środowisku, jakim jest nauka, nie możesz pracować na 150 procent bez przerwy, obróci się to przeciwko tobie. To jeden z kluczowych powodów, dlaczego w nauce widzimy mniej kobiet na wyższych stanowiskach.

Jednak nie jest to chyba jedyny powód. Na uniwersytetach studiuje coraz więcej kobiet, ale wśród docentów i profesorów jest ich wciąż bardzo niewiele.

W Czechach procedury przyznawania docentury czy profesury są dość skostniałe, co krytykowano też w zagranicznym audycie czeskiej nauki zatytułowanym Technopolis 2011. Jednym z efektów jest to, że średni wiek docentów i profesorów jest u nas wyższy niż za granicą, ponieważ mamy wobec nich większe wymagania. Kobietom trudniej jest im sprostać niż mężczyznom, bowiem ich kariera jest często przerywana przez opiekę nad małymi dziećmi. Czas opieki nad dzieckiem jest często okresem, kiedy naukowczynie nie publikują, nie mogą się też w pełni poświęcić nauczaniu. Nie dotyka to jednak mężczyzn, nawet jeśli oni również mają dzieci.

Szczęśliwe macierzyństwo to pułapka na kobiety

Oprócz kryteriów naukowych dla uzyskania tytułu docenta czy profesora należy też wymienić niewystarczającą transparentność procesu oceny kandydatów, w którym często odgrywają też rolę zakulisowe relacje – kto ma z kim dobre kontakty, a przez to również wsparcie. A ponieważ z historycznego punktu widzenia mężczyźni mają w nauce o wiele bardziej stabilne zaplecze, mają oczywiście do tych kontaktów dużo łatwiejszy dostęp niż kobiety. Nie ma się co dziwić, że kobiety czują więc, że musiałyby podjąć ogromny wysiłek, aby pójść naprzód. Często nie jest to tylko subiektywne odczucie.

W pani badaniach dotyczących odchodzenia pracowników ze sfery nauki zainteresowało mnie, że respondenci często jako powód wymieniali powolny przebieg kariery. Przeszkadzało to jednak bardziej mężczyznom niż kobietom. Czy mamy to rozumieć tak, że kobiety nie aspirują do kierowniczych stanowisk?

Nie jest tak, że kobiety nie mają takich aspiracji, ale priorytetem jest dla nich kwestia pogodzenia pracy z rodziną. W niektórych dziedzinach, na przykład w naukach biologicznych, gdzie badania rozwijają się bardzo dynamicznie, kobiety miały poczucie, że jeśli odejdą nawet na krótki okres, to przegapią okazję, a co tu dopiero mówić o staraniach o stanowisko kierownicze. W innych dziedzinach kobiety mówiły często o tym, że chcą mieć dzieci, a potem będą się zastanawiać nad tym, czy uda im się wrócić do nauki. Mężczyźni nie myśleli o tym w ten sposób. Pewnie dlatego, że większość z nich nie zastanawiała się nad możliwością urlopu rodzicielskiego. W Czechach mężczyzna na urlopie rodzicielskim jest wciąż wyjątkiem. Mężczyźni nie myśleli więc według schematu albo–albo, ale zastanawiali się raczej nad tym, do czego dojdą, jeśli zostaną w nauce. Natomiast kobiety zastanawiały się nad tym, czy w niej w ogóle zostać.

Manifest ojca na urlopie rodzicielskim

A jeśli decydują się zostać, jakie strategie wykorzystują, aby awansować?

Ponieważ chodzi o głównie męskie środowisko, często spotykamy się z tym, że kobiety starają się „trzymać sztamę” ze swoimi kolegami-mężczyznami, co prowadzi też do tego, że bywają niesolidarne z kobietami. Na przykład zdarza się, że kiedy jakaś kobieta dostaje się na wyższe stanowisko, czy ma dobrą pozycję w jakimś zespole, stara się wyrugować inne potencjalne kandydatki. Nazywa się to syndromem królowej pszczół. W wypowiedziach respondentów spotkałam się też z takimi jego przejawami, że kiedy w miejscu pracy pojawiają się szykany, a pozycję kierowniczą zajmuje kobieta, obiektami szykan są częściej właśnie kobiety.

„Trzymanie sztamy” przejawia się również tak, że kobiety, które odniosły sukces, twierdzą, że nigdy nie miały żadnych doświadczeń z molestowaniem seksualnym, że mają dobry kontakt z chłopakami, a kiedy ktoś je czasami złapie za tyłek, to przecież dla żartów. Starają się właściwie bagatelizować cały temat nierówności genderowych, tylko po to, żeby nikt nie myślał, że są feministkami, które chciałaby się na coś, nie daj boże, uskarżać. Natomiast kobiety, które zwracają uwagę na te problemy, są często postrzegane jako histeryczki, które nie potrafią pogodzić się z własną porażką.

W takich warunkach trudno rozwiązać strukturalny problem niekorzystnej sytuacji kobiet…

Bo powstaje wrażenie, że ten problem właściwie nie istnieje. Szczęściem w nieszczęściu jest niezmieniająca się – mimo rosnącej liczby studentek i doktorantek – liczba kobiet w nauce. To dowód na to, że problem naprawdę jest.

Czy sytuacja jest lepsza w krajach, w których prowadzi się aktywniejszą politykę równych szans?

Tak. W Czechach panuje niestety przekonanie, że nie mamy żadnego problemu, więc nie ma sensu się tym zajmować – przecież jesteśmy postępowi, kobiety otrzymały u nas prawo wyborcze nawet wcześniej niż na Zachodzie. A do tego ciągle straszy się nas komunizmem jako negatywnym przykładem tego, co się dzieje, kiedy staramy się odgórnie o równość kobiet i mężczyzn. Drwimy sobie z pracownic dźwigowych, przerażają nas żłobki dla dzieci.

Warto kruszyć szklany sufit

Dziedzictwo socjalizmu ma w dzisiejszych czasach ciągle negatywne konsekwencje dla równości genderowej?

Tak, to duży problem, ponieważ antykomunizm jest u nas wciąż bardzo mocny. Jednak mówienie, że przed rokiem 1989 wszystko było złe, to wylewanie dziecka z kąpielą. Złe nie było bowiem samo wspieranie emancypacji, ale to, jak było w praktyce przeprowadzane, co oczywiście związane było z tym, że politykom nie chodziło raczej o dobro kobiet, ale o wzmocnienie gospodarki. Kobiety zagoniono do pracy, również tej wykwalifikowanej, ale już nikt nie zajmował się tym, jak jeszcze powinno się zmienić społeczeństwo, żebyśmy mogli naprawdę mówić o „równości płci”. Nikt nie zajmował się więc emancypacją mężczyzn, która jest oczywiście warunkiem równej pozycji społecznej kobiet i mężczyzn. Nikt nie podkreślał, że w rodzinach, w których kobiety też chodzą do pracy, mężczyźni powinni także zajmować się małymi dziećmi czy w takim samym stopniu uczestniczyć w pracach domowych. Komuniści nałożyli na kobiety drugie brzemię, zmuszając je do pracy na dwie zmiany, w pracy i w domu, podczas gdy mężczyźni chodzili jedynie do pracy.

Modelowa rodzina to dziś mniejszość [rozmowa]

Czy to oznacza, że samo włączenie kobiet do edukacji i pracy nie wystarczy? Potrzebujemy też jakiejś zmiany świadomości mężczyzn?

Znaleźliśmy się już w punkcie, w którym kobiety są bardzo wyemancypowane. Mężczyźni wciąż mają jednak poczucie, że feminizm jest skierowany przeciwko nim. Czują, że coś tracą i są z tego powodu nerwowi. Historycznie feminizm skupiał się na kobietach jako grupie, która była prawnie dyskryminowana. Jednak po usunięciu prawnej nierówności kobiet i mężczyzn nie nastała oczywiście jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki równość praktyczna. Dlatego również w drugiej połowie XX wieku feminizm skupił się przede wszystkim na kobietach. I jako kobiety wiele mu zawdzięczamy – możliwość podjęcia studiów i pracy bez zgody małżonka, nauczycielki nie mają obowiązkowego celibatu… Przykładów, które wydają nam się już absurdalne, jest wiele. Jednak dzisiaj młode dziewczyny, które gardzą feminizmem, w ogóle sobie tego nie uświadamiają.

Mężczyźni wciąż mają poczucie, że feminizm jest skierowany przeciwko nim.

Teraz trzeba też jednak poświęcić taką samą uwagę mężczyznom. Tłumaczyć im zalety życia w społeczeństwie, w którym nie muszą czuć się źle, kiedy nie mają najdroższego samochodu na ulicy, kiedy ich żona wnosi do budżetu rodzinnego wyższe wynagrodzenie czy kiedy również oni chcieliby pójść na „urlop” rodzicielski. Kiedy zaczniemy zmieniać nasz sposób myślenia o rolach kobiet i mężczyzn w społeczeństwie, możemy ograniczyć też takie negatywne fenomeny jak syndrom oszustki.

Wróćmy jeszcze do polityki afirmatywnej. Czy pani zdaniem kwoty dla kobiet mają sens?

Wyrównywanie liczby kobiet i mężczyzn na wysokich stanowiskach sprzyja temu, żeby kobiety nie były pilnowane i sprawdzane mocniej niż mężczyźni. To ważne, ponieważ obecnie, kiedy kobieta na jakimś wyższym stanowisku popełni błąd, jest to dużo bardziej widoczne. Kiedy podobny błąd popełni mężczyzna, słyszymy, że mu się po prostu nie udało. Nikomu nie przyjdzie do głowy, żeby powiedzieć: „Mężczyźni tego nie potrafią”. Kwoty są od tego, aby wyrównać tę historyczną, długo budowaną nierówność. W Czechach mają straszną opinię, ale działają bardzo dobrze – kobiety mają poczucie, że mogą osiągnąć sukces w jakimś konkursie, że w ogóle jest sens próbować.

Kiedy błąd popełni mężczyzna, słyszymy, że mu się po prostu nie udało. Nikomu nie przyjdzie do głowy, żeby powiedzieć: „Mężczyźni tego nie potrafią”.

Kontrargumentem bywa to, że cierpi na tym jakość. Okazuje się jednak, że jest wręcz przeciwnie – dzięki kwotom do rekrutacji zgłasza się więcej kompetentnych osób, ponieważ zgłaszają się również kompetentne kobiety, które w przeciwnym przypadku nie zgłosiłyby się z różnych powodów wewnętrznych, jakim jest też syndrom oszustki. Innymi słowy, kwoty sprawiają, że mamy mniej niekompetentnych mężczyzn, bowiem muszą stawić czoła kompetenetnym kobietom.

Uważa pani, że niechęć do kwot i wyobrażenie, że naturalna konkurencja wszystko rozwiąże, związane są z brutalnym środowiskiem rynkowym, które utrzymuje się tu od lat 90.?

W czeskim kontekście prawdziwym nieszczęściem jest retoryka lat 90. oraz spuścizna komunizmu. W latach 90. dzięki „klausowcom” (zwolennikom Václava Klausa – przyp. tłum.) i im podobnym poddaliśmy się zupełnie mylnemu wyobrażeniu, że na Zachodzie konkurencja jest dobra na wszystko (i dlatego musi to tak wyglądać również u nas). Tylko że na Zachodzie to wcale tak nie działa i nigdy nie działało.

Lewicę odbudują kobiety

Za każdym razem kiedy ktoś w Czechach twierdzi, że należałoby podjąć jakieś kroki wspierające równe szanse kobiet i mężczyzn, natychmiast słyszymy krzyk, że to inżynieria społeczna. Na przykład nas z NKC atakują, że jesteśmy inżynierkami społecznymi tylko dlatego, że doradzamy szkołom wyższym, jak powinni się zachowywać wykładowcy, aby ograniczyć takie zjawiska jak molestowanie seksualne i aby studentki mogły się czuć równie dobrze jak studenci.

Lekkie korygowanie społeczeństwa nie jest niczym złym i nie jest to żaden komunistyczny wymysł. Przecież na tym właśnie polega polityka – ustalamy zasady gry i kierujemy społeczeństwo w określoną stronę, która w danym okresie historycznym wydaje nam się właściwa. Mamy zagwarantowaną prawną równość kobiet i mężczyzn, więc naszym celem powinno być to, aby nie zostawała ona tylko na papierze, ale aby przejawiała się też w społeczeństwie, włącznie z edukacją i nauką. Jeśli nie zmienimy kierunku, w którym współcześnie zmierza nauka, będziemy w niej mieć ciągle mniej kobiet i więcej męskich „rekinów”.

**
Artykuł ukazał się po czesku na portalu A2larm.cz. Przeł. Olga Słowik

Bio

Veronika Pehe

| Historyczka, redaktorka A2larm.cz

Historyczka środkowoeuropejskiej kultury, badaczka, dziennikarka, autorka tekstów. Absolwentka King’s College London. Na University College London obroniła doktorat z historii. Stypendystka na Yale University i Instytucie Nauk o Człowieku w Wiedniu. Pracuje na European University Institute we Florencji oraz jako redaktorka czeskiego A2larm.cz.

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.

kobiety odbudują lewicę...